Jan wrócił do mieszkania, wszedł do kuchni, gdzie na stole czekała kolacja. Dziwne, gdzie jest Halina? pomyślał z rozmarzeniem. W przesuwającym się przez ściany, miękkim świetle zajrzał do sypialni żona siedziała na podłodze i układała rzeczy do torby, która raz była żółta, raz szara, jakby zmieniała kolory. Wyjeżdżasz gdzieś? zapytał Jan i jego głos rozszczepił się jak echo. Dostałam skierowanie do wojewódzkiego centrum, na badania. Mam złe przeczucia Halina wypowiedziała to, jakby obłok wyleciał jej z ust. Co znaczy złe? Jan był zaskoczony i zamiast stać, unosił się nad podłogą. Masz… no, to, na co twoja mama Halina przez chwilę nic nie mówiła, a Jan patrzył na nią tak, jakby próbował obudzić się z tego snu.
Już od kilku dni Jan chodził jak obłąkany nie mógł znaleźć sobie miejsca, cały czas martwił się o Halinę, badającą się gdzieś w Gdańsku czy może w Toruniu, bo nazwy miejsc mieszały mu się w snach. Sam został w ich rodzinnym domku pod Piasecznem, czekając na wieści. Kuchnia i jadalnia pulsowały pustką i ciszą, napływały do nich zapachy, jakby gotowało się coś nieuchwytnego.
Halina nigdy nie skarżyła się na cokolwiek, a Jan był przekonany, że jest niezniszczalna, jak stara ceramika z Bolesławca. Trzydzieści lat małżeństwa, dwóch dorosłych synów, dom trzymał się na jej barkach sprzątała, gotowała kluski śląskie i pierogi, prała i prasowała ubrania. Jan uznawał, że tak powinno być: nie jego to rzecz stać przy kuchence albo zmywać naczynia.
A przecież Halina nie była gospodynią domową. Pracowała w tym samym biurze rachunkowym co on, licząc złotówki, czasem śniąc o pracy w kwiaciarni. Gdy Jan wracał z pracy, narzekał na zmęczenie, leżał na kanapie i tonął w telewizorze, choć obrazy z telewizora wyciekały w senne marzenia.
Halina tymczasem biegła do kuchni gotowała rosół pachnący marchwią, robiła schabowego, zjadając tylko cień tostów, potem podmywała podłogi, składała pranie i dbała o koty, które były i nie były. Dom zawsze był czysty, pełen cieni zapachów i jakiegoś dziwnego spokoju. Jan nie znosił jeść dwa razy tego samego, przez co Halina spędzała w kuchni godziny, a on nawet nie proponował pomocy. Po co? Przecież to takie oczywiste.
Gdy Halina wzięła dzień wolny, by pójść do lekarza, Jan się zdziwił.
Stało się coś? zapytał nieskładnie.
Oby nie, tylko jakoś ostatnio dziwnie się czuję odpowiedziała żona, jakby jej głos był płatkiem śniegu.
Może jakieś witaminy? Wiosna idzie wymamrotał Jan, zadowolