Przyjechałam w odwiedziny, tęskniłam za tobą, ale dzieci są jak kosmici
Każda polska mama wie, ile można się nakombinować dla swoich dzieci, tylko po to, żeby potem usłyszeć mamo, przyjechałaś bez zapowiedzi?. Tak też było z Barbarą, która wychowała trójkę pociech dwie córki i syna, a życie poukładało im się na swój własny, nieprzewidywalny sposób.
Najstarszy syn, Robert, już od lat mieszka w Londynie. Ma tam rodzinę, pracę i z wakacji przysyła mamie zdjęcia, a czasem i magnes na lodówkę. Barbara odkłada wszystko do wielkiego kartonu i od czasu do czasu rozczula się na ich widok.
Robercie, kiedy w końcu nas odwiedzisz? Chciałabym zobaczyć wnuczki na własne oczy, a nie tylko na zdjęciach! pisze czasami, mając nadzieję, że któregoś dnia dostanie odpowiedź inną niż selfie z metra.
Średnia córka, Kinga, wyszła za wojskowego spod Krakowa. Z mężem jeżdżą po Polsce, jakby szukali miejsca, gdzie wojskowa kanapka z pasztetem smakuje najlepiej. Czasem wpadną na niedzielny rosół, ale kończy się zwykle na mamo, musimy już lecieć, bo dyżur.
Najmłodsza latorośl, Jagoda, została w Warszawie po rozwodzie. Były mąż uciekł w siną dal, więc Jagoda, zgodnie z radą matki, chwyciła za życie i szyje teraz ubrania na miarę w jakimś atelier, próbując przy tym ogarniać własnego nastoletniego syna.
Któregoś pięknego spleśniałego poranka, Barbara postanowiła pojechać do Jagody. Cały tydzień podkarmiała męża Stanisława bigosem, żeby wytrzymał jej nieobecność i nie zginął śmiercią głodową. Spakowała torby, jakby jechała na obóz przetrwania, i ruszyła pendolino do stolicy.
Jagódko, jedziesz po mnie na dworzec? zadzwoniła.
Mamo, jak mogłaś nie powiedzieć, że przyjeżdżasz?! Siedzę w pracy do wieczora. Może czekasz, a ja Cię odbiorę? jęknęła córka.
Chciałam zrobić Ci niespodziankę! Poczekam, nie martw się. Barbara podjęła heroiczną próbę samodzielnej jazdy komunikacją miejską.
Na miejscu powitał ją wnuczek Michał, już wyższy od matki i wiecznie z telefonem w ręku. Babcia rzuciła się na niego z uściskami. Cześć, Michaśku!
Dobra, babciu, bez włosów i buziaków, mruknął znad ekranu.
Jagoda, ledwo wróciwszy z pracy, nawet nie zdążyła zdjąć butów, już pyta: Mamo, coś zjemy? Barszczyk i kotlety są. Chcesz jeden czy dwa?
Barbara była tak głodna, że mogłaby zjeść cały rząd kotletów, ale, wiadomo, nie wypada. Połóż, zobaczymy! Może się skuszę na trzy. Na stole pojawiło się pięć kotletów, miska barszczu i śladowe ilości sałatki jarzynowej w sam raz na świąteczne przyjęcie dla misia z Kinder Niespodzianki.
W czasie kolacji Jagoda bombowo rzuca: Mamo, kiedy wracasz? Bo mam trochę zamieszania w pracy w przyszłym tygodniu Barbara, choć w głowie gotowała się jak na zupę ogórkową, rzuciła obrażona: To może pojadę już jutro, nie będę przeszkadzać!.
Kolejne dni mijały jej głównie w towarzystwie telewizora i starej gazety, podczas gdy wnuczek kręcił się u sąsiadki, a Jagoda znikała z koleżankami. Nawet telewizor powiedział jej w końcu do zobaczenia i wyłączył się sam.
Podsłuchując przez przypadek rozmowę wnuczka z córką, usłyszała:
Mamo, a kiedy wujek przyjedzie? Miał mnie zabrać na mecz Legii.
Jak babcia się wyprowadzi, padła odpowiedź, równie ciepła jak zima w Suwałkach.
Barbara spakowała manatki i nie oglądając się, wyszła. Stanisław, jej mąż, powitał ją jakby przynajmniej wygrała los na loterii za 500 złotych.
Okazało się, że po całym życiu wybłaganych obiadów i tulenia dzieci, nadszedł moment, kiedy dzieci najwyraźniej bardziej potrzebowały wolnej kanapy niż matczynej obecności. Takie to uroki rodzicielstwa niby tęsknią, a potem każą czekać na dworcu na ławce, bo akurat mają barszcz na gazie.




