Gospodyni w swoim domu
Agnieszko, znowu zapomniałaś przykryć masło, westchnęła pani Helena, głośno przysuwając sobie krzesło. Teraz przez całą noc chłonęło zapachy z lodówki. Krzysiek, synku, posmaruj sobie raczej twarożek, kupiłam wczoraj świeży.
Agnieszka poczuła, jak zaciskają jej się palce na rączce noża. Milcząc, kroiła dalej chleb, starając się to robić równo, choć ręce jej trochę drżały. Za oknem siąpił październikowy deszcz, po szybie spływały krzywe strużki wody, a kuchnia wydawała się zbyt mała dla trzech dorosłych osób.
Mamo, z tym masłem wszystko w porządku, Krzysiek nawet nie oderwał wzroku od telefonu, żując bezmyślnie kanapkę.
Oczywiście, oczywiście. Ja tak tylko z troski mówię. Młodzi nie zdają sobie sprawy, że przez złe przechowywanie jedzenie się psuje. A potem brzuchy bolą i kto wtedy będzie leczył?
Agnieszka odstawiła talerz z chlebem na stół i opadła na swoje krzesło. Od rana kręciło jej się w głowie, miała nieprzyjemny posmak w ustach. Zalała sobie herbatę „Poranek” z torebki, z nadzieją, że gorący napój uspokoi mdłości narastające w żołądku.
Agnieszko, ty w ogóle nie jesz, kontynuowała teściowa, patrząc na nią przenikliwie znad okularów. Zobacz, jakaś ty chuda. Krzysiu, jak chcesz z taką żoną mieć dzieci? Dziecko potrzebuje zdrowej matki.
Coś się w niej gwałtownie zacisnęło. Agnieszka upiła łyk parzącej herbaty i zmusiła się do uśmiechu.
Pani Heleno, po prostu nie mam rano apetytu. Zawsze tak miałam.
Wiecznie to samo Za moich czasów to nawet z gorączką chodziło się do pracy i nikt nie narzekał. A dzisiaj młodzi na każdy kaszel zwolnienie biorą. Ja w twoim wieku Krzyśka wychowywałam sama, do pracy chodziłam, a w domu też wszystko było ogarnięte.
Krzysiek wreszcie uniósł wzrok znad ekranu.
Mamo, to nie ma nic do rzeczy. Agnieszka wczoraj siedziała w biurze do ósmej, sprawozdania oddawała.
Ja nie mówię, że nie, ja się tylko martwię. Jesteście młodym małżeństwem, czas już pomyśleć o dziecku, a tu zdrowie takie wątłe…
Agnieszka wstała, zabierając swoją prawie nietkniętą herbatę do zlewu. W odbiciu w oknie widziała, jak pani Helena dokłada synowi twarożku i klepie go serdecznie po ramieniu. Za jej plecami rozbrzmiewał troskliwy głos zwrócony do syna.
Synku, pamiętaj, że dziś masz ważne spotkanie. Koszulę niebieską ci wyprasowałam, wisi na krześle.
Agnieszka stała przy zlewie, ściskając w dłoniach kubek z wystygłą już herbatą, czując, jak narasta w niej coś ciężkiego, obcego nie po prostu zmęczenie, tylko coś głębszego.
A przecież jeszcze trzy miesiące temu naprawdę się cieszyła z przyjazdu teściowej.
***
Helena przyjechała do nich pod koniec lipca. Zadzwoniła późnym wieczorem, głos miała roztrzęsiony, niemal płaczący. Sąsiedzi z dołu zalali jej mieszkanie zniszczyła się podłoga, część mebli, konieczny był poważny remont. Budowlańcy obiecywali uporać się z tym w tydzień, góra dziesięć dni.
Krzysiu, wpadnę do was na tydzień, dobrze? Hotel za drogi, a i tak sama byłabym tam bardzo samotna, mówiła błagalnie do słuchawki, a Krzysiek oczywiście od razu się zgodził.
Agnieszka wtedy nawet się ucieszyła. Teściowa mieszkała w Toruniu, widywali się rzadko, najwyżej na święta, stosunki mieli całkiem poprawne. Helena wydawała się energiczną, sympatyczną kobietą, nieco gadatliwą, lecz życzliwą. Pięć lat wcześniej owdowiała, pracowała w archiwum, a na hobby miała hodowlę fiołków.
Spokojnie, tydzień minie jak z bicza strzelił, mówiła Agnieszka mężowi, planując w myślach, jak zwolnić pokój dla gościa. Już dawno nie miałyśmy okazji spokojnie porozmawiać.
