Ja też kiedyś brakowało mi tchu

Też się dusiłam

W niedzielny wieczór, kiedy układałam na stosiki świeżo wyprasowane koszule, Piotr wszedł do sypialni. Usiadł na brzegu łóżka i powiedział to tonem jakby informował mnie, że cieknie kran.

Gosiu, duszę się.

Nie podniosłam głowy. Odłożyłam jedną koszulę, wzięłam kolejną.

Od czego? zapytałam.

Od tego wszystkiego. Od rutyny. Każdy dzień taki sam wstać, zjeść, jechać do pracy, wrócić, zjeść, iść spać. I tak w kółko.

Starannie złożyłam rękawy, poprawiłam kołnierzyk. Miałam pięćdziesiąt jeden lat, Piotr pięćdziesiąt trzy. Dwadzieścia sześć lat spędziliśmy w tym mieszkaniu na ulicy Ogrodowej, wychowaliśmy syna Marcina, który od pięciu lat mieszkał już w Krakowie i dzwonił tylko z okazji świąt.

I co proponujesz? spytałam spokojnie.

Chciałbym się wyprowadzić.

W tym momencie przerwałam. Ale nie z przerażenia, tylko patrzyłam na niego uważnie, tak jak patrzy się na kogoś, kto mówi coś dawno spodziewanego.

Dokąd?

Wynająć mieszkanie. Pobędę sam. Muszę zaczerpnąć powietrza.

Dobrze powiedziałam i wzięłam następną koszulę.

Piotr wyraźnie spodziewał się innej reakcji. Nachylił się lekko do przodu.

Nic nie powiesz?

A co tu mówić, Piotrze? Jesteś dorosły. Chcesz odejść, to odejdź.

Nie będziesz robić scen?

Złożyłam koszulę, odłożyłam na stosik i dopiero wtedy spojrzałam mu prosto w oczy.

Nie. Mam tylko jeden warunek.

Jaki?

Nie dzwoń z pytaniami o dom. Gdzie leży to, jak działa tamto, co zrobiłam z kluczami. Jeśli się wyprowadzasz, radź sobie sam.

Zamilkł.

I to wszystko?

To wszystko.

Piotr nie wiedział co z tym zrobić. Był gotów na łzy, wyrzuty, na złapanie go za rękaw i gadanie o latach, o synu, o tym, że tak się nie robi. Chyba miał nawet w głowie już gotowe odpowiedzi. A ja po prostu stałam i prasowałam koszule.

No dobrze powiedział w końcu. Zaraz się spakuję.

Pakuj się.

Odszedł do garderoby, długo tam stał i patrzył na półki. W końcu zaczął wrzucać do torby dżinsy, t-shirty, skarpetki. Wziął maszynkę do golenia, ładowarkę do telefonu, książkę, którą czytał pół roku temu i nie skończył. Wyszedł do przedpokoju. Ja już byłam na kuchni i coś tam stukałam.

To idę powiedział w kierunku kuchni.

Powodzenia odpowiedziałam.

Drzwi za nim zamknęły się cicho. Postał chwilę na klatce i nasłuchiwał. Nic się nie działo. Żadnych kroków, żadnego poruszenia. Cisza.

Wcisnął przycisk windy.

***

Mieszkanie znalazł w dwa dni przez znajomego. Kawalerka w sąsiedniej dzielnicy, czwarte piętro, okna na podwórko. Właściciel, starszy pan z wąsami, oprowadził go szybko po lokalu, wziął z góry za dwa miesiące dwa razy po dwa tysiące złotych i pojechał. W środku był tapczan, stół, dwa krzesła, lodówka z PRL-u i gazowa kuchenka. W oknie wisiały zasłonki o kolorze starej musztardy.

Piotr postawił torbę, usiadł na kanapie i się rozejrzał.

Kompletna cisza. Nikt nie chodził, nikt nie włączał telewizora, nikt nie wołał na kolację. Położył się na plecach, ręce za głową, i pomyślał: to jest to. Wolność.

Pierwsze dwa dni nawet mu się podobały. Wstawał o której chciał, jadł co chciał, właściwie to, co kupił po drodze w Żabce, chodził po mieszkaniu w samych skarpetkach i nie musiał się nikomu tłumaczyć. Wieczorami dzwonił do starego kumpla, Marka, pogadali długo, Marek się śmiał i mówił: dobrze, Piotrek, trzeba było już dawno.

