Przyjechał do nas kuzyn męża z rodziną—nocowali, jedli, a nie przywieźli nawet symbolicznego upomink…

Do naszego mieszkania nagle zjawił się kuzyn mojego męża.

Może wydaję się z innej epoki, może teraz ludzie patrzą na to inaczej, ale ja nie umiem inaczej wierzyć.

Mama mi nigdy nie wmawiała: Idąc do rodziny, pamiętaj o upominkach. Nie uczyła mnie tego. Mimo to czuję, jakby wyryto mi to w środku niczym prostą tabliczkę mnożenia. Skąd to? Sama nie wiem; może z powieści, może z filmów, może z tych dawnych telewizyjnych spektakli, które płyną w snach, gdzie wszystko wydaje się oczywiste.

W sobotę zawitali do nas kuzyn z synem i synową, bo był pogrzeb. Nie nasz krewny, ktoś z innej gałęzi drzewa, ale smutek przebiega przez całą rodzinę jak mgła w listopadzie. Uprzedzili wcześniej. Poprosili o nocleg, pozwoliliśmy, bo czemu nie? Lepiej razem przeżyć świt niż każdy osobno.

Wieczorem gotowałam jak w gorączce smażyłam mięso, miskę surówki postawiłam na stole, cały dom pachniał domowym obiadem. Wszyscy usiedliśmy, stukając kieliszkami, żeby przywrócić dawne wspomnienia; cisza rozbrzmiała głośniej od wszystkich rozmów. Po toastach rozsyłałam ich do łóżek jak dzieci, nad ranem zrobiłam kanapki, gorąca herbata parowała w szklankach, kawa pachniała tak, jakby miała zatrzymać czas.

Wyjechali znowu w szarą rzeczywistość pogrzebu, potem wrócili do nas tylko na chwilę i, jakby porwani tajemniczym wiatrem, zniknęli znowu.

Odpłynęli, zostawiając za sobą ciszę. Nic dziwnego tylko w taki dziwny, rozchwiany sposób nie przywieźli nawet małego prezentu, nawet butelki wina. Śmiali się, rozmawiali, jakby wszystko było na swoim miejscu.

Tata mojego męża ten, którego już nie ma, był kiedyś ojcem chrzestnym temu właśnie kuzynowi. Jego żona, nasza teściowa, mieszka z nami od dawna. Kuzyn to dobrze wiedział. A jednak nie przyniósł jej nawet czekoladek. Całą sobotę siedziała w oknie, patrzyła w ulicę z nadzieją jej łza zatrzęsła szybą ciszej niż cokolwiek innego. Czekała. Nie dla siebie; dla tradycji, dla rodzinnego ciepła.

Gdybym to ja była gościem zawsze brałabym coś dla domu. Nie jedną czy dwie butelki, ale tyle, żeby każdy mógł wychylić kieliszek za wspólne zdrowie, a dzieciom i starszym podarowałabym słodkości, pamiątkę jakiś drobiazg, żeby zostawić ślad obecności. Przecież można się chwilkę zastanowić, co komu sprawiłoby radość.

Bizarnie śni mi się też, że pakowałabym własną pościel, żeby nie sprawiać kłopotu, żeby nikomu nie było ciężko.

Przecież to nie są biedni ludzie. Gdyby byli, ani przez myśl by mi nie przeszło krzywo spojrzeć. Ale ten kuzyn pojawia się u nas jak cień nigdy nic ze sobą nie przynosi. Nawet kiedy wysłano go w delegację do Krakowa i zatrzymał się u nas na noc przed podróżą powrotną tamto też bez echa.

Ciągle opowiada mi o rybach, jakby łowił je nie w jeziorze, ale w swoim śnie, chwali się, ilu i jakie złowił, przewraca wodę słowami. A ja w głębi marzę, żeby uszczknął mi jedną taką prawdziwą, nie tylko z opowieści!

Nie żal mi gościnności, nie szkoda jedzenia. W snach wszystko jest rozmyte i jasne lecz w głębi czuję nieprzyjemność, jakby ktoś usiadł w fotelu i zostawił po sobie echo zmęczenia. Czuję się, jakby w tym domu moim śnie ktoś zostawił mnie z pustymi rękami, choć stół był pełen.

I tak jest zawsze jakby raz po raz ten sam sen wracał, z tą samą ciszą, tym samym niedosytem, tym samym poczuciem, że zostałam tylko z własnym odbiciem w szybie.

Oceń artykuł
TwojaCena
Przyjechał do nas kuzyn męża z rodziną—nocowali, jedli, a nie przywieźli nawet symbolicznego upomink…