Krzysiek objął ją, całując w czoło.
Jesteś skarbem. Wiem, że to niewygodne, ale jakoś mi lżej, że mama nie jest sama z tym remontem.
Helena przyjechała z dwoma ogromnymi walizkami i kartonem zawiązanym sznurkiem. Agnieszka razem z Krzyśkiem odebrali ją z dworca, pomagali wnieść rzeczy. Teściowa wyglądała na zmęczoną, zapuchnięte oczy, zaciśnięte usta.
Agnieszko, dziękuję ci, że przyjęliście starą kobietę pod dach, powiedziała na progu, obejmując synową. Obiecuję nie będę wam przeszkadzać, jak budowlańcy skończą, od razu wracam.
Pierwsze dni były wręcz sielankowe. Helena gotowała obiady, sprzątała, gdy Agnieszka i Krzysiek byli w pracy. Wieczorami pili razem herbatę, jedli ciasteczka „Delisia”, które teściowa przywiozła całe opakowanie, rozmawiali o nowinkach. Krzysiek promieniał, żartował częściej niż zwykle, widać było, że cieszy go obecność matki.
Ale pod koniec drugiego tygodnia coś zaczęło się zmieniać.
Z początku drobiazgi. Helena pozamieniała miejscami słoiczki z przyprawami w kuchni, tłumacząc, że tak jest praktyczniej i logiczniej. Potem przełożyła bieliznę w szafie, układając ją całkiem po swojemu. Agnieszka znajdowała swoje rzeczy w nowych miejscach, gubiła się, nie wiedząc, czy powinna coś powiedzieć. Przecież to takie drobnostki, naprawdę.
Agnieszko, zauważyłam, że macie kurz na karniszach, rzucała Helena mimochodem, nalewając zupę. Dawno nie przecieraliście? To niezdrowe, alergię może wywołać. Dziś przetarłam wilgotną szmatką, od razu czyściej.
Dziękuję, pani Heleno, mamrotała Agnieszka, czując, jak jej policzki płoną. Naprawdę nie miała czasu na tak częste porządki, praca zabierała jej wszystkie siły, a wieczorem marzyła o tym, żeby po prostu posiedzieć z książką czy serialem.
Nie robię uwag, córciu, uśmiechała się teściowa. Chcę pomóc. Żeby ci było lżej.
Po trzech tygodniach ekipa z Torunia zadzwoniła, że remont się przeciągnie. Wyszły na jaw problemy z instalacją elektryczną, więc jeszcze co najmniej dziesięć dni. Helena się podłamała, ale nie dała tego po sobie poznać.
Nic, Krzysiu, przeszkadzam wam? Wytrzymajcie jeszcze moment ze mną.
Mamo, nie przeszkadzasz nam, Krzysiek objął ją serdecznie.
Agnieszka patrzyła na nich milcząc. Zaczynał w niej kiełkować lekki niepokój, ale go odganiała. Jeszcze tydzień. Nic się nie stanie.
Minął miesiąc. Potem półtora. Teściowa zadomowiła się w ich małym, dwupokojowym mieszkaniu. Spała w pokoju, który był dotąd gabinetem Agnieszki stała tam rozkładana kanapa i biurko. Agnieszka musiała teraz pracować z laptopem w kuchni albo w sypialni, co było niewygodne, ale nie miała serca prosić o odzyskanie swojego pokoju.
Co wieczór Helena przygotowywała kolację. Smakowitą, to trzeba przyznać, ale zawsze taką, jak lubił Krzysiek: ziemniaki z mięsem, barszcz, kotlety. Agnieszka wolała lżejsze jedzenie ryby, warzywa ale czuła się niezręcznie, by się upomnieć.
Agnieszko, znowu nic nie jesz, kiwała głową teściowa. Krzysiu, patrz na żonę, sama skóra i kości. Powinnaś iść do lekarza, może coś z żołądkiem?
Naprawdę, ostatnio mniej jesz, zatroskanym tonem zauważył Krzysiek.
Po prostu nie jestem głodna, powtarzała Agnieszka i to była prawda. Miała coraz mniejszy apetyt. Rano mdłości, potem dziwna słabość w ciągu dnia. Ale do lekarza się nie wybrała, nie chciała usłyszeć, że to ze stresu lub przepracowania. Przyznać się do tego znaczyłoby uznać, że obecność teściowej ją przytłacza. A jak to w ogóle powiedzieć na głos?
***
W połowie września w pracy zaczęło się szaleństwo. Urząd skarbowy żądał nagle poprawionych raportów, w księgowości pracowały w trzy osoby, Agnieszka zostawała po godzinach niemal codziennie. Wracała do domu późnym wieczorem, wykończona, z bólem głowy.
Czekał na nią ciepły blask lampki, zapach kolacji i głos Heleny.
Agnieszko, nareszcie jesteś. My z Krzysiem już zjedliśmy, zostawiłam ci w garnku, podgrzej sobie. Tylko nie przesuwaj naczyń na kuchence ustawiłam specjalnie, żeby było wygodnie.
Agnieszka kiwnęła głową, odgrzewała jedzenie, którego niemal nie była w stanie przełknąć. Krzysiek zjawiał się na chwilę, całował ją w policzek, opowiadał o swoim dniu. Helena siedziała obok, dziergała sweter albo przeglądała poradniki i bez przerwy, bezwzględnie była obecna. Jakby powietrze w mieszkaniu zgęstniało.
Krzysiek, czy tylko mi się wydaje, czy twoja mama zamierza zostać na zawsze? zapytała Agnieszka pewnej nocy, gdy leżeli w ciemności.
Remont dalej trwa, wymamrotał sennie Krzysiek. Jeszcze chwilę wytrzymaj. Nie ma tam u niej warunków do życia.
Ale to już dwa miesiące…
Agnieszka, to moja mama. Została sama, jest jej ciężko. Nie możesz trochę się postarać?
Coś zabolało Agnieszkę w sercu. Zamilkła i odwróciła się do ściany. Krzysiek zasnął momentalnie, a ona długo leżała, wsłuchując się w szeleszczenie za cienką ścianą, gdzie krzątała się Helena.
Następnego dnia przywitała ją kolejną propozycją.
Agnieszko, pomogę ci ze sprzątaniem w soboty. Wspólnie pójdzie szybciej, a widzę, że nie masz siły.
Agnieszka chciała odmówić, ale Helena już przyniosła wiadro, mopa, ściereczki. Sprzątały razem, a teściowa nie przestawała komentować:
No popatrz, ile tu kurzu za kaloryferem. Trzeba by tu posprzątać odkurzaczem. Zasłony też prosiłyby się o pranie. Lodówkę trzeba raz na dwa tygodnie czyścić, inaczej bakterie się mnożą.
Agnieszka słuchała, kiwała głową, szorowała, ale z każdym komentarzem narastała w niej irytacja. Ale nie potrafiła powiedzieć nic ostrego, bo przecież teściowa tylko pomagała, troszczyła się. Czy można za to mieć pretensje?
Pod koniec września zorientowała się, że we własnym mieszkaniu czuje się jak gość. Nieporadny, niedoświadczony, niewystarczająco dobry. Helena rządziła kuchnią, łazienką, nawet praniem. Sama prała rzeczy Krzyśka, układała je po swojemu, prasowała mu koszule na sztywno.
Krzysiek lubi, jak koszula skrzypi pod ręką od dziecka go tego uczyłam, mówiła z uśmiechem.
Agnieszka prała swoje rzeczy, kiedy udało się znaleźć wolną pralkę. Czasami czuła się dosłownie jak intruz, przemykając przez własne mieszkanie, byle nikomu nie przeszkadzać, nie zawadzać, nie zwracać uwagę.
W nocy śniły jej się dziwne sny: błądziła po nieskończonych korytarzach, szukając swojego pokoju, ale wszystkie drzwi były zamknięte. Albo próbowała coś ugotować, a naczynia, produkty, wszystko nagle znikało.
Budziła się zlana zimnym potem, z sercem łomoczącym jak szalone. Leżała, nasłuchując spokojnego oddechu męża. Czasem chciała go obudzić i powiedzieć, jak bardzo jest jej ciężko, duszno, niewyobrażalnie źle. Ale te słowa nie przechodziły jej przez gardło. Co miała powiedzieć? Że teściowa ją dusi opieką? Jak to brzmi?
***
Pierwszego października zaczęły się naprawdę dziwne rzeczy.
Agnieszka rano poczuła straszne mdłości. Ledwo zdążyła do łazienki. Blada, roztrzęsiona, usłyszała za drzwiami zaniepokojony głos teściowej.
Agnieszko, wszystko w porządku? Może trzeba zadzwonić po lekarza?
Nie, nie, nic się nie dzieje wychrypiała, myjąc twarz zimną wodą. Chyba zjadłam coś nieświeżego.
Coś nieświeżego? w głosie Heleny zabrzmiała pretensja. Wczoraj robiłam kotlety, sprawdzałam mięso, wszystko było w porządku. Krzysiek jadł i nic mu nie było, a ty
To nie przez kotlety. Po prostu mam wrażliwy żołądek.
Cały dzień towarzyszyła jej słabość. W pracy ledwo patrzyła w monitor, cyfry uciekały jej spod powiek. Koleżanka z biura, Kasia, zauważyła jej stan i zaproponowała, by poszła do domu.
Aga, wyglądasz, jakby cię tramwaj przejechał. Idź, odpocznij.
Nie mogę, raporty trzeba oddać jutro.
Zdrowie masz jedno. Idź chociaż do lekarza.
Ale Agnieszka nie poszła. Wróciła do domu późno, gdzie czekało ją już niemal wrogie spojrzenie teściowej.
Cały wieczór siedzę z nerwami. Krzysiek też się martwił. Ty wiesz, jak nas straszysz?
Przepraszam, mam tyle pracy.
Zawsze tylko praca i praca. A co z domem? Z rodziną? Twój mąż cały dzień sam w domu, to przynajmniej ja go porządnie nakarmiłam.
Agnieszka wymknęła się do sypialni, padła na łóżko. Głowa bolała ją nie do wytrzymania. Przez ścianę dochodziły przytłumione głosy Heleny i Krzyśka. Nie słyszała słów, ale tonacje były dość wymowne. Teściowa się żaliła, Krzysiek coś tłumaczył, próbował ją uspokoić.
Agnieszka wcisnęła twarz w poduszkę, wyobrażając sobie, jak chciałaby krzyczeć. Głośno, długo, aż zbraknie jej tchu. Ale, jak zwykle, milczała.
Rano podczas ubierania się do pracy zobaczyła na swojej ulubionej, białej, jedwabnej bluzce dziwne żółtawe plamy na kołnierzyku. Wieczorem była zupełnie czysta!
Pani Heleno, wie pani może, co się stało z moją bluzką? zapytała, wychodząc do kuchni.
Teściowa odwróciła się od kuchenki, zaskoczona.
Z którą bluzką?
Z tą białą. Była czysta, a teraz
Agnieszko, ja nic twojego nie ruszałam! Może sama coś polałaś i zapomniałaś?
Agnieszka patrzyła na jej szeroko otwarte oczy i zrozumiała nagle, że Helena kłamie. Ona wie. To ona.
Dowodu nie miała, więc znowu zamilkła. Założyła inną koszulę i wyszła do pracy z ciężarem na sercu.
Dziwności zaczęły się mnożyć. Zniknął jej ulubiony kubek od Krzyśka, ten duży, ceramiczny na urodziny. Przepadł bez śladu. Na pytanie do Heleny wzruszenie ramion.
Może się stłukł? Nie zauważyłam.
Potem w łazience w oka mgnieniu zniknął jej szampon, choć była to prawie pełna butelka. Teściowa rozkładała ręce.
Dziwne rzeczy, pewnie się rozlał, z tymi nakrętkami to się zdarza.
Agnieszka przestała pytać. Z każdym dniem coraz bardziej zapadała się w coś ciężkiego, lepkawego. W pracy działała odruchowo, wieczorami przesiadywała z laptopem w kuchni, bo w swoim pokoju już nie miała odwagi. Krzysiek stawał się coraz bardziej zamknięty, nerwowy. Kilka razy omal się nie pokłócili.
Aga, jesteś ostatnio taka nerwowa, powiedział w końcu. Przez pracę?
Nie. Nie przez pracę.
To przez co?
Popatrzyła mu w oczy, chciała w końcu wyznać prawdę że nie wytrzymuje już obecności jego matki, że się dusi, że czuje się obco we własnym domu. Ale znów nie potrafiła tego powiedzieć.
Po prostu jestem zmęczona. Przepraszam.
Przytulił ją, pocałował w skroń.
Wytrzymaj jeszcze trochę. Mama wkrótce wyjedzie, rozmawiałem z nią. Remont już prawie skończony.
Ale remont jakoś nie kończył się nigdy. Co tydzień Helena dzwoniła do budowlańców, wracała z zatroskaną miną.
Jeszcze chwila, obiecują, tapety się przykleja, listwy na podłodze kończą jeszcze tydzień czy dwa i gotowe.
A tygodnie zamieniały się w kolejne miesiące.
***
Pod koniec października Agnieszka poczuła, że nie śpi już prawie wcale. Jeśli już zasypiała, były to niespokojne, płytkie drzemki. Pod oczami miała sińce, ręce się jej trzęsły.
Pewnej nocy obudziły ją dziwne odgłosy. Chrobotanie, szeleszczenie. Dochodziło z pokoju, gdzie spała teściowa. Agnieszka podniosła się z łóżka, nasłuchiwała. Po chwili cisza.
Rano zapytała Helenę, czy nie słyszała czegoś w nocy.
Nie, ja śpię twardo. Coś ci się przewidziało, Aga, idź do lekarza, bo to pewnie nerwy.
Kilka dni później w mieszkaniu pojawił się dziwny zapach. Słodki, woskowy, jakby kościelny. Agnieszka chodziła po wszystkich pomieszczeniach, wąchając, w końcu zorientowała się, że zapach jest najsilniejszy przy drzwiach do pokoju Heleny.
Pani Heleno, pali pani świece? zapytała wieczorem.
Świece? Po co? Co to za pomysł?
Czuć woskiem.
Może z sąsiedztwa, przez wentylację…
Lecz zapach wracał co noc, delikatny, ale wyraźny. Agnieszka zaczęła się od niego regularnie budzić, leżała w ciemności, nasłuchując, jak strach znowu ściska jej gardło.
Pewnego dnia, gdy Heleny nie było w domu, weszła do jej pokoju. Wszystko wyglądało normalnie. Kanapa posłana, na biurku czasopisma, na parapecie fiołki, które przywiozła teściowa. Otworzyła szafę: ubrania wisiały równo, na dole walizki i tajemniczy karton przewiązany sznurkiem.
Agnieszka przykucnęła, już miała pociągnąć za pudełko, kiedy usłyszała otwieranie drzwi wejściowych i natychmiast się wycofała. Helena weszła z torbami z Biedronki, uśmiechnięta.
Agnieszka, ty w domu? Myślałam, że pracujesz.
Źle się czuję, zwolniłam się wcześniej.
Ojej, kochanie. Połóż się, zrobię herbaty.
Wieczorem znów poczuła w powietrzu ten woskowy zapach. Gdy przechodziła przez przedpokój, zauważyła kątem oka ich wspólne z Krzyśkiem zdjęcie to w ramce, zawsze stało na komodzie. Agnieszka podniosła je i przyjrzała się: szkło całe, ale jej twarz na zdjęciu była porysowana, jakby ktoś przejechał igłą.
Serce waliło jej tak mocno, że aż zatkało uszy. Stała, trzymając ramkę w drżących rękach.
Aga, co się dzieje? Krzysiek wyszedł z sypialni ziewając.
Zobacz, Krzysiek…
Wziął ramkę, zmarszczył brwi.
Co to jest?
Sama nie wiem. Dopiero znalazłam. Na półce…
Może spadła i pękło szkło?
Jest całe. To zdjęcie jest porysowane.
Może coś się stało przy wywoływaniu i dopiero zauważyliśmy?
Krzysiek, to nie błąd wywoływania! Ktoś to zrobił umyślnie!
Ale kto? spojrzał na nią zdezorientowany.
Agnieszka zamilkła. Oboje wiedzieli, kto jeszcze mieszka w mieszkaniu, ale nie dało się tego powiedzieć uznano by to za szaleństwo.
Może rzeczywiście się myliłam, przepraszam.
Tej nocy nie spała wcale. Leżała patrząc w sufit i słuchała, jak Krzysiek cicho pochrapuje i jak po drugiej stronie ściany ktoś krząta się i szura.
***
Listopad zaczął się chłodem. Agnieszce było zimno wciąż i wszędzie. Chodziła po mieszkaniu owinięta w wełniany sweter, ale zimny dreszcz nie odpuszczał. Poranne mdłości się nasiliły. Niemal nie jadła, popijała herbatę, zagryzała sucharkami, kiedy teściowa nie widziała.
Agnieszko, ty naprawdę jesteś chora mówiła Helena z wyraźnym zadowoleniem w głosie, choć twarz miała zmartwioną.
W pracy szefowa poprosiła ją na rozmowę.
Pani Agnieszko, w ostatnich raportach pomyliła pani kwoty, wpisała złą datę. Coś się dzieje?