Trzeciego dnia Piotr odkrył, że skończyły mu się czyste skarpetki.

Spojrzał na pralkę stojącą w łazience. Mała, okrągła, stara. Otworzył drzwiczki, zajrzał do środka. Zamknął. Znowu otworzył. Gdzieś tu powinien być proszek, właściciel coś mówił o szafce pod umywalką. Znalazł pół paczki, przeczytał: Do białego i kolorów. Wsypał na oko do przegródki, która wydawała mu się właściwa. Ustawił jakiś program, nacisnął.

Pralka zabrzęczała.

Po godzinie otworzył drzwiczki i wyciągnął skarpetki. Były mokre, prawie cieknące, i lekko różowe. Potem dotarło do niego, że wrzucił razem z nimi nową czerwoną koszulkę.

Powiesił skarpetki na kaloryferze. Do wieczora następnego dnia schły.

Czwartego dnia postanowił ugotować normalny obiad. Kupił w sklepie pierś kurczaka, ziemniaki, cebulę. W szafce znalazł patelnię z łuszczącą się powłoką. Postawił na gaz, nalał olej. Olej zaczął aż strzelać, wrzucił całą pierś przykleiła się. Ziemniaki obierał długo, połowę obierków zjadł razem z kartoflami, cebula łzawiła mu w oczy.

Na talerzu leżało potem coś biało-brązowego, twarde z wierzchu, surowe w środku.

Zjadł połowę, resztę wyrzucił do kosza i zamówił delivery z baru pod blokiem.

Po tygodniu policzył, ile wydaje na jedzenie na wynos. Wyszło prawie tyle, ile wydawali z Małgosią na wszystkie zakupy spożywcze przez miesiąc. Postanowił wziąć się za siebie. Kupił kaszę gryczaną. Ugotował. Gryczana wyszła w porządku to go trochę uspokoiło.

Ale w ogóle codzienność atakowała go ze wszystkich stron, powoli i nieuchronnie, jak powódź.

***

Przełom nastąpił dziesiątego dnia.

Piotr brał prysznic i poczuł, że woda nie odpływa. Spojrzał w dół: na podłodze robiła się mętna kałuża. Zakręcił wodę, odczekał, woda nie znikała. Dotknął nogą odpływu. Woda stała.

Przypomniał sobie coś związanego z syfonem. Słowo takie, Gosia czasem je wypowiadała: trzeba oczyścić syfon, bo woda nie będzie schodzić. Zawsze kiwał głową i wychodził z łazienki.

Przysiadł na kucki, zajrzał pod wannę. Rurka, potem druga rurka, potem złączka z białego plastiku. Dotknął. Puściło z zaskakującą łatwością i… chlusnęło. Nie ciekło chlusnęło, zimne i brudne.

Skoczył, poślizgnął się, złapał ręcznik, który oczywiście od razu namókł. Próbował zakręcić na powrót. Woda nadal lała się na podłogę, leciała na chodniczek, który nasiąkł błyskawicznie.

Pobiegł do przedpokoju, zostawiając mokre ślady, dorwał telefon i gorączkowo wklepywał w Google: jak zakręcić wodę w mieszkaniu. Przypomniał sobie, że właściciel coś mówił o zaworze pod zlewem w kuchni. Pobiegł tam, znalazł zawór, przykręcił. Woda przestała lecieć.

Wrócił do łazienki. Przypominało to scenę po małej powodzi mokra podłoga, mokry dywanik, z syfonu kapało.

Piotr usiadł w przedpokoju, cały w mokrych majtkach, patrzył w ścianę.

Pierwsza reakcja: zadzwonić do Gosi, ona by wiedziała, co zrobić. Wyciągnął już telefon, był gotowy do naciśnięcia na jej numer, i wtedy usłyszał w pamięci jej głos: nie dzwoń w takiej sprawie.

Odłożył telefon.

Zadzwonił do Marka.

Marek, wiesz, jak naprawić syfon?

Co? Marek wyraźnie był zajęty, w tle coś szumiało.

Syfon w łazience. Cieknie jak cholera.

Piotrek, nie wiem. Sam zawsze wzywam hydraulika. Mam numer, dobry fachowiec, chcesz?

Hydraulik przyszedł następnego dnia. Popatrzył, pokręcił coś, zmienił uszczelkę w piętnaście minut. Zainkasował tyle, że Piotr przez chwilę tylko milczał.

