Pamiętam, jakby to było wczoraj, choć minęło już sporo lat. Miałam wtedy 38 lat i od dwóch lat mieszkałam z moim partnerem, który był ode mnie o pięć lat starszy. Nazywał się Stanisław, człowiek o dobrym sercu, choć życie już go trochę poturbowało. Wcześniej był żonaty, miał dwójkę dzieci i byłą żonę, Janinę, która nie pracowała i co wieczór zwracała się do niego z prośbą o pomoc albo parę złotych.
Sama nigdy wcześniej nie byłam mężatką, dzieci też nie miałam. Wielu mówiło mi, że nie rozumiem, co znaczy mieć rodzinę i dzieci, ale przecież rozumiałam doskonale wiem, jak to jest, gdy coś nie układa się według planu i trzeba się dzielić tym, co się ma. Nie uważam jednak, żeby było normalne mieszkać z jedną kobietą i być jej partnerem, a zaraz potem, każdego dnia, niemal biegnąć do drugiej.
Janina, była żona Stanisława, zdaje się, że cały czas chce go odzyskać. Codziennie dzwoniła z nową sprawą do załatwienia. Stanisław zaraz po pracy jechał do nich, a wracał do domu późno w nocy. Nawet świąt nie mogliśmy spędzić we dwoje, bo znowu zadzwoniła ona a to coś się popsuło, a to trzeba pomóc dzieciom z czymś. Ale dlaczego zawsze to Stanisław musiał jechać?
Przecież sama miała dużą rodzinę, sąsiadki, koleżanki, wszyscy byli blisko. Odpowiedź była aż nazbyt jasna: chciała odzyskać mojego partnera. Miałam tego wszystkiego po prostu dość. I co miałam zrobić? Rozstać się z nim? Próby rozmowy kończyły się na niczym; Stanisław tylko wzruszał ramionami. Dzisiaj patrzę na to z dystansem czas leczy rany, lecz wtedy czułam się jak bohaterka starej piosenki: zawsze druga, nigdy ta najważniejsza.