Przepraszam, już więcej nie będzie takich kłopotów.
Jest pani pewna, że wszystko z pani zdrowiem w porządku? Może weźmie pani urlop?
Urlop. Agnieszka natychmiast pomyślała o domu, w którym rządziła Helena, i ścisnęło ją w środku.
Nie, dziękuję. Wszystko pod kontrolą.
Ale wcale nie było. Z każdym dniem pogrążała się w czymś zamglonym, półprzytomnym. Szła do pracy, wracała, automatycznie przerabiała cyferki, wieczorem siedziała na kuchni, patrząc w pustkę. Krzysiek próbował z nią rozmawiać, a ona odpowiadała jednym słowem. Był coraz bardziej zły, rozczarowany.
Aga, nie rozumiem, co się dzieje. Odchodzisz ode mnie, jesteś wciąż nieobecna!
Wybacz. Jestem po prostu zmęczona.
Idź do lekarza, mama mówi, że nie jesz nic…
Mama mówi. Agnieszka podniosła na niego wzrok.
Twoja mama wiele mówi.
Słucham?
Nic. Nieważne.
Wyszła do sypialni. Krzysiek nie poszedł za nią.
Kilka dni później wydarzyło się coś, co przechyliło szalę.
Agnieszka wróciła do domu wcześniej niż zwykle, około szóstej. Zazwyczaj o tej porze Helena oglądała seriale w kuchni lub rozmawiała z koleżankami przez telefon. Tym razem jednak w mieszkaniu panowała przesadna cisza.
Rozebrała się, poszła do łazienki. Gdy wycierała ręce ręcznikiem, usłyszała cichy, monotonny głos, dobiegający z pokoju teściowej. Przystanęła, wsłuchując się. Brzmiało to jak modlitwa ale nie była to żadna znana modlitwa.
Cicho podeszła do drzwi, które były uchylone. W świetle żarówki zobaczyła brzeg biurka. Stały na nim dwie grube, zapalone świece kościelne.
Serce waliło jej jak młot. Popchnęła drzwi.
Helena stała tyłem, pochylona nad stołem. Przed nią leżało zdjęcie Krzyśka z czasów studenckich, a obok fotografia Agnieszki, jej twarz przekreślona czarnym markerem.
Agnieszka przyjrzała się teściowa trzymała igłę do szycia, którą powoli, niemal z namaszczeniem, zbliżała do jej zdjęcia.
Pani Heleno głos zabrzmiał jej gardłowo, obco.
Helena odwróciła się gwałtownie. Blada, rozszerzone oczy.
Agnieszko… nie spodziewałam się…
Co pani robi?
Szybko schowała igłę, na twarzy najpierw konsternacja, potem złość.
Nic nie robię! To nie twoja sprawa!
Świece. Zdjęcia. Co to znaczy?
Powiedziałam, żebyś nie wtykała nosa w moje sprawy! Wyjdź z mojego pokoju!
Coś w Agnieszce pękło. Całe miesiące nagromadzonej frustracji wybuchły.
Z pani pokoju?! podeszła bliżej, trzęsąc się głosem. To moje mieszkanie! Moja przestrzeń! A pani mieszka tu już trzy miesiące! Trzy miesiące!
Agnieszka, nie krzycz…
Będę krzyczeć! Tu są te świece, igły, przekreślone zdjęcia, popsute rzeczy! Zatruwa mi pani życie!
Niczego ci nie psułam! wyprostowała się teściowa, patrząc z pogardą. To ty wszystko rozwalasz. Mój syn przez ciebie nie ma szczęścia. Z inną kobietą miałby już dzieci, prawdziwą rodzinę! Ty tylko praca i praca! Nie jesteś dla niego żadną żoną, tylko ciężarem!
Słowa były jak policzek. Agnieszka zalała się łzami.
Jak pani śmie
Mam prawo! To mój syn, moje życie mu poświęciłam. A ty? Przyszłaś znikąd i mi go odebrałaś!
Odebrałam? My się kochamy! Jesteśmy rodziną!
Rodziną? prychnęła Helena. Co z ciebie za żona? Nawet dziecka mu nie dasz! Popatrz na siebie: wyschnięta, chora. Nie jesteś mu równa.
To już było za dużo. Agnieszka podeszła do biurka, strąciła świece na podłogę, jedną zgasiła, druga tliła się jeszcze przez chwilę. Podniosła swoją zdjęcie, przekreślone, i podarła je.