To normalna cena? spytał.

Normalna odpowiedział hydraulik i wyszedł.

Po wszystkim Piotr pomyślał, że Gosia nigdy nie wzywała fachowca do takich rzeczy. Sama coś skręcała, kupowała uszczelki w Castoramie. Kiedy to robiła, nie miał pojęcia, po prostu się działo jak zmiana pogody za oknem.

***

Wtedy pojawił się pewien pomysł, wydawał mu się słuszny.

Zadzwonił do Ewy, z którą kiedyś, jakieś dwadzieścia lat temu, miał coś na kształt flirtu, zanim poznał Gosię. Ewa rozwiedziona od siedmiu lat, wiedział od wspólnych znajomych. Więc czasem widywali się na urodzinach czy imieninach, rozmawiali o byle czym, uśmiechali się.

Ewa, cześć. Tu Piotrek Maj.

Piotrek? zaskoczona, ale nie nieprzyjemnie. Ile lat.

Wiesz, teraz mieszkam osobno. Może spotkamy się, zjemy gdzieś razem kolację?

Przez chwilę cisza.

Od kogo osobno?

Od żony.

Rozstaliście się?

Cóż… w trakcie.

Rozumiem powiedziała inaczej, ostrożniej. Dajmy temu szansę, spotkajmy się.

Spotkali się w kawiarni w centrum. Ewa przyszła w eleganckim płaszczu, zadbana, z krótkimi włosami wyglądała dobrze. Zamówili po lampce wina, pogadali o znajomych. W końcu zapytała:

Opowiedz, co u ciebie? Czym się zajmujesz?

Pracuję w firmie budowlanej, jak zawsze. Jestem kierownikiem działu zaopatrzenia.

A gdzie mieszkasz teraz?

Wynająłem mieszkanie na Leśnej.

Dobrze tam?

Chciał powiedzieć tak, ale wyszło:

No… przeciętnie. Pralka nie domaga, a kuchenka coś szwankuje.

Ewa patrzyła na niego z wyrazem twarzy, którego nie od razu rozszyfrował, a potem zrozumiał: współczucie. Nie romantyczne, ale dla kogoś, komu coś się nie układa.

Rozumiem powiedziała jeszcze raz.

Potem pytania o Marcina, jego syna, on odpowiadał, ona opowiedziała o swojej córce, która już wyszła za mąż. Wypili po drugim kieliszku, Ewa stwierdziła, że musi wcześnie wstać. Pożegnali się przy wejściu do kawiarni.

Piotr pojechał do swojej kawalerki. W lodówce pustka, sklepy się zamykały, więc znalazł w szafce paczkę lanych klusek i zalał je wrzątkiem.

Ewa już się nie odezwała. On też nie zadzwonił.

***

W tym samym czasie spróbował spotkać się z kumplami. Zadzwonił do Marka: Piątek może być, tylko do ósmej, bo Agata ma zebranie w szkole, muszę być w domu. Zadzwonił do Pawła: Może być, ale zabierz mnie do siebie autem, nie piję z żoną wyjeżdżamy do teściów.

Spotkali się we trzech w małym pubie przy metrze. Wypili po dwa piwa, pogadali o piłce i robocie. Potem Marek pyta:

Jak tam na swoim, Piotr?

Dobrze odpowiada Piotr.

Gosia nie dzwoni?

Nie.

Marek z Pawłem wymienili spojrzenia.

W ogóle nie dzwoni? dopytuje Paweł.

W ogóle.

Znowu spojrzenie. Marek pokręcił kufelkiem.

Wiesz… to dziwne. Moja by dzwoniła z dziesięć razy dziennie.

Gosia nie dzwoni powtórzył Piotr.

To albo dobrze, albo źle zamyślił się Paweł.

W jakim sensie źle?

Że jej dobrze bez ciebie.

Piotr wypił ostatni łyk piwa. Nie chciał o tym myśleć. Właściwie myślał o tym codziennie, ale nie chciał się przyznać.

Przed ósmą Marek spojrzał na zegarek, ubrał kurtkę. Paweł też się zebrał. Uścisnęli Piotrowi dłoń, poklepali po ramieniu i wyszli do swoich żon, dzieci, teściów.

Piotr został sam, zamówił jeszcze jedno piwo i wysiedział do zamknięcia.

