Wpis z mojego dziennika: Dżem z mniszka lekarskiego
Skończyła się już zima, w tym roku nie było wielkich mrozów, śniegu oczywiście sporo, ale jednak była łagodna. Mimo to już miałam jej dość chciałoby się już zobaczyć zielone liście, feerię kolorów i oczywiście zrzucić z siebie ciepłe kurtki i swetry.
Do naszego małego miasteczka w Wielkopolsce przyszła wiosna. Bardzo ją lubię i zawsze z niecierpliwością czekam na budzącą się przyrodę. Patrząc przez okno z trzeciego piętra, zamyśliłam się:
– Kiedy przychodzą ciepłe, wiosenne dni, nasze miasteczko jakby budzi się z zimowego snu. Nawet samochody brzmią inaczej, rynek tętni życiem. Ludzie w kolorowych płaszczach i kurtkach rozchodzą się każdy w swoją stronę, a ptaki o poranku budzą nas wcześniej niż budzik. Wiosną jest cudownie, a latem jeszcze lepiej…
Od lat mieszkam w tym pięciopiętrowym bloku, od kilku miesięcy razem z wnuczką Zosią, która chodzi do czwartej klasy. Rok temu jej rodzice wyjechali na kontrakt do Kenii oboje są lekarzami zostawiając córkę pod moją opieką.
– Mamusiu, powierzamy ci Zosię po co ją ciągnąć tak daleko, my wiemy, że ukochanej babci nic się nie stanie mówiła moja córka, przy wyjeździe.
– Oczywiście, że się zaopiekuję. Z nią będzie mi raźniej na emeryturze odpowiedziałam wtedy z uśmiechem.
– Super, babciu, będziemy chodzić do parku częściej niż z rodzicami oni nigdy nie mają czasu cieszyła się Zosia.
Rano nakarmiłam Zosię śniadaniem i posłałam do szkoły, a potem zajęłam się codziennymi obowiązkami; czas zleciał niepostrzeżenie.
– Wskoczę do sklepu, zanim Zosia wróci ze szkoły pomyślałam, szykując się do wyjścia.
Wyszłam z klatki, a pod blokiem już siedziały dwie sąsiadki na ławce podłożyły sobie poduchy, bo jeszcze zimno. Pani Halina samotna kobieta w nieokreślonym wieku, może siedemdziesiąt, może więcej zawsze chowa swój rok urodzenia w tajemnicy. Mieszka na parterze. Obok niej pani Janina, również wdowa, lat siedemdziesiąt pięć, oczytana, z poczuciem humoru zupełne przeciwieństwo Haliny, bo ta z kolei wszystkim wiecznie narzeka.
Gdy tylko śnieg topnieje i pojawia się słońce, nasza ławka nigdy nie jest pusta. Halina z Janiną to stali bywalcy od rana do wieczora, z przerwą na obiad. Zawsze wszystko wiedzą, nawet mucha nie przeleci niezauważona.
Czasem się do nich dosiadam. Rozmawiamy o nowościach, ciekawej książce czy programie w telewizji; Halina lubi wspominać o swoim ciśnieniu.
– Dzień dobry, panie uśmiechnęłam się. Już na posterunku?
– Dzień dobry, Stasiu, na dyżurze, bo jak nie, to nam obecności nie zaliczą zażartowała Halina, dostrzegając moją ekotorbę.
– Tak, idę do sklepu, zanim Zosia wróci; obiecałam jej coś słodkiego za dobre oceny rzuciłam i ruszyłam dalej.
Dzień minął jak zwykle odebrałam wnuczkę ze szkoły, zjadłyśmy obiad, Zosia siadła do lekcji, a ja do swoich spraw i telewizji.
– Babciu, lecę na tańce! zawołała Zosia.
Stała już z plecakiem i telefonem w ręku. Tańce są jej pasją od sześciu lat; występowała już nie raz, a ja jestem z niej bardzo dumna.
– Zosiu, kochanie, idź odpowiedziałam ciepło i wyprawiłam ją do drzwi.
Usiadłam potem na naszej ławce pod blokiem, czekając, aż wróci z zajęć.
– Nudno? przysiadł się do mnie sąsiad z drugiego piętra, pan Kazimierz.
– W taki dzień nudzić się nie można, Kaziu. Wiosna, słońce, ptaki śpiewają, wokół zieleń, żółty dywan z mniszka odparłam.
– Tak, słońce przygrzewa, kwiaty na trawnikach jak małe słoneczka mówił z uśmiechem, a ja potakiwałam.
W tym samym momencie Zosia podbiegła i rzuciła mi się na szyję z okrzykiem:
– Hau, hau!
– O rety, łobuziaczku, przestraszyłaś mnie, śmiechłam.
– Oj, za wcześnie, żeby o tym mówić rzucił pan Kazimierz i klepnął mnie po ramieniu.
– Chodź, kochanie, zrobiłam ci twoje ulubione kotlety i starłam marchewkę z cukrem, pewnie zmęczona jesteś po tańcach zawołałam ją do domu.
Kazimierz podniósł się z ławki za nami.
– A wy tak uciekacie z dworu? zdziwiła się.
