– A ona wcale nie jest taka straszna! Piękna jest! Maks, powiedz im coś!
Saszka tuliła do siebie wychudzoną, potarganą kotkę i wyła tak głośno, że sąsiedzi stali wokół z zakrytymi uszami.
Basowy, donośny głos, jak to u wszystkich w jej licznej rodzinie Aleksandra zawsze potrafiła postawić na swoim. Może nie zawsze ładnie, ale za to głośno. W wieku pięciu lat nie miała sobie równych na osiedlu w kwestii wrzasków, po których drżały szyby w oknach.
Wszyscy już dawno przywykli do Saszki i jej armii rodzeństwa. Nikt się nie przejmował ich wybrykami, bo każdy wiedział, że Małgorzacie, ich matce, trudno czasem zapanować nad taką gromadką. Pracowała w takim trybie, że każda inna dawno by już się załamała i płakała na środku podwórka.
Płot tu, taki ładny, kuty, oddzielał zabytkową kamienicę przerobioną kiedyś na kilka mieszkań od ulicy. Wszyscy w bloku byli z niego dumni. Gosia razem z sąsiadami malowała go co roku na wiosnę, więc miała pełne prawo powiesić się na nim, kiedy tylko zechciała.
Mimo to, zwykle tylko wzdychała:
– Jesteśmy jak konie robocze! Piękne bestie, mądre… Ale dokąd się podziejemy? Nikt za nas nic nie pociągnie, wszystko na naszych barkach. A ja nieśmiertelny kucyk. Biegam w kółko i sama nie wiem po co. To po co już dawno zrozumiałam. Ale dokąd tego nie wiem. Popychają cię biegniesz dalej, wtykasz nos w ogon poprzednika i marzysz tylko o wieczorze żeby wszyscy byli w łóżkach, czyści, najedzeni, szczęśliwi. I żeby w zlewie nie było naczyń, bo już ktoś umył. Ta pustka to chyba najszczersze szczęście…
Gosia zawsze miała filozoficzne podejście i do tego była piękną kobietą. Ale kto miałby spojrzeć na kobietę z szóstką dzieci, wielką rozpiętością wieku, na dodatek praktycznie bez żadnej pomocy? Już dawno pogodziła się, że amory to przeszłość. Miała co robić i bez nich!
Być matką szóstki dzieci to już nie kaszka z mlekiem!
Nikt jej jednak tego nie wypominał, bo znali dobrze historię jej rodziny.
Saszka, podobnie jak troje innych dzieci Gosi, była adoptowana.
Nie, nie z domu dziecka na zasadzie zbawiania i dawania lepszej przyszłości. Może byłaby do tego zdolna, ale nie wtedy, i nie sama. Miała swoje plany i zostanie samotną matką szóstki nie śniło jej się nawet w koszmarach.
Ale życie wiadomo! Rzuca pod nogi wyzwania i nie pyta, czy masz na nie ochotę.
No to proszę bardzo, decyduj kim jesteś!
Gosia musiała się więc zastanowić. Chociaż od początku było jasne, jaką podejmie decyzję.
Wszystkie dzieci, które wychowywała, były jej spadkiem.
A jak wiadomo spadek się przyjmuje albo odrzuca. Gosia odrzucić nie potrafiła. Jej przecież nie zostawili. Więc i ona nie mogła zostawić tych, którym los się nie przysłużył tym bardziej, że naprawdę byli jej bliscy.
Do takiego podejścia miała powody. Słuszne czy nie średnio ją to obchodziło. Ważne, że były.
Gosia była dzieckiem transformacji.
Jej mama była lokalną królową piękności, przedmiotem westchnień wszystkich dziewczyn z miasteczka pod Warszawą. Suknia na ślubie taka, że każda wzdychała z zazdrości, no i mąż z rodzaju biznesmenów tamtych czasów. O sprawach, którymi się zajmował, lepiej było nie wiedzieć.
Gosia swoich rodziców właściwie nie znała.
Odwiedzały ich z babcią na cmentarzu. Tam stał piękny pomnik ze zdjęciami mała Gosia głaskała je i po cichutku, tak żeby babcia nie słyszała, opowiadała, jak jej poszło w szkole, jak pani pochwaliła jej rysunek, jak babcia zrobiła piękny szalik w czerwono-białe paski.