***

Gosia przez pierwsze dni rzeczywiście czuła… coś na kształt zagubienia, ale nie pustkę po Piotrze. Raczej dziwne poczucie dodatkowej przestrzeni. Jakby ktoś przestawił meble i nie wiadomo jeszcze, czy to dobrze, czy źle.

Zadzwoniła do przyjaciółki Zofii drugiego dnia.

Odszedł mówi Gosia.

Jak to odszedł? Gdzie?

Wynajął mieszkanie. Twierdził, że się dusi.

Zofia milczała dłuższą chwilę, w końcu westchnęła:

Małgosiu. Jak się trzymasz?

Dobrze powiedziałam szczerze. Też się dziwię.

Płaczesz?

Nie. To dziwne, prawda?

Może później przyjdzie.

Może. Zobaczymy.

Potem zadzwoniła druga przyjaciółka Irena, z którą znały się jeszcze z poradni rodzinnej, ćwierć wieku temu. Irena była bezpośrednia:

No, chwała Bogu! Przecież dziesięć lat ci to mówiłam.

Co mówiłaś?

Że robisz za służącą, tylko bez pensji.

Ireno, no bez przesady.

A kiedy ostatni raz zrobiłaś coś tylko dla siebie?

Gosia chwilę myślała.

Rok temu ściełam włosy.

No właśnie.

Za tydzień Irena namówiła ją na jogę. Gosia chciała odmówić, potem zgodziła się. W starym dresie, niewyciąganym od lat, odkryła, że jest kompletnie nieelastyczna.

Spokojnie powiedziała instruktorka z końskim ogonem. Każdy tak zaczyna.

Po dwóch tygodniach zginała się już trochę lepiej. Chodziła trzy razy w tygodniu. Po zajęciach z Ireną siadały w małej kawiarni, rozmawiały długo coś, czego Gosia nie robiła od lat, nie myśląc, że musi się spieszyć z kolacją, bo Piotr niedługo wróci.

Wieczorami czytała książki. Teraz czytała godzinę, czasem półtorej, nie spiesząc się z niczym.

Pewnego dnia zadzwonił Marcin.

Mamo, tata mówi, że osobno mieszka.

Tak.

I jak tam?

Różnie powiedziała Gosia. U mnie dobrze.

Marcin milczał trochę dłużej.

Mamo, rozwodzicie się?

Jeszcze nie wiem. Nie myślałam o tym.

Nie jesteś smutna?

Jestem zaskoczona, ale nie smutna.

Znowu milczał.

No dobrze powiedział wreszcie. Dzwoń, jeśli coś.

Ty też dzwoń. Nie tylko od święta.

***

Był taki moment, że Gosia po prostu zatrzymała się w kuchni i patrzyła przez okno.

Myła zwykłą poranną filiżankę i nagle pomyślała: dwadzieścia sześć lat. To bardzo dużo. Ponad połowa życia. Tam było wszystko także dobre chwile. Pierwsze mieszkanie, które sami malowali, dłonie obdarte. Mały Marcin, kolana całe w zielonej maści. Morze piętnaście lat temu, śmiech przez trzy dni, do dziś nie pamięta z czego, ale pamięta ten śmiech.

Tego już nie będzie, to wszystko zostanie w przeszłości, jak zdjęcia w albumie.

Czekała aż to uczucie minie. Trwało cztery minuty. Potem minęło.

Odłożyła filiżankę na suszarkę i przygotowała się na jogę.

***

Paweł pojawił się przypadkiem.

To była sąsiadka z dołu pani Jadwiga, osiemdziesięcioletnia pogodna kobietka z doskonałą pamięcią i zwyczajem przegadania pół godziny na klatce. Poprosiła Małgosię o wymianę żarówki, bo syn przyjedzie dopiero za tydzień, a ciemno w korytarzu. Gosia wymieniła, przy okazji wypiła herbatę, i wtedy przyszedł syn pani Jadwigi, ale nie ten, którego się spodziewała za tydzień, tylko inny.

Nazywał się Paweł. Miał czterdzieści osiem lat, brodę, porządną kurtkę i zmęczone oczy pracoholika.

Mama, znowu wykorzystujesz ludzi? zaśmiał się widząc Gosię z żarówką.

To Małgosia sama zaproponowała prostowała się pani Jadwiga.

