Artysta

Artysta

Ten kot to czyste zło, Zosiu! Musisz się go pozbyć! Barbara Tomaszewska z niesmakiem skrzywiła się, patrząc na rudego jednouchego kota kręcącego się wokół nóg siostry.

Co ty opowiadasz, Basia?! wystraszyła się Zofia. Przecież to żywe stworzenie!

Stworzenie? To idealne określenie! A nie sądzisz, Zosiu, że pozwala sobie na zbyt wiele?

Kot, jakby chcąc udowodnić słowa gościa, zawarczał, wygiął grzbiet i bocznym krokiem ruszył na „naruszycielkę” spokoju.

Widzisz?! Barbara, triumfalnie wskazując palcem na kota, cofnęła się instynktownie. Co mówiłam?!

Zofia westchnęła i upomniała swojego „obrońcę”:

Artysta, kochany, daj spokój! Wszystko dobrze!

Kot spojrzał na panią i nagle odpuścił. Wrócił do jej nóg, musnął delikatnie jej chorą nogę i usiadł obok, dając do zrozumienia, że i tak czuwa.

Zbir! prychnęła Barbara, obchodząc kota z dystansem. A ty się nad nim litujesz!

Ktoś musi westchnęła Zofia.

Artysta pojawił się u Zofii trzy lata temu. To był trudny czas ledwo pożegnała męża, umarł jej jedyny syn i została zupełnie sama poza siostrą i kilkoma znajomymi. Nigdy nie miała przyjaciółek.

Była Barbara. Siostra.

Basia była starsza. Dziewczynki rosły w przekonaniu, że Barbara jest mądra i piękna, a Zofia roztrzepana, ale ukochana.

Za co cię rodzice chwalą, nie rozumiem! dąsała się Barbara, gdy Zofia przynosiła dobre oceny. Dobre stopnie to normalność! Za to nie powinno być pochwał!

Basieńko, nie jestem taka zdolna jak ty. tłumaczyła Zosia.

Właśnie! A jednak cię chwalą! Barbara się boczyła, a Zosia ukrywała uśmiech, by nie drażnić siostry.

Barbara skończyła liceum z wyróżnieniem, poszła na uniwersytet i rzadko pojawiała się w domu.

Jak tam na studiach, Basieńko? Zofia wypatrywała chwili, by dowiedzieć się, co u siostry.

Idzie! Szkoda tylko, że tak wolno. Dobę można by wydłużyć!

Po co? Brakuje ci czasu na naukę?

Na studia? Nie! Nie mam życia osobistego! Jak tu kogoś porządnego poznać, gdy ciągle się biegnie, bo bez kariery ani rusz?!

Ojej, nie pomyślałam

Ty w ogóle rzadko o czymś myślisz, siostrzyczko Barbara śmiała się, ignorując, że rani tym Zofię.

Zosia nie wchodziła w dyskusje, ukrywała żal i po cichu cieszyła się z sukcesów siostry. Gwiazda powinna świecić tylko ona. Zosi pozostawało przyglądać się temu światłu.

Kiedy Barbara kończyła studia, wciąż była sama. Mężczyźni obchodzili ją szerokim łukiem, przerażeni ostrym językiem i temperamentem.

Mamo, chcę siedzieć cicho w kącie jak pensjonarka? To już nie te czasy! protestowała Barbara, gdy matka prosiła, by była łagodniejsza.

A potem Zofia, której odradzano studia, niespodziewanie przyprowadziła do domu narzeczonego.

Poznajcie się! To mój Andrzej

Andrzej oczarował rodziców Zofii od pierwszego spotkania. Był dziennikarzem, robił pierwsze kroki w telewizji i już wypracował sobie pewną renomę.

Najważniejsze było jednak, że był bez pamięci zakochany w Zofii. Z tej zwykłej, szarej Zofii, która uczyła się w technikum.

Zofia zawsze lubiła szyć i ubierać się ładnie. Wybrała więc zawód krawcowej.

Zosiu, co to za wybór? kręciła nosem Barbara.

Basieńko, nie jestem aż tak zdolna jak ty. A nie każdy potrafi stworzyć piękną spódnicę czy bluzkę. Chcę, by ludzie wokół mnie byli piękni i szczęśliwi.