Dopiero gdy skończyła szesnaście lat, dowiedziała się, co się stało.
– Twój ojciec był przestępcą, dziecko. Odszedł za wcześnie i zabrał moją córkę ze sobą. Źle o nim mówić nie można, ale wybaczyć mu tego nie potrafię. Razem poszli… Jak płakałam! Prosiłam, żeby się z nim nie wiązała… Nie posłuchała. Kochała… Mówią, że gdy przyszli po niego, to ją osłonił próbował chronić. Może i kochał… Nikt już nie powie. Ty jesteś dowodem tej miłości… Jedyne, co mi po niej zostało.
Dopiero wtedy Gosia zrozumiała, kim byli dziwni goście, którzy od czasu do czasu przynosili babci koperty z pieniędzmi i wychodzili bez słowa.
Babcia pieniędzy nie odmawiała, ale odkładała je. Kiedy Gosia kończyła liceum, kupiła jej duże, przestronne mieszkanie.
– To twoje, dziecko. Spadek po twojej mamie i ojcu.
Ale Gosia nie chciała tam mieszkać. Została z babcią.
– Czemu, Gośka? Przecież to piękny dom! I w centrum! Do liceum blisko. Do pracy też. Tylko się spakować
– Nie zostawię cię. Albo razem, albo nigdzie.
Babcia długo nie chciała opuszczać swojego maleńkiego M-2, pełnego wspomnień po córce. Zgodziła się dopiero, kiedy w drzwiach stanęła jej siostrzenica, Halina.
– Gosia, pozwól nam zamieszkać w twoim mieszkaniu. Błagam! Mam dzieci, ty i tak tam nie mieszkasz. Stoi puste. Będę ci za nie płacić, łatwiej wam będzie. I załatw przepisanie meldunku inaczej nie przyjmą dzieci do przedszkola!
Halina była uparta, dobrze wiedziała, jak się wkraść w łaski każdego człowieka.
– Nie słuchaj jej, Gośka! Rodzina, ale typ nieciekawy! W życiu nic za darmo
– Babciu, ale ona ma dzieci
– Matka czy ciotka? Niech sama o swoje dzieci dba! A ja mam o tobie myśleć!
Gośka oczywiście babci słuchała, ale swoim sercem nie potrafiła odsunąć od siebie dzieciaków Haliny Maksa i Lidki. Dzieci lgnęły do niej jak do własnej ciotki i zawsze robiły się smutne, kiedy matka zabierała je z pokoju Gosi:
– Dość tego przytulania! Goska wam niańka nie będzie!
Gosia kochała dzieci, ale nie czuła się dobrze ze swoją pustą, dużą kawalerką, kiedy inni musieli się cisnąć. Halina wciąż powtarzała, że rodziny się nie zostawia. To zdanie prześladowało Gosię od dziecka. Babcia też zawsze powtarzała, że gdyby jej ojciec żył porządnie, jej mama wciąż by żyła.
To zostawiło ślad. Gosia zrobiłaby wszystko, żeby usłyszeć od babci:
– To dobrze, Gośka! Po ludzku, jak kiedyś mówili. Jestem z Ciebie dumna!
Nie znała lepszej pochwały. Tak samo myślała, że powinna postąpić z Haliną, ale babcia ją zaskoczyła.
– To nie to, Gośka! Wcale nie to!
– Dlaczego? Chyba to niesprawiedliwe, że Halina z dziećmi tułają się po kątach, a ja mam puste mieszkanie?
– Właśnie dlatego, że ona nie Gienia! I nie zapominaj bajki o chytrej lisicy i lodowej chatce…
– Babciu…
– Cisza! Halina nie będzie mieszkała w twoim mieszkaniu. Kropka! My z tobą.
– A przecież nie chciałaś się przeprowadzać!
– Teraz widzę, że może i trzeba. Pomagać rodzinie wypada, ale oddawać wszystko? Trzeba być mądrym! Halka zaradzi sama. Potrzeba jej tylko wędki, nie ryby! Pamiętaj, Gosia. Co łatwo dane, rzadko wychodzi na dobre…
Prawda była po stronie babci. Halina, usłyszawszy stanowcze nie, westchnęła tylko:
– Wiedziałam, że Gosi w krzywdę nie dacie.