Paweł spojrzał na Gosię.

Bardzo dziękuję. Jeszcze chwilę i mama by całkiem w ciemności siedziała.

Drobiazg odpowiedziała.

Pogadał chwilę, okazało się, że też pracuje w branży budowlanej, tylko w innej firmie. Gosia napomknęła o swoim zawodzie była księgową. Pożegnali się, każde poszło do siebie.

Trzy dni później Paweł sam zapukał. Przyniósł matce zakupy i jak powiedział czekoladki dla Gosi w podziękowaniu.

Nie trzeba było powiedziała Gosia, ale czekoladki przyjęła.

Ma Pani chwilkę? Mam pytanie o Piotra, bo podobno był u Was zaopatrzeniowcem, a mam zagwozdkę z dostawcą.

Gosia zamyśliła się.

Piotr mieszka teraz osobno. Ale mogę dać Panu do niego numer.

Rozumiem jego twarz była nie do odczytania, czy zdziwiona, czy nie. Nie będę kłopotał.

Po tygodniu zadzwonił jeszcze raz, że już sam rozwiązał problem, i spytał, czy może zaprosić ją na kawę, po sąsiedzku. Gosia się wahała, ale zgodziła.

Poszli do kafejki na sąsiedniej ulicy. Rozmawiali o pracy, jego mamie, o tym, jak się zmieniła dzielnica. Był miły, słuchał uważnie, nie przerywał. Czasem śmiał się z własnych żartów zanim kończył zdanie.

Pani Małgosiu, długo była Pani mężatką? rzucił w którymś momencie naturalnie, bez podtekstów.

Dwadzieścia sześć lat. Albo byłam. Sama nie wiem.

Bywa powiedział zwyczajnie.

Doceniła to.

Spotkali się jeszcze parę razy. Nie naciskał, nie stawiał pytań po prostu czasem dzwonił i pytał, jak tam jej dzień. I to jej najbardziej odpowiadało. Po latach zobowiązań ta swoboda była jak otwarte okno.

***

Piotr tymczasem dostrzegał u siebie rzeczy, których nigdy nie zauważał.

Choćby to, że nie umie czekać. Wcześniej nie musiał: żarcie się pojawiało, pranie się robiło, coś się psuło już było naprawione. Teraz musiał czekać, aż wyschnie pranie, zagotuje się woda na zupę, aż przyjdzie hydraulik. A kiedy złapał przeziębienie w środku drugiego tygodnia, leżał sam z gorączką w nieświeżej pościeli, popijając tabletki letnią wodą z kranu.

Albo to, że nie umie jeść w ciszy. Przez dwadzieścia sześć lat zawsze ktoś siedział przy stole. Najpierw Marcin, potem tylko Gosia mówiła coś, czasem milczała, ale to milczenie było obecnością. A tu cisza była zupełnie inną pustką.

Zaczął włączać telewizor do kolacji. Trochę pomagało.

Mniej więcej w trzecim tygodniu zadzwonił do Marcina.

Cześć, synu.

Cześć, tato. Jak tam?

W porządku. Mieszkam na Leśnej.

Wiem, mama mówiła.

A jak mama?

Marcin zawahał się.

Dobrze Mówi, że dobrze. Chodzi na jogę, spotyka się z koleżankami.

Piotr przełknął tę wiadomość.

Nie tęskni?

Tato Marcin mówił ostrożnie dzwonisz tylko po to, żeby sprawdzić, czy mama tęskni?

Nie, tak pytam.

Jej jest ok, tato. Tobie chyba też. I to dobrze.

Piotr odłożył słuchawkę i siedział na wersalce z uczuciem, którego nie mógł nazwać. Nie gniew, coś innego. Jak wtedy, gdy idzie się do pokoju i nie pamięta po co.

***

Dwudziestego trzeciego dnia spotkał w windzie sąsiadkę z klatki, młodą, może trzydziestopięcioletnią kobietę. Przedstawiła się: Karolina.

Nowy lokator? spytała.

Tymczasowy odpowiedział Piotr.

Aha, żona wyrzuciła?

Zaskoczony szczerością, skinął głową.

Bywa stwierdziła lekko. Pan z trzeciego? Tam, gdzie śpiewał po nocach Mieczysław?

Nie, z czwartego. Tam, gdzie są musztardowe zasłony.