Barbara sceptycznie machała ręką, ale sukienki i kreacje Zofii sama chętnie nosiła były wyjątkowe, bo Zofia wymyślała fasony sama, wyszywała wzory i zawsze tworzyła z sercem.

Kiedy ludzie pytali Barbarę, gdzie kupiła te ubrania, odpowiadała tajemniczo:

To tajemnica! Nie powiem!

W głębi duszy była dumna z siostry.

Pojawienie się Andrzeja było dla Barbary ciosem. Jak to możliwe, że ta „nijaka” siostra wychodzi za mąż szybciej od niej?! Niedopuszczalne!

Na ślubie Zofii Barbara była ponura. W tym dniu wszyscy zauważyli, jak pięknie wygląda panna młoda w sukni własnego projektu, a Andrzej był dla niej idealnym partnerem.

Dopiero wtedy Barbara poczuła, czym jest zazdrość. To uczucie wbiło się w jej serce jak drzazga i nie chciało dać spokoju.

Barbara wyszła za mąż pół roku później trochę przypadkowo, za dużo starszego, lekko łysiejącego, szerokiego w barach, ale bardzo rozważnego mężczyznę. Ich małżeństwo było „kontraktowe”:

Dam ci to, czego chcesz mówił. Ty urodzisz mi dziecko, może dwoje, zajmiesz się karierą. W domu będziesz miała wszystko. Ja oczekuję jedynie wierności, spokoju i zadbanego mieszkania.

Barbara nie zastanawiała się długo:

Zgoda!

O dziwo, układ się sprawdził. Nie było w nim czułości, jak u Zofii i Andrzeja, ale za to panował spokój i stabilizacja.

Dzieci Barbary syn, potem córka rosły przy opiekunce. Barbara była zawsze zajęta: doktorat, praca, przyjęcia. Swojego dzieciństwa dzieci nie miały za wiele, ale Barbara jawiła się każdemu jako prawdziwa 'gwiazda’, a ubrania nadal zamawiała u siostry.

Zofia natomiast nie spieszyła się. W latach 90. szyła na zamówienie, klientki przekazywały sobie adres, a jej renoma rosła. Szyła dla żon polityków, artystek, a jej suknie zawsze były unikatowe.

Gdy ustabilizowała sytuację, Zofia otworzyła małe atelier na parterze zabytkowej kamienicy, którą znalazła dla niej Barbara. Ta załatwiła wszystko, a nawet wsparła siostrę pożyczką i sprzętem.

Policzymy się potem machnęła ręką.

Barbara kibicowała Zofii i, z biegiem lat, coraz bardziej ją doceniała. Pomagała siostrze, gdy ta musiała zmierzyć się z ciężką chorobą syna. „Słoneczko” tak nazywała jej syna, który urodził się chory.

Jesteś moim kochanym! witała siostrzeńca, który ufnie się do niej tulił.

Basieńko, ty chyba kochasz mojego Krzyśka bardziej niż własne dzieci! dziwiła się Zofia.

Barbara szukała dla niego lekarzy, opiekunki, a nawet pomogła Zofii przy rozkręcaniu atelier.

Życie Barbary i Zofii splecione były jak dwa warkocze czasem szorstkie, czasem czułe, zawsze bliskie. Obie sobie pomagały: Zofia poprosiła męża o wsparcie dla męża siostry w trudnej sprawie, a Barbara wsparła Zofię finansowo i emocjonalnie.

Z czasem relacje miedzy siostrami oczyściły się z zazdrości i nieporozumień. Gdy chorował Andrzej i umarł jej syn, to właśnie Barbara była przy Zofii, trzymając ją mocno za rękę w szpitalu i idąc potem przez miasto zupełnie w milczeniu, ale razem, blisko.

Życie Zofii po śmierci syna zgasło. Pracowała mechanicznie, otoczona współpracownicami, ale bez dawnej pasji. Barbara czasem przychodziła do atelier i widziała, jak Zofia siedzi nad projektami, ale nie jest w stanie wykreślić nawet linii.