– I słusznie! Trzymaj się nas, dziewczyno. Pomóc pomożemy.
– Wiem…
– Dla mnie Gosia to sierota. A jak się sierotę skrzywdzi, to potem nie ma zbawienia!
Później w końcu się przeprowadziły, Gosia z babcią, na nowe.
Czas jednak nie czeka idzie i nie pyta o plany.
Gosia marzyła, żeby babcia wreszcie odetchnęła, pożyła szczęśliwie. Los chciał inaczej.
Babcia musiała chodzić do przychodni, tuż za rogiem.
– Prawie jak do pracy! żartowała, wertując kartki z receptami.
Zdrowie już nie to. Gosia się martwiła, chciała ją odprowadzać, ale babcia się wzbraniała:
– No co, kalosz ze mnie? Dwa kroki! Ty się zajmij swoimi sprawami!
Potem Gosia długo sobie wyrzucała, że nie była bardziej stanowcza…
Zima przyszła jak zwykle. Śniegi, mróz można sobie radzić, ale czasem pod śniegiem akurat jest lód. Wystarczy chwila roztargnienia i… Babcia Gosi przewróciła się tuż przy przychodni, uderzyła głową, straciła przytomność. Ludzie przechodzili obok… spieszyli się, nie zwracali uwagi na staruszkę przy chodniku.
Taksówkarz, który tam się znalazł, zadzwonił po karetkę i do Gosi znalazł jej adres i numer zapisane w portfelu babci. Ale było już za późno…
Babcia Małgorzaty odeszła dzień później. Gosia cały ten czas spędziła na szpitalnym korytarzu, tuląc zrozpaczoną Halinę, która przyjechała, jak tylko usłyszała, co się stało.
– Jak ja dam radę bez niej, Halka?
– Nie musisz być. Musisz wierzyć…
Lekarze unikali wzroku, było wiadomo, że nadziei nie ma już wiele.
– Gośka, ona nie lubiłaby, jak się mazgaisz!
– Ale ja nie jestem silna jak ona…
– No to już musisz być. Dla niej.
Gosia obiecała, ale kiedy babcia odeszła, wszystko się zmieniło. Teraz ona musiała wziąć odpowiedzialność.
I rzeczy się działy.
Pojawił się Paweł, z którym Gosia przeżyła prawie pięć lat. Rozstali się spokojnie, dzieci zostały przy niej, choć bez urazy. Paweł był zawsze szczery kiedy znalazł nową miłość, nie ukrywał tego. Przyznał wszystko na wprost, mówiąc, że zawsze będzie wspierał dzieci.
– Jesteśmy przyjaciółmi, Gośka?
– Tak, Paweł… Sam siebie słyszysz?
Nie miała już nawet siły się złościć.
Za co miałaby się gniewać? Za szczerość? Za kobietę? Życie przecież takie bywa… Najważniejsze, że dzieci ojca nie stracą.
Nie wiedziała, co powiedzieć. Spakowała Pawłowi rzeczy. Potem odwiedziła dzieci i zadzwoniła do Haliny:
– Przyjedź…
Halina która nadal mieszkała w mieszkaniu babci Gosi była wykończona po nocnej zmianie w szpitalu, pomagała jeszcze dzieciom z pracą na zajęcia. Ale ton głosu Gosi sprawił, że wrzuciła kurtkę i pojawiła się w pół godziny.
Przytuliła rozdygotaną Gosię i klęła na całą rodzinę Pawła do siódmego pokolenia.
– Nie becz! Nie warto po nim płakać! Gośka! On tak czy siak by odszedł. I od następnej odejdzie. Chociaż nie odciął się od dzieci i dobrze. Może nie będzie tak źle. Ja to swojego już parę lat nie widziałam, aliemnty śmieszne przesyła, ale dla swoich dzieci jestem i tatą, i mamą!
– Halka, co ja mam robić?
– Nie kłócić się! To najlepsza rada. Reszta się poukłada. Potrzeba czasu.
– Zaraz powiesz, że czas leczy?
– Nie, nie leczy. To bzdura. Ale da ci nowe sprawy i inne zmartwienia.
– Skąd ty to wszystko wiesz?
– Od twojej babci! Tyle jej zawdzięczam! Nadal mi się śnią jej rady… jak rozmowy z tobą.