A, u pana Dąbrowskiego. On zawsze wynajmuje kawalerkom samotnym facetom mówi, że nie wytrzymuje rodzin z dziećmi.

Wyszli z windy. Karolina mieszkała na pierwszym. Pracowała w przychodni weterynaryjnej, miała kota i dużo kwiatków na parapecie.

Raz pomógł jej wnieść siatki do mieszkania. Dała mu herbatę. Było czysto, ciepło, pachniało cynamonem. Rozmawiali chwilę. Karolina była pogodna, spostrzegawcza i patrzyła uważnie. Ale Piotr uświadomił sobie, że myśli: u niej czysto a u mnie w zlewie naczynia po dwóch dniach.

Winda spotykał ją jeszcze parę razy, rozmawiali chwilę przy skrzynkach. Nic się tam nie zrodziło i nie mogło zrodzić czuł się, jak niedokończona myśl.

Raz zapytała:

Zostaje pan na dłużej?

Nie wiem odpowiedział szczerze.

Wygląda pan, jakby sam nie wiedział, dokąd zmierza.

Chyba tak jest.

Dobrze, tylko żeby nie utknąć za długo. Ja utknęłam dwa lata po rozwodzie.

Zapamiętał to.

***

Trzydziestego pierwszego dnia odwiedził targ i kupił kwiaty. Bez powodu, po prostu zapatrzył się na ogromne, białe chryzantemy. Gosia zawsze je lubiła mówiła, że róże są zbyt zobowiązujące, a chryzantemy są szlachetne.

Wziął bukiet, zapłacił dziewięćdziesiąt złotych i pojechał na Ogrodową.

Całą drogę w metrze trzymał bukiet, ludzie patrzyli na niego różnie: ktoś z uśmiechem, ktoś bez ciekawości. Myślał, co powie, jak będzie wyglądać spotkanie. Może się ucieszy w końcu dwadzieścia sześć lat, w końcu on.

Podszedł pod drzwi, nacisnął dzwonek z nową, lśniącą gałką.

Za drzwiami było słychać kroki i głosy najpierw kobiecy, jej, potem męski, bynajmniej nie jego.

Zastygł.

Drzwi lekko się uchyliły na łańcuchu, którego wcześniej nie było. W szparze pojawiła się twarz Gosi. Spojrzała na niego, potem na kwiaty. Jej twarz była spokojna.

Piotrze.

Gosiu, przyjechałem.

Widzę to.

Przyniosłem ci kwiaty. Uniósł lekko bukiet.

Patrzyła na niego, bez złości, bez łez, bez emocji, na które liczył.

Piotrze, nie otworzę.

Dlaczego?

Bo zmieniłam zamki.

Widzę. Ale… dlaczego?

Za nią mignęła męska sylwetka. Piotr nie odrywał wzroku.

Kto to jest?

To nie twoja sprawa powiedziała zwyczajnie.

Gosiu, poczekaj. Ja… dużo zrozumiałem.

Co zrozumiałeś?

Otworzył usta, zamknął. Próbował jeszcze raz.

Że dobrze mi było z tobą. Że nie doceniałem. Że wszystko to był błąd.

Patrzyła przez łańcuch. Po chwili powiedziała cicho:

Piotrze, zrozumiałeś, że było ci dobrze. Ale nie zrozumiałeś dzięki komu i dlaczego. Myślisz, że brakowało ci mnie. A brakowało ci tego, że ktoś prasował twoje koszule.

To niesprawiedliwe.

Może. Ale prawdziwe.

Gosiu, dwadzieścia sześć lat.

Wiem. Były też dobre lata. Ale nie chcę jeszcze dwudziestu sześciu.

Nie dasz mi szansy?

Patrzyła długo. W końcu:

Wiesz, co jest najciekawsze? Ja też zaczęłam oddychać. Też się dusiłam, tylko nie potrafiłam o tym głośno powiedzieć.

Stał z chryzantemami w ręku.

Gosiu.

Idź, Piotrze. Zadzwoń do Marcina, pogadaj z nim. Nie o mnie. Po prostu.

Drzwi zamknęły się cicho. Zamek kliknął.

Postał chwilę. Bukiet opadł prawie do ziemi. Chryzantemy były świeże, silne nie wiedziały, co się dzieje.

Na klatce była cisza. Za drzwiami sąsiadów grał telewizor.

Piotr odwrócił się i ruszył do windy.

