Mama jest zmęczona
Anna tak krzyczała na kasjerkę, że biednej kobiecie trzęsły się ręce.
Ile to jeszcze potrwa?! Nie umie pani pracować? To może lepiej zostać w domu!
Przepraszam starsza pani i tak już szybko obsługiwała, a jednak jeszcze przyspieszyła.
Aniu mąż delikatnie dotknął żony łokcia już wystarczy, chodźmy.
Żona gwałtownie się odwróciła:
Ty się lepiej nie odzywaj! Nikt cię nie pytał!
Tomek odwrócił wzrok i zamilkł. Zawsze tak było.
***
W domu pachniało przyprawionym kurczakiem. Teściowa, Halina Nowak, stała przy kuchence i mieszała zupę.
O, już wróciliście! Ugotowałam rosół z makaronem. Usiądźcie, nakarmię was.
Ile razy mam prosić, żeby nie wchodzić do mojej kuchni syknęła Anna. Wy już tu mieszkacie czy jednak jesteście tylko gośćmi?
Halina zbladła, odstawiła łyżkę.
Przecież chciałam pomóc…
A ja nie potrzebuję pomocy! Doskonale sama sobie radzę!
Z pokoju wypadł siedmioletni Michałek:
Mamo, cześć! Witek z drugiej klatki powiedział, że jestem słaby! Ale ja nie jestem, prawda?
Daj mi spokój! burknęła Anna. Nie widzisz, że jestem zajęta?
Michałek zamarł. Spojrzał na babcię. Ta tylko odwróciła wzrok.
Anna weszła do pokoju i z hukiem zamknęła drzwi.
***
Tak wyglądała ich codzienność.
Każdy dzień był podobny do poprzedniego. Anna budziła się w złym humorze, zasypiała zła, a w międzyczasie wyładowywała się na wszystkich: na mężu, teściowej, synu, kasjerkach, współpracownikach, przypadkowych ludziach.
Czasem, bardzo rzadko, łapała się na myśli: Boże, co ja wyprawiam? Ale zaraz ta myśl znikała w czarnej pustce bez wyjścia.
Mąż wytrzymywał. Przyzwyczaił się. Dziesięć lat małżeństwa nauczyło go jednego lepiej milczeć i nie wychylać się.
Pracował na dwóch etatach, przynosił pieniądze, robił wszystko, co mu powie. Nocami, kiedy Anna spała, wychodził do kuchni, siedział z herbatą, patrzył w jeden punkt. Myślał.
Halina Nowak przyjechała trzy miesiące temu pomóc przy Michałku, kiedy rodzice byli w pracy.
Zgodziła się i od tego czasu każdego dnia czuła na sobie złość synowej.
Michałek… Michałek po prostu żył. Biegał, bawił się, zadawał pytania. Za każdym razem, kiedy zbliżał się do mamy, napotykał mur.
Na początku płakał. Potem już nie. Szedł do babci i siadał cichutko obok niej tak było spokojniej.
***
W piątek wydarzyło się to, co już nieraz miało miejsce.
Anna wróciła z pracy w wyjątkowo złym humorze: szef na nią nakrzyczał, koleżanka podłożyła świnię, w tramwaju ktoś nadepnął jej na nogę.
Tuż przed jej powrotem Michałek wylał sok na nową beżową kanapę, kupioną na raty.
Chłopiec stał obok pustej szklanki i z przerażeniem patrzył na rozlewającą się czerwoną plamę.
Coś ty narobił?! wrzasnęła Anna wchodząc do mieszkania wiesz ile ta kanapa kosztuje?!
To niechcący, mamo, przepraszam, nie krzycz Ja się ciebie boję…
Boisz się?! Anna wpadła w jeszcze większą złość tylko niszczyć i przeszkadzać potrafisz! Przez ciebie mam tylko kłopoty!
Mamo, przepraszam…
Marsz do swojego pokoju! Żebym cię nie widziała!
Michałek poszedł. Anna jeszcze długo krzyczała, aż zaniemówiła.
***
W nocy nie mogła zasnąć. Poszła do kuchni, usiadła przy oknie. Za szybą siąpił deszcz.
Siedziała i gapiła się na krople ściekające po szkle. Myślała, że ma już wszystkiego dość. Że marzy tylko o jednym żeby to się skończyło. Żeby wszyscy się odczepili. I żeby wreszcie była cisza.
Nie zauważyła, kiedy przysnęła przy stole.
Obudził ją chłód. Była czwarta rano.
W mieszkaniu panowała cisza. Tomek spał, Halina spała, Michałek spał.
Poszła do łazienki. Wracając, przechodziła obok pokoju syna. Drzwi były uchylone. Zajrzała, żeby sprawdzić, czy się nie odkrył.
Michałek spał skulony, obejmując poduszkę. Na biurku obok łóżka leżał otwarty zeszyt w kratkę z pokolorowaną okładką przedstawiającą czołgi.
Już miała wychodzić, gdy zauważyła na stronie napis: Mama.