Przełomem był dzień, w którym do atelier przyszedł rudy kot. Brudny, zmarnowany, z rozszarpanym uchem, zaskoczył wszystkich. Położony na schodku, udawał, jakby był nieżywy. Takiego zastała go Zofia, która wyjątkowo przyszła później tego dnia.

Dziewczyny, co to?! pytała śmiesznie, patrząc na kota.

Kot, pani Zofio. Przyszedł, położył się i nie chce odejść!

Zofia pochylała się, szturchnęła delikatnie kota, a ten otworzył powoli jedno oko i zajęczał tak ludzko, że wszyscy się uśmiechali.

Po raz pierwszy od dawna Zofia się roześmiała:

Ależ z niego aktor! Dziewczyny, popatrzcie! Sam Stanisławski by mu zazdrościł. No dobrze, idziemy, będzie i obiad, i ciepło

Wzięła kota, zawiozła do weterynarza, gdzie cierpliwie znosił zabiegi i szczepienia. Po powrocie do domu zapytała:

Nigdy nie miałam kota. Jak się dogadamy, Artysto?

Kot siedział niewzruszony, a Zofia znów się uśmiechnęła:

Zobaczymy, czy spodoba się Basi

Barbara, oczywiście, narzekała ale tylko z pozoru. Kot wyraźnie ożywił Zofię: znowu czuła się potrzebna, znowu była uśmiechnięta.

Zosia, dziwnie na ciebie patrzy!

Niech patrzy! Nikt na mnie tak ciepło nie patrzył od lat!

To oszust! Udaje!

Niech będzie. Przynajmniej grzeje mi stopy i ogląda ze mną seriale. Wyobraź sobie wpatruje się w ekran jakby rozumiał!

Sama sobie winna, mogłaś mu dać normalne imię Mruczek albo Puszek, ale Artysta?!

Tak do niego pasuje! Zofia śmiała się, a Barbarze robiło się cieplej na sercu.

Jednak naprawdę Barbara zaakceptowała Artystę dopiero wtedy, gdy ten uratował Zofię.

Była sobota, późny wieczór. Barbara przypadkiem była niedaleko atelier i postanowiła zajrzeć. W środku paliło się światło, Barbara sama otworzyła drzwi.

Zosiu! Jestem! zawołała.

I nagle pod nogi wpadł rudy błysk, a kot z furią wbiegł do środka i wbił pazury Barbarze w nogawki.

Artysta! Zwariowałeś?! krzyknęła.

Kot zachowywał się dziwnie, biegał między Barbarą i drzwiami do pokoju, który był kiedyś dziecięcym Krzyśka. Barbara poczuła niepokój.

Gdzie jest Zosia?!

Pobiegła do pokoju i zobaczyła siostrę leżącą na podłodze ze ściśniętym w dłoni zdjęciem syna. Zawołała pogotowie.

Następne godziny to szpital, reanimacja, niepewność.

Dopiero później dowiedziała się, że zamknięty w pokoju Artysta wył przeraźliwie przez całą noc i nie uspokoił się, dopóki Zofia nie zaczęła dochodzić do siebie.

Po trzech tygodniach Zofia wróciła do atelier.

Najpierw do pracy! nalegała. Chcę zobaczyć Artystę!

Kiedy przekroczyła próg, rudy kot rzucił się pod jej nogi, owiniął je łapkami i zamruczał tak głośno, że nawet Barbara poczuła łzy wzruszenia.

Zofia wzięła kota na ręce.

On mnie wołał, Basia. Słyszałam go najpierw jego, potem ciebie

Barbara nie wiedziała, co powiedzieć, ale Artysta jakby wszystko wyjaśnił sam: przytulił się do Zofii, mruczał i patrzył na Barbarę zielonym okiem, jakby mówił: „Już wszystko dobrze”.

Chyba właśnie mnie zaakceptował zaśmiała się Barbara. Sama nie wiem w czym, ale jestem pewna, że tak!

Artysta jeszcze głośniej zamruczał, jakby chciał zgonić wszelkie smutki i podarować siostrom odrobinę spokoju.

Bo czego tak naprawdę potrzebuje człowiek? Bliskich i spokoju w duszy.

Tak niewiele a tak wiele.

Oceń artykuł
TwojaCena
Artysta