***

Wcisnął guzik. Winda przyjechała błyskawicznie. W lustrze zobaczył siebie mężczyzna z bukietem, w dobrym płaszczu, trochę zmęczony, z twarzą faceta, któremu coś się właśnie skończyło. Albo zaczęło. Albo jedno i drugie na raz.

Wyszedł na zewnątrz. Było już ciemno, latarnie świeciły, przechodnie spieszyli się gdzieś do swoich spraw. Szedł w kierunku metra kwiaty wciąż w ręku.

Potem przystanął.

Przy ławce siedziała starsza pani, karmiła gołębie z woreczka. Gołębie kręciły się u jej nóg.

Piotr podszedł i postawił chryzantemy obok ławki.

Może pani sobie weźmie powiedział.

Kobieta spojrzała na niego potem na kwiaty.

Ładne. Co, nie przyjęła?

Nie przyjęła.

Bywa stwierdziła i wrzuciła okruch do ptaków.

Piotr poszedł dalej. Ulica jak zawsze: domy, przechodnie, światła. Gdzieś w tym mieście Gosia zamykała za nim drzwi i wracała do swojego popołudnia, do nowego życia, które, jak się okazuje, całkiem jej pasowało.

Gdzieś wracał Marcin do syna trzeba czasem zadzwonić, ot tak, bez powodu.

Gdzieś w kawalerce z musztardowymi zasłonami stały brudne naczynia.

Wyjął telefon.

***

A potem, już w metrze, długo patrzył w czarne okno wagonu. Nie widać było nic, tylko rozmyte odbicie.

Dziwne to wszystko pomyślał, właściwie nie myśląc o niczym konkretnym. Po prostu dziwne, i tyle.

Pociąg jechał dalej. Stacje mijały jedna za drugą. W wagonie ludzie młodzi, starsi, zmęczeni, rozbudzeni, z torbami, z książkami, ze smartfonami. Nikt nie miał pojęcia o jego chryzantemach, o tych dwudziestu sześciu latach, o zamkniętych drzwiach.

Wysiadł na swojej stacji i wyszedł na powierzchnię.

Pachniało śniegiem, choć jeszcze nie spadł.

Piotr stanął i spojrzał w niebo.

Niebo było ciemne i zwykłe.

Ruszył do domu.

***

W nocy, koło drugiej, nie spał. Patrzył w sufit. Kawalerka taka sama musztardowe zasłony, odgłos lodówki, wszystko bez zmian.

Przypomniało mu się coś sprzed lat. Może osiem, może dziesięć. Pojechali z Gosią na działkę jej rodziców. Wieczorem siedzieli na tarasie, pili herbatę, był spokój, za płotem las. Gosia milczała, on też, i to było dobre milczenie to żywe, kiedy nic nie trzeba mówić.

Pomyślał wtedy: dobrze mi.

Nic nie powiedział.

Zwyczajnie pomyślał, zapomniał.

Leżał teraz i próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz myślał w ten sposób. Nie potrafił.

Za oknem zaczynało sypać coś, co przypominało śnieg pierwszy w tym roku.

W mieszkaniu było cicho.

***

Rano wstał, nastawił wodę na herbatę i pomyślał, że trzeba kupić porządne kubki. Te, co były w mieszkaniu, miały odpryśnięty rant, nieprzyjemnie się z nich piło.

Potem pomyślał, żeby zadzwonić do Marcina.

Potem, że trzeba nadrobić zaległości w pracy zaraz kwartalny raport.

Potem o tym, co powiedziała Gosia. Że ona też zaczęła oddychać. Że też się dusiła.

Nie wiedział o tym. A może wiedział, ale nigdy nie myślał, żeby ją spytać. Zawsze była obok, robiła swoje, a on nie pytał, czy ona tego chce. Była częścią tej rutyny, którą on uważał za swoją klatkę, a może dla niej to była podobna klatka tylko inna rola.

Czajnik zawrzał.

Zalał herbatę do wyszczerbionego kubka, usiadł do stołu.

Za oknem śnieg już padał na serio, biały dywan na parapecie, nie topniał.

Piotr wziął telefon, znalazł Marcina.

Odłożył.

Po chwili wziął ponownie.

Marcin, cześć. Tu tata. Zadzwoniłem tak po prostu. Masz czas?

Mam, tato. Cześć.

Co u ciebie?

