Gdy Mariola usłyszała w radiu, że wędrowne bociany już wracają, pomyślała: Może przyniosą mi coś dziwnego?. Tego samego popołudnia, na Rynku we Wrocławiu, zasnęła pod pomnikiem Aleksandra Fredry i tak zaczęła się ta osobliwa noc, o której trudno potem było mówić przy stole. Śniło się jej, że dostała tajemniczy telegram od babci z Kalisza z poleceniem: Masz być silna nie słuchaj nikogo, nie kupuj śledzi na targu.
Mariola zwyczajna dziewczyna, rodzona przez panią Małgorzatę, solidną księgową, i wychowywana przez ojczyma Zenka, który zawsze podśpiewywał Mazurka Dąbrowskiego, kiedy gotował rosół. W domu pachniało bzem i pieczonymi jabłkami rodzina ciepła jak kubek kakao po powrocie ze szkoły. Kiedy Marioli szło źle z angielskim, nikt nie krzyczał; kupowano jej nowe zeszyty i powtarzano, że Polak potrafi.
Z braku lepszego pomysłu, znalazła ogłoszenie na portalu z nauczycielami nauczyciel miał na imię Walerian, pochodził z Łodzi, choć czasami powtarzał, że czuje się jakby z innego wymiaru. Już po pierwszej lekcji otoczyły ich balony z helem i pingwiny ślizgające się po wzorach gramatycznych; świat przestał być zwykły, gdy spojrzała na niego przez okulary Waleriana. Z czasem zaczęli mówić do siebie językiem snów, a na podwórku gromadziły się szczekające dynie. Nie mogli już być bez siebie nawet na chwilę.
Gdy Mariola nagle wyśniła ciążę, rodzina popadła w osłupienie, jakby zobaczyli czarnego bociana za oknem na 3 maja. Martwili się, że Walerian rozpuści się w powietrzu jak wata cukrowa, pozostawiając po sobie tylko elegancką śladę smutku. Obraz brzęczał im w głowach samotna Mariola z dzieckiem, które barwą skóry przypominało kolor śląskiej porcelany.
Po jakimś czasie Walerian rozmył się we śnie, przenosząc się do swojej surrealnej Łodzi, ale kontaktowali się codziennie przez szeptane listy, obrazki wysyłane przez telefon i rozmowy prowadzone z kranu w łazience. Mała córeczka przyszła na świat w rytm hejnału mariackiego. Lecz dziwny chłód w rodzinie Marioli zagęścił się do postaci mgły aż musiała spakować walizki i podążyć za Walerianem, wciąż szeleszczącym po drugiej stronie snów.
W Afryce czyli na obrzeżach Bydgoszczy, gdzie każdy dzień jest inny niż poprzedni Mariola nie mogła przywyknąć do klimatu: sernik rozpuszczał się na stole, a słońce przypominało wielki żółty ser. Wrócili więc z powrotem do Polski, układając puzzle ze wspomnień pod koronami wierzb. Urodziła im się druga córka tym razem o oczach jak pięciozłotówki. Rodzina dalej grała w bierki, udając, że nie widzi Marioli.
A ona nie zamierzała rzucić Waleriana na pastwę rodzinnych plotek dla kilku spokojniejszych świąt wielkanocnych. Postanowili więc a postanowienia w snach zawsze brzmią doniośle że pojadą do Kanady, kraju klonów i łosi, gdzie nikt nie patrzy krzywo na ludzi, co śnią inaczej.