Gosia, otarta z łez, zaczęła się ogarniać czas gnał, obowiązków coraz więcej.
Paweł dalej zabierał dzieci na weekendy, dbał, żeby nie czuły się pominięte. Więc gdy powiedział, że będzie miał następne dziecko bez bólu przyjęła wiadomość.
– No to dobrze…
– Gośka, dziękuję!
– Za co?!
– Że tak zareagowałaś. Jesteś wielka!
– Przecież wiem!
Po tej wiadomości była jeszcze jedna.
– Halka! Naprawdę…?
– A jak myślisz! Dochowałam się kolejnej dwójki! Wiesz, kto tata? Nieważne! Dowiedział się, że będą bliźniaki, i słuch po nim zaginął. Nie zdążyłam go przestraszyć!
– Co zrobimy?
Halka zagryzła wargi, pobiegła do łazienki, a Gośka patrzyła na dzieciaki kręcące się po kuchni.
– Dobra, dzieciaki, dość tych cukierków! Tyle samo dla każdego! Cioci Gośce też!
Patrząc na energicznego Maksa, Gośka podjęła decyzję, której większość ludzi by nie zrozumiała.
– Zwariowałaś! Halina roztrzęsiona patrzyła na akt notarialny. Nie mogę…
– Możesz wszystko! Gosia uśmiechnęła się do notariusza. Tak jest właściwie. Babcia by zrozumiała. Masz dobre dzieci I niech mają dom.
Babcine mieszkanie przeszło na Halkę, a cała rodzina patchworkowa czekała na bliźnięta.
Saszka i Maszka urodziły się w terminie. Maleńkie, jak lalki, od razu pokazały światu, że trzeba się z nimi liczyć.
– Ale głośne! Jak dasz im na imię, Halinko?
– Jedną Aleksandra, po mamie, a drugą Maria po cioci.
– Musiała być wyjątkową kobietą, skoro córkę po niej nazywasz?
– Niezastąpiona! Bez niej nie byłoby tych dzieci.
Z porodówki odwoziła Halinę cała zgraja dzieci i Gośka.
– No to jest nas już sporo więcej! szepnęła Gośka podnosząc róg eleganckiego becika. Piękne są!
– Oby były szczęśliwe… Halina tuliła dzieci, skrywając troskę.
Gdyby otwarcie powiedziała Gośce o swoich obawach, od razu poszła do lekarza, może wszystko byłoby inaczej.
Ale matka wiadomo najpierw o dzieciach myśli.
Źle się Halinie zrobiło tydzień po wyjściu ze szpitala. Zawołała Maksa, wskazała na leżaczki bliźniaczek.
– Popilnuj ich. Zadzwoniłam po pogotowie. Zadzwoń do Gosi. I nie panikuj. Lidki nie strasz. Jeszcze nie trzeba
Halki nie udało się uratować.
Serca nigdy się nie skarżyła.
Gosia musiała znów podjąć decyzję. Ale czy mogła być inna?
– Jest pani najbliższą rodziną, oczywiście, ale wie pani, jaka to odpowiedzialność… Czwórka! A jeszcze swoje dwoje… Musimy się dokładnie zastanowić wzdychała zmęczona urzędniczka z opieki.
Gośka nie dyskutowała.
Trudniejszej decyzji nie miała w życiu. Ale oddać Maksa, Lidię i bliźniaczki do domu dziecka albo innej rodzinie? Nie do pomyślenia. Odpowiedzialność za każde słowo. Tak uczyła ją babcia.
Jak trzeba, to nie ma co gadać. Dzieci muszą być razem, i już!
Paweł jej pomógł. Znalazł prawnika, pomógł w papierach. Zajmował się dziećmi, kiedy Gosia biegała po urzędach.
– A twoja żona nie protestuje?
– Nie. Też jest matką. A poza tym dobrze wie jedno do ciebie nie wrócę. Więc nie musi się martwić Paweł wzruszał ramionami. Gośka, jesteś pewna?
– Czego mam być pewna? Boję się! Tak bardzo, że spać nie mogę Ale nie mogę inaczej. Wszystkie są moje. Jak je oddać?
– Czego się boisz?