W porządku. Pracuję. U was śnieg?

Właśnie zaczął.

U mnie też.

Przez sekundę cisza. Dobra, żywa cisza.

Tato, a u ciebie?

Piotr spojrzał w okno. Za szybą śnieg, biały, równy, i nic jeszcze nie było jasne.

Jeszcze trochę się uczę powiedział.

Jakby co, dzwoń rzucił Marcin.

Zadzwonię. Ty też zadzwoń. Nie tylko od święta.

Umowa.

Pożegnali się. Piotr odłożył telefon, dopił herbatę. Była w porządku.

Za oknem padał śnieg.

***

Mniej więcej w tym samym czasie, na drugim końcu miasta, Gosia patrzyła przez okno, z filiżanką kawy w ręku. W pokoju cicho i miło. Paweł już wyszedł, nie zostawał nigdy na noc mieli tę cichą umowę: pośpiech nie ma sensu.

Myślała o Piotrze. Bez żalu, bez euforii raczej jak o kimś, z kim przeżyło się kawał życia. Stał w drzwiach z kwiatami, duży, trochę zagubiony, z twarzą mężczyzny, którego życie trochę poturbowało, ale nie zdążyło wszystkiego nauczyć.

Nie była już zła. Okres złości minął. Początkowo, tuż po jego wyjściu, złość była obecna i sama się temu dziwiła, bo na zewnątrz była spokojna, a wewnątrz zła od dawna. Na coś, czego nie było widać i było oczywiste że Piotr nigdy nie pytał jej jak się czuje, że dusił się swoją nudą, którą sama stworzyła własnymi rękami, że jemu było nudno, a jej nie starczało czasu, by się nad tym zastanowić.

Potem złość odeszła. Został spokój.

Wzięła telefon, napisała do Zofii: Idziemy jutro na jogę?. Zofia odpisała od razu: Czekałam na twój sygnał. Oczywiście!.

Gosia uśmiechnęła się, odstawiła filiżankę.

Za oknem też padał śnieg.

***

Piotr tego samego wieczoru zadzwonił do właściciela i spytał, czy może zostać dwa miesiące dłużej.

Może pan. Trzeba zapłacić z góry.

Spokojnie. Potem poszedł do Rossmanna, kupił trzy nowe kubki ładne, kolorowe. Jedną sztukę więcej, nie wiadomo na co.

Potem do Lewiatana kupił składniki na rosół: kurczak, cebula, marchew, ziemniaki. Przepis znalazł w telefonie: cztery kroki. W czwartym stało: Posól wedle smaku.

Stał i myślał, co to znaczy do smaku? Dodał sól, spróbował. Za słony, ale rosół wyszedł znośny.

Zlał do talerza, usiadł.

Było cicho.

W tej ciszy rosół wydawał się nawet smaczny.

***

Życie toczyło się dalej jak zawsze: bez ostrzeżeń. Gosia chodziła na jogę, czasem spotykała się z Pawłem, który był cierpliwy i nie popędzał. Piotr mieszkał na Leśnej, gotował rosół, dzwonił czasem do syna, raz w tygodniu spotykał się z Markiem i Pawłem już bez kobiet, rozmawiali trochę dłużej.

O rozwodzie nie zdecydowali. Brakowało im po prostu siły, by cokolwiek nowego jeszcze załatwiać.

Kiedyś spotkali się w sklepie, w tym samym, na Ogrodowej, do którego chodzili przez tyle lat. Piotr stał przy lodówce, czytał skład kefiru jakby to było coś niezwykle ważnego.

Podeszłam z tyłu.

Piotrze.

Odwrócił się. Spojrzeliśmy na siebie. Wyglądał nieźle, trochę schudł, spojrzenie miał bardziej uważne.

Cześć, Gosiu.

Cześć. Dobrze wyglądasz.

Ty też.

Chwilę stali.

Kupić kefir zamierzasz? zapytałam.

Wybieram właśnie.

Ten jest dobry wskazałam.

Dzięki.

Wziął. Ja zrobiłam swoje zakupy, on swoje.

U kas stanęliśmy w sąsiednich kolejkach. On płacił, ja płaciłam. Wyszedł prawie równocześnie.

No… cześć rzucił.

Cześć powiedziałam.

Skręciłam w prawo, on w lewo.

Oceń artykuł
TwojaCena
Ja też kiedyś brakowało mi tchu