11 marca 2019
Czasami wydaje mi się, że życie w Warszawie to nieustanna próba charakterów, a szczególnie charakterów sąsiadów. Wszystko zaczęło się pięć lat temu, kiedy wraz z Bartkiem i dwójką naszych dzieci gnieździliśmy się w skromnym pokoiku w starej kamienicy na Pradze. Było nam naprawdę ciasno, ale jakoś dawaliśmy radę. Rozmowy o większym mieszkaniu ciągnęły się miesiącami wiecznie brakowało pieniędzy i odwagi na taki krok.
Wszystko zmieniło się, gdy dowiedziałam się, że spodziewamy się trzeciego dziecka. Przez głowę przetoczyła mi się fala lęku i podekscytowania, a decyzja o zmianie mieszkania stała się koniecznością. Nie było nas stać na cuda mogliśmy sprzedać nasze, dołożyć trochę oszczędności i kupić trzypokojowe mieszkanie, oczywiście na obrzeżach Warszawy, gdzie ceny były jeszcze w zasięgu naszych możliwości.
Udało się. Sprzedaliśmy stary lokal i w końcu zamieszkaliśmy w wymarzonej trójce na Żoliborzu w wiekowej kamienicy, której klimat wręcz uwielbiam. Nowe mieszkanie było po generalnym remoncie. Wystarczyło tylko dokupić meble, pomalować pokój dziecięcy i mogliśmy zaczynać nowy rozdział życia.
Ale szczęście nie trwało długo. Już po kilku dniach zaczęliśmy odczuwać napiętą atmosferę. Sąsiedzi z wyższych pięter wyjątkowo szybko utworzyli coś w rodzaju wspólnego frontu przeciwko nam, jakby chcieli nas ustawić i pokazać, kto tu rządzi.
Ciągle słyszałam pretensje:
Proszę zamykać drzwi wejściowe, czy musi pani je mieć tak długo otwarte?
Tłumaczyłam, że przenosimy rzeczy, wstawiamy komodę, dzieci wnoszą pudła z zabawkami drzwi muszą być czasem otwarte.
Kolejna sprawa:
Dlaczego parkuje pani samochód pod moim oknem?
Panie Janie, mieszkam na pierwszym piętrze, auto stoi pod moim oknem, a pańskie są na trzecim, przecież tu nic nie poradzę.
Zaczęły się również uwagi dotyczące dzieci:
Gdy państwa dzieci wracają z przedszkola, zachowują się głośno, biegają po klatce i w mieszkaniu. I te bajki dźwięk słychać aż na górze!
Starałam się zrozumieć, rozłożyłam jednak ręce. Przecież mieszkamy pod nimi, jak nasze dzieci mogą im przeszkadzać?
Najgorsze jednak przyszło niespodziewanie, i to wtedy, gdy już byłam w ostatnim miesiącu ciąży. Kiedy Bartek był w pracy, przyszły do mnie dwie sąsiadki. Wpadły, jakby zaraz miał się wydarzyć koniec świata, i zaczęły podnosić głosy:
Pani mąż wychodzi na papierosa i wpuszcza do klatki obcych facetów! Ostatnio widziałyśmy, że wpuścił jakiegoś gościa, który proponował dorabianie kluczy do domofonu!
Byłam w szoku Bartka rzadko w ogóle mogę zobaczyć z papierosem, bo on po prostu nie pali, a już na pewno nie puszcza po bloku żadnych nieznanych ludzi.
Gdy Bartek wrócił, cała zapłakana opowiedziałam mu o tej awanturze. Przeszedł się do sąsiadek i stanowczym, acz dość ostrym tonem wyjaśnił im, że nie zamierzamy więcej znosić takich insynuacji.
I wiecie co? Od tamtego dnia nie jest może idealnie sąsiedzi nie mówią już do nas dzień dobry, patrzą spode łba na schodach, ale przynajmniej mam spokój. Mamy wreszcie nasz dom, nasze miejsce na ziemi. I wiem, że ta rodzina, którą tu stworzyliśmy, jest dla mnie najważniejsza a reszta świata? Niech sobie mówi, co chce.