– Smakowicie opowiadasz o obiedzie, aż sam zgłodniałem. Idę przekąsić coś u siebie. Wieczorem może znów wyjdziemy rzucił.
– Zobaczę, bo mam sporo na głowie…
Wieczorem jednak wyszłam na ławkę. Kazimierz już czekał dziwne, Halina i Janina już poszły.
– Halina z Janiną poszły na kolację, właśnie przed chwilą powiedział radośnie sąsiad.
Od tego wieczoru spotykaliśmy się z Kazimierzem coraz częściej, czasem szliśmy razem do parku przez ulicę; czytaliśmy gazety, rozmawialiśmy o przepisach, aktorach, o życiu.
Los Kazimierza nie był łaskawy. Miał żonę, córkę, wnuka. Owdowiał wcześnie, sam wychowywał córkę Agatę, pracował na dwóch etatach chciał, żeby Agata niczego nie brakowało. Wychodził z domu przed jej pobudką, wracał, gdy już spała.
Córka dorosła, wyszła za mąż, pojechała do Katowic, urodziła syna. Potem parę razy odwiedziła ojca, ale kontakt się urwał. W tych wizytach niewiele było rodzinnej radości. Agata z mężem się rozeszła, syna wychowywała sama.
– Stasiu, Agata zadzwoniła, przyjeżdża za dwa dni powiedział Kazimierz. Już od dawna mówimy sobie po imieniu, znamy się i ufamy.
– Może zatęskniła, z wiekiem człowiek coraz bardziej potrzebuje bliskich odpowiedziałam.
– Nie wiem… niewiele na to wskazuje.
Agata przyjechała. Surowa, nieuśmiechnięta niełatwo było z nią rozmawiać. Kazimierz spodziewał się poważnej rozmowy i długo nie musiał czekać.
– Tato, ja tu w konkretnej sprawie Sprzedajmy twój mieszkanie, przeprowadzisz się do mnie, z wnukiem będzie raźniej mówiła stanowczo, jakby wszystko już postanowiła.
Kazimierz jednak nie miał ochoty wyjeżdżać ze swojego domu do obcego miasta, pod opiekę chłodnej córki. Tłumaczył, że już się przyzwyczaił do samotności.
Agata nie ustępowała. Zorientowała się, że ojciec przyjaźni się ze mną, więc przyszła do mnie z wizytą. Powitałam ją uprzejmie, zaprosiłam do kuchni, nalałam herbaty i postawiłam cukierki oraz dżem z mniszka.
– Słucham cię, Agatko powiedziałam łagodnie.
– Widzę, że bardzo się z ojcem zaprzyjaźniliście zaczęła. Może mogłabyś namówić go, żeby sprzedał mieszkanie? Po co mu tyle metrów, mógłby pomyśleć o innych!
Zdziwił mnie chłód i wyrachowanie Agaty, więc odmówiłam jej prośbie. Wtedy jakby się w niej coś załamało; czerwona ze złości, zaczęła wrzeszczeć:
– Już rozumiem Chcecie zdobyć mieszkanie dla swojej wnuczki! Znalazła sobie babcia samotnego staruszka i kombinuje prezent dla Zosi Spacery, pogaduszki, o mniszku gadają… Dwa mniszki, a tu Może już poszłaś z Kazikiem złożyć wniosek do USC? Nic z tego, ostrzegam wrzasnęła, a potem wyszła trzaskając drzwiami.
Źle mi było po tej wizycie, bałam się, czy ktoś ze sąsiadów nie słyszał jej krzyku. Na szczęście Agata wyjechała niedługo potem. Ja natomiast zaczęłam unikać Kazimierza jeśli go gdzieś widziałam, szybciej wracałam do domu.
I piłam herbatę z dżemem z mniszka
Ale jak się okazuje, życie pisze własne scenariusze. Wracałam kiedyś ze sklepu, a Kazimierz siedział przy wejściu do klatki, z naręczem żółtych mniszków, próbował pleść z nich wianek.
– Stasiu, nie uciekaj, usiądź na chwilkę. Przepraszam za moją córkę, słyszałem, że przyszła i co mówiła. Pomagam wnukowi, będę pomagał. Ale ona nie można tak. W każdym razie wyjechała, powiedziała, że nie ma już ojca. Ja – zamilkł, po czym podał mi prawie gotowy wianek z mniszków. Weź. A ja właśnie zrobiłem dżem z mniszka, jest zdrowy i bardzo smaczny, musisz koniecznie spróbować. I do sałatki świetnie pasuje powiedział z uśmiechem.
Po tej rozmowie zrobiliśmy razem sałatkę z mniszkiem, do herbaty zjadłam dżem bardzo mi zasmakował. Wieczorem poszliśmy znów do parku:
– Mam najnowszy numer naszego ulubionego tygodnika rzucił Kazimierz. Poczytamy na naszej ławce pod lipą.
Usiedliśmy razem, śmialiśmy się, gawędziliśmy, aż zapomnieliśmy o wszystkich troskach. Dobrze jest być razem.
Dziękuję wszystkim, którzy to czytają, wspierają i są ze mną. Szczęścia Wam w życiu!