Proszę się wynosić powiedziała cicho, ale stanowczo. Wynosić z mojego mieszkania. Teraz.
Co?! Helena zbladła. Nie możesz!
Mogę! Jestem tu gospodynią. Pakować rzeczy i wyjazd!
Krzysiek ci tego nie daruje!
Dam sobie z tym radę. Ale pani tu nie zostanie ani dnia dłużej!
W tym momencie huknęły drzwi Krzysiek wrócił z pracy. Usłyszawszy krzyki, wpadł do pokoju.
Co tu się dzieje?!
Helena rzuciła się do syna.
Krzysiek, ona mnie wyrzuca! Twoja żona mnie obraża!
Krzysiek spojrzał kolejno na matkę, potem na Agnieszkę, jej rozerwane zdjęcie w dłoniach, świece, igłę na podłodze. Twarz Krzyśka stężała.
Mamo co to jest!?
Synku, ja tylko Modliłam się za ciebie
Z igłą? Z przekreślonymi zdjęciami? Co się dzieje?!
Chciałam wam pomóc! Ona nie jest dla ciebie odpowiednia!
Dość! wydarł się Krzysiek. Dosyć tego!
Wziął z szafy walizkę i rzucił na kanapę.
Pakuj się. Odwiozę cię na dworzec. Teraz.
Krzysiek
Teraz powiedziałem!
***
Godzinę później Helena wyjeżdżała. Pakowała się w milczeniu, z kamienną twarzą. Krzysiek pomagał, nie odezwał się ani słowem. Agnieszka stała w przedpokoju, czując, jak uchodzą z niej ostatnie siły.
Gdy wszystko było gotowe, teściowa zatrzymała się przy drzwiach i spojrzała na nią ciężkim wzrokiem.
Jeszcze za to pożałujesz.
Agnieszka nie odpowiedziała. Krzysiek zabrał torby i wyszedł. Helena za nim. Zamknęła za nimi drzwi.
Została sama.
W mieszkaniu panowała ogłuszająca cisza. Poszła do pokoju, w którym mieszkała teściowa. Na stole resztki wosku, zdjęcia, przewrócone świeczki. Wyniosła to na balkon i wrzuciła do kosza.
Potem szeroko otworzyła okno, wpuszczając do środka lodowate, listopadowe powietrze. Stała chwilę, patrząc na ponure niebo i mokre dachy, i pierwszy raz od długiego czasu poczuła, że może oddychać.
Krzysiek wrócił bardzo późno, już po północy. Spał jak zabity. Agnieszka usiadła obok niego, chwyciła za rękę.
Przepraszam.
Za co?
Za wszystko. Za to, jak się to potoczyło.
To ja powinienem przeprosić. Nie widziałem, nie chciałem widzieć. Myślałem, że tylko jesteś wykończona, przemęczona. Nie sądziłem, że to takie poważne. Ona ona zwariowała. Nie znałem jej z tej strony.
Jest samotna. Po śmierci taty został jej tylko ty.
Ale to nie usprawiedliwia tego wszystkiego. To był koszmar.
Siedzieli tak długo, przytuleni. Krzysiek drżał.
Bałem się, że cię stracę. Ostatnio byłaś dla mnie zupełnie obca. Myślałem, że już mnie nie kochasz.
Nie. Po prostu się dusiłam.
Już nigdy nie pozwolę na coś takiego. Obiecuję.
Następnego ranka obudziła ją cisza. Uszczęśliwiło ją to. Poczuła lekkość. Wstała, przeszła po mieszkaniu, otworzyła drzwi do swojego dawnego pokoju był pusty. Znowu należał do niej.
W kuchni Krzysiek robił kawę.
Dzień dobry.
Dzień dobry.
Zjedli śniadanie we dwoje, w ciszy, której naprawdę brakowało. Agnieszka zjadła z apetytem tost z masłem i po raz pierwszy od wielu tygodni nie poczuła mdłości.
Aga, naprawdę musisz iść do lekarza powiedział Krzysiek. Martwię się.
Dobrze.
Umówił ją do ośrodka zdrowia na następny dzień. Agnieszka poszła do pracy po raz pierwszy od dawna z lekkim sercem.
Wieczorem, kiedy usiedli razem na kanapie, Krzysiek objął ją.
Aga, o mamie Ona nic nie dzwoniła, prawda?
Myślisz, że jest na nas obrażona?
Może. Ale ja nie potrafię całkiem się od niej odciąć. To jednak moja matka. Ale stracić ciebie nigdy nie pozwolę.
Rozumiem.
Może kiedyś, jak opadną emocje, przyjedzie tylko w gości. Jeden dzień. Wszystko jej powiemy jasno.
Agnieszka skinęła głową. Miała w sobie jeszcze lęk, ale wiedziała, że nie może wymagać od Krzyśka zerwania relacji. To jego matka.
***
Następnego dnia Agnieszka poszła do przychodni. Starsza lekarka wypytała o dolegliwości, potem zapytała:
A kiedy ostatni raz była miesiączka?
Zamyśliła się nie pamiętała. Tak dużo się ostatnio działo, że całkiem straciła rachubę.
Chyba ponad miesiąc temu.
Zrobimy test ciążowy.
Agnieszka zamarła. Ciąża? Nie pomyślała o tym nawet raz w tym całym zamieszaniu, choć nie używali zabezpieczeń.
Wynik: pozytywny.
Gratuluję uśmiechnęła się lekarka. Około sześciu tygodni. Mdłości, zmęczenie to wszystko klasyka początku ciąży. Skieruję panią do ginekologa.
Agnieszka wyszła z gabinetu oszołomiona. Będzie dziecko. Ich dziecko.
Usiadła na ławce i popłakała się z ulgi, radości, strachu i wszystkiego jednocześnie.
Wieczorem wszystko powiedziała Krzyśkowi. Najpierw nie wierzył, potem zaczął ją obejmować, całować, wirować po kuchni.
Naprawdę? Naprawdę?
Naprawdę, sześć tygodni.
Nie wiem, co powiedzieć To cud!
Siedzieli tej nocy na kuchni, trzymając się za ręce. Krzysiek powtarzał bez końca, że ją kocha i że zrobi wszystko, żeby jej i dziecku było dobrze.
***
Minęły trzy tygodnie. Helena nie zadzwoniła. Krzysiek próbował się skontaktować, nie odpowiadała na telefon. Przysłała tylko jednego smsa: Żyję, nie martw się. I nic więcej.
Agnieszka nabierała sił. Mdłości powoli ustępowały, zaczęła jeść, było jej lżej. Po pracy urządzali dawne biuro, zmieniali firanki, przesuwali meble, sprzątnęli resztki po Helenie. Mieszkanie zrobiło się jaśniejsze, lżejsze. Agnieszka znowu zaczęła gotować to, co lubiła. Krzysiek pomagał, przy kuchni śmiali się jak kiedyś, przed całą tą historią.
Wieczorem, leżąc na kanapie, Krzysiek powiedział:
Aga, zastanawiałem się. Jak się urodzi dziecko, mama na pewno będzie chciała zobaczyć wnuka.
Na pewno.
Będziesz miała coś przeciwko, jeśli przyjedzie?
Agnieszka zamyśliła się, po czym spojrzała mężowi w oczy.
Może przyjechać w odwiedziny. Jeden dzień. Żadnego nocowania. I to moje warunki.
Zgadzam się. Poza tym nie będę jej sam zostawiał z dzieckiem. Przynajmniej na początek. Może później, jeśli zobaczę, że się zmieniła… ale teraz nie.
Rozumiem cię w pełni.
Nie chcę być zły. Nie chcę konfliktu. Ale nie mogę znowu pozwolić, by ktoś zniszczył nasz dom. Nie chcę, żeby nasze dziecko rosło w napięciu.
Nie będzie napięcia. Ustalimy granice. Jeśli zechce je zaakceptować w porządku. Jeśli nie, trudno. Naszego spokoju już nie oddam.
Agnieszka wtuliła się w niego mocno. Za oknem padał deszcz, uderzał o parapet, ale w domu było ciepło i cicho.
Myślisz, że damy radę? szepnęła.
Wszystko nam się uda. Teraz już wiem, czego nie chcę powtarzać.
Agnieszka kiwnęła głową. W niej jeszcze tlił się strach i niepewność przed tym, co będzie z Heleną. Ale teraz czuła się silniejsza niż kiedykolwiek. Udało jej się powiedzieć nie. Udało jej się obronić własny dom, swoje życie, swoje prawo do szczęścia.
Krzysiek powiedziała, kładąc dłoń na brzuchu, gdzie pod sercem rozwijało się ich dziecko Obiecaj mi, że następnym razem, jeśli będzie ciężko, usłyszysz mnie. Nie będziesz robił dobrej miny do złej gry.
Obiecuję. Zawsze cię usłyszę.