Wzięła zeszyt. Usiadła na brzegu łóżka. Zaczęła czytać.
To był pamiętnik.
Pierwszy wpis z września:
Dziś mama znowu krzyczała. Tata powiedział, że jest zmęczona. Chciałem ją przytulić, ale odsunęła się. To pewnie dlatego, że jestem zły.
Anna przełknęła ślinę. Przewróciła stronę.
Październik. Dziś babcia miała urodziny. Narysowałem kartkę, ładną, z kwiatkami. Chciałem dać rano. Ale mama znów krzyczała na tatę, więc schowałem pod poduszkę. Może jutro dam, jak mamy nie będzie.
Dalej.
Listopad. Zepsułem samochodzik, który dał mi tata. Specjalnie. Pomyślałem, że jak zepsuję coś swojego, mama nie będzie krzyczeć. Ale i tak krzyczała. Powiedziała, że niczego nie potrafię szanować. I że jestem głupi.
Annie zaczęły drżeć ręce.
Grudzień. Za chwilę święta. Napisałem list do świętego Mikołaja. Poprosiłem, żeby mama przestała krzyczeć. Szkoda, że takiego prezentu nie da się zrobić.
Styczeń. W szkole trzeba było napisać, kim się chce być, jak się dorośnie. Napisałem, że chcę być niewidzialny. Żeby mama mnie nie widziała i nie krzyczała. Nauczycielka się zdziwiła, zadzwoniła do taty. Tata przyszedł, porozmawiał ze mną. Powiedział, że mama jest dobra, tylko ciężko jej. Wiem. Pamiętam, jaka była kiedyś. Przytulała mnie. I się śmiała. Teraz się nie śmieje. Nigdy.
Anna siedziała bez ruchu. Łzy kapały na zeszyt, rozmazując tusz.
Luty. Dziś wylałem sok na kanapę. Mama długo krzyczała. Jak ona krzyczy, to czuję, jakby coś we mnie umierało. Najpierw uszy, potem serce, potem dusza. Położyłem się i zamknąłem oczy. Myślałem: ciekawe, czy jak umrę we śnie, to mama będzie płakać? Czy tylko powie: mniej kłopotów?
Zeszyt wypadł Annie z rąk. Trzęsły się jej ramiona, ale nie wydała z siebie żadnego dźwięku. Bała się obudzić syna. Bała się, że ją zobaczy taką. Bała się wszystkiego.
Siedziała tak długo. Dwadzieścia minut, może godzinę. Potem podniosła zeszyt, położyła na miejsce. I wyszła.
Z powrotem poszła do sypialni. Położyła się obok Tomka. Wpatrywała się w sufit aż do świtu.
***
Rano Michałek obudził się pierwszy.
Otworzył oczy, przeciągnął się, usiadł na łóżku. Zobaczył uchylone drzwi i przypomniał sobie wczorajszą sytuację. Westchnął.
Wyszedł do korytarza, nasłuchiwał. Cisza. Dziwne. Zwykle o tej porze mama już krzątała się po kuchni i narzekała, że wszyscy śpiochy.
Zajrzał do kuchni.
Mama siedziała przy stole. Nie krzyczała, nie stukała naczyniami. Po prostu siedziała i patrzyła w okno. Przed nią stał kubek z dawno wystygłą herbatą.
Mamo? zapytał ostrożnie Michałek.
Odwróciła się. Miała inną twarz nie złą, nie zmęczoną, tylko inną. Michałek nie potrafił powiedzieć jaką.
Dzień dobry powiedziała cicho Anna. Chodź, zjedz śniadanie.
Usiadł przy stole. Mama postawiła przed nim miskę z owsianką. Usiadła naprzeciwko.
Michałek jadł i ukradkiem zerkał na mamę. Czekał, aż zacznie się jak zwykle. Ale nic się nie działo.
Mamo odezwał się w końcu co się stało?
Nic.
A czemu jesteś taka cicha?
Myślę.
O czym?
Anna długo patrzyła synowi w oczy. Potem wyciągnęła rękę i pogłaskała go po głowie. Tak po prostu, bez powodu.
O tobie myślę powiedziała. O nas.
Michałek znieruchomiał z łyżką w ustach.
Mamo, nie jesteś chora?
Nie, synku. Wręcz przeciwnie zaczynam zdrowieć.
Nie zrozumiał, ale pokiwał głową. I tak było dobrze, najważniejsze, że nie krzyczała.
Jedz, powiedziała Anna. Za chwilę musisz wychodzić do szkoły.
Michałek dopił herbatę, wstał i poszedł się szykować. Przy drzwiach się zatrzymał.
Mamo, powiedział nieśmiało a wieczorem to znów nie będziesz krzyczeć?
Anna podeszła, przykucnęła przed nim.
Słuchaj mnie, powiedziała poważnie. Nie wiem, czy mi się uda. Ale postaram się nie krzyczeć. Bardzo się postaram. Tak, żebyś już nigdy się mnie nie bał. Dobrze?