– Że nie dam rady. Sama jestem w tym wszystkim…
– Nie sama. Jeśli pozwolisz, będę pomagał. Jestem ci to winny Paweł otarł łzy z policzka ex-żony. Damy radę, Gośka!
– Oby Bóg cię wysłuchał, Paweł!
– Myślę, że i tak słyszy. Masz babcię u góry jak coś, to ona tam wytłumaczy!
– No właśnie! Gosia po raz pierwszy od śmierci Haliny uśmiechnęła się naprawdę.
Potem było… po polsku ciężko.
Gośka trzymała się dzielnie, ale czasem w nocy pozwalała sobie na łzy, jak mała dziewczynka, tłumiąc je w poduszce, by dzieci nie słyszały.
– Babciu, co mam robić? Jak dalej? Przecież zawsze wiedziałaś… No powiedz, podpowiedz!
Pamięć podsuwała jej wskazówki. Nigdy nie całkiem wyraźne, ale wystarczały, by dać nadzieję. Zasypiała spokojniej, już wiedząc, w którą stronę iść nawet, jak nie zawsze była to idealna droga. Dzieci rosły, a dla każdego z nich Gośka była najważniejsza. Wiedzieli, że co by nie było zawsze mogą do niej przybiec. Nie oceni, nie odrzuci.
I teraz właśnie Saszka tuliła swoją zbiedzoną kotkę i z uporem kiwała głową na docinki sąsiadek:
– Gośka cię wyrzuci z tą kotką! Zobacz, Saszka, jaka brudna! Pewnie ma pchły! Oddaj ją!
– Nie! Saszka bezradnie popatrzyła na starszego brata i drzwi klatki.
Tego dnia Gosia planowała zabrać dzieci do zoo. Wstała wcześniej, zrobiła śniadanie, wszystkich obudziła i w godzinę zarządziła wyjście. Ten jeden raz spóźniła się tylko chwilę wyślizgnęła młodszych do zabawy pod opiekę Maksa.
– Weź ich na huśtawki, Maks! Dwie minuty! Gdzie ja dałam stare adidasy?
– U Lidki w szafie! Pospiesz się, mamo! Pilnuję ich!
Gosia przebiegła przez mieszkanie, znalazła adidasy, machnęła tuszem nie tylko drugi rzęs, ale nawet usta (czego na weekendach nigdy nie robi). Uznała nagle, że nie ma co się zaniedbywać. Przecież to, że ma szóstkę dzieci, nie znaczy, że musi wyglądać jak cień. Samopoczucie matki jest ważne!
Nauczyła się w ostatnich latach, że można inaczej. Można też wyluzować kupić sobie watę cukrową, dzieciom lody i powiedzieć:
– Idę do słonia! Kto ze mną?
I przypomnieć sobie, jak sama chodziła tam z babcią. Jak piła kompot i gryzła kanapkę na ławce, trzymając babcię za rękę i marząc, żeby ten dzień się nigdy nie skończył.
Teraz sama gotuje kompot i pakuje kanapki. I jej dzieci zrobią tak samo dla swoich będzie dobrze!
Rzuciła ostatni raz okiem do lustra, chwyciła plecak i wybiegła z mieszkania.
Sąsiadka mijająca ją na schodach uśmiechnęła się:
– Idź, idź, Gosiaczku! Niespodzianka na ciebie czeka!
Saszka prawie rzuciła się jej na szyję:
– Mamusiu! Zobacz, jaka piękna!
Co można było odpowiedzieć? Nic.
Gosia podniosła kotkę za kark, obejrzała, westchnęła:
– Dzień w zoo odwołany. Mamy swojego tygrysa. Maks, gdzie tu najbliższy weterynarz? Idziemy!
I to też miał być świetny dzień. Do zoo nie dotarli, ale dzieci i tak miały co robić.
A ta chuda, brzydka kotka którą Saszka z dumą i uporem zabrała na oczach całego podwórka w kilka miesięcy zmieniła się w piękną, zadbaną, przytulaśną mruczankę, przynosząc ten dom jeszcze więcej radości i naprawdę cały ocean szczęścia.
To nikogo nie zdziwiło. Ani Gosia, ani dzieci. Bo dla nich wszystko było proste tam, gdzie jest miłość, nigdy nie będzie jej za dużo.