Michałek skinął głową.
A jak nie wyjdzie? szepnął.
Jak nie wyjdzie powiedz mi. Po prostu zapytaj: Znowu?. I ja sobie przypomnę.
Co przypomnisz?
Wszystko pocałowała go w czoło. Idź już.
Michałek wybiegł.
Anna stała w przedpokoju. Słyszała, jak zatrzaskują się drzwi windy. Potem znów cisza.
Z pokoju wyszedł Tomek, zaspany i rozczochrany.
Co tak wcześnie? zapytał.
Nie mogłam spać.
Spojrzał na nią uważnie.
Wszystko w porządku?
Tak odpowiedziała Anna. Idź, zjedz coś.
Mąż poszedł do kuchni. Anna za nim.
Usiedli przy stole. Tomek nalał sobie herbaty.
Tomku odezwała się po chwili Anna. Za co ty mnie kochasz?
O mało nie zakrztusił się herbatą.
Co?
Za co mnie kochasz? Przecież ja jestem potworem.
Tomek odstawił kubek. Spojrzał jej w oczy.
Nie jesteś potworem powiedział. Po prostu zapomniałaś, jaka jesteś.
A jaka?
Różna uśmiechnął się lekko. Ja pamiętam. Potrafisz być ciepła, zabawna, czuła. Tak przytulić, że aż kości trzeszczą Ja wszystko pamiętam, Aniu. To ty zapomniałaś
Anna milczała.
Czekam, aż wrócisz do siebie dodał Tomek. Poczekam ile trzeba.
Anna wyciągnęła rękę, ścisnęła jego dłoń.
***
Tego dnia po raz pierwszy na nikogo nie nakrzyczała.
Z pracy przyszedł Michałek. Rzucił plecak, podbiegł i przytulił ją bez powodu.
Mamo! Dostałem dziś szóstkę!
Brawo pochwaliła Anna. Jestem z ciebie dumna!
Zastygł. Spojrzał na nią ze zdziwieniem.
Naprawdę?
Naprawdę.
Uśmiechnął się szeroko. Tak, jak już dawno nie potrafił.
Mamo, wiesz dziś w szkole pomyślałem, że może dziś mnie wieczorem przytulisz. I naprawdę to zrobiłaś.
Głuptasie Anna mocno go objęła. Teraz będę cię przytulać. Codziennie!
***
Wieczorem Anna zajrzała do jego pokoju. Michałek już spał. Na stoliku leżał ten sam zeszyt.
Wzięła go, otworzyła na ostatniej stronie. Wyjęła długopis i napisała pod jego słowami:
Synku, bardzo cię kocham. Przepraszam. Będę się bardzo starała.
MamaRankiem, gdy pierwszy promień słońca zajął miejsce nocnych cieni, Anna wstała przed wszystkimi. W kuchni, z mokrymi jeszcze oczami i cichym uśmiechem, zaczęła kroić świeży chleb. Halina weszła ostrożnie, gotowa usłyszeć wyrzut zamiast tego Anna odwróciła się i sama nalała jej herbaty.
Dziękuję, powiedziała krótko Halina, zaskoczona.
To ja dziękuję, mamo. Za wszystko.
W salonie rozbrzmiało tupotanie małych stóp. Michałek zaspany, z książką przytuloną do piersi, wdrapał się na krzesło i spojrzał na mamę. Ich spojrzenia spotkały się i wymieniły obietnicę: dziś będzie już inaczej.
Tomek wszedł ostatni, cała rodzina usiadła razem jakby ten gest był czymś zupełnie nowym. Anna patrzyła na nich, a w środku czuła wdzięczność, której wcześniej nigdy nie umiała nazwać. Wreszcie zrozumiała, że najdroższy skarb trzyma się nie na porcelanie, ale na kruchych, cichych przytuleniach, na małych gestach i słowach-gojeniach.
Dzień zaczął się jak zwyczajny, lecz w sercu Anny coś się zmieniło. Postanowiła: nawet jeśli będzie to mozolne jak przechodzenie przez deszcz będzie walczyć. O każdy śmiech, o każde dobre słowo, o tę cichą chwilę, która daje nadzieję.
Chociaż nikt nie zawołał: Stał się cud!, w powietrzu czuć było coś lekkiego. Jakby w progu domu ktoś zawiesił niewidzialną tabliczkę: Tu się próbujemy kochać, choćby od nowa i od jutra.
A gdy po południu Michałek biegł do niej z rozpostartymi ramionami, Anna już wiedziała jeszcze nie umie być idealną mamą. Ale potrafi być wystarczająco dobrą, na miarę jednej czystej strony w zeszycie syna, jednego szepnięcia: Kocham. Jestem. Przepraszam.
I właśnie od tego dnia, w ich domu, od czasu do czasu, słychać było śmiech nieśmiały jak pierwsze słowo po długim milczeniu, i piękny jak obietnica, że nic nigdy nie musi być ostateczne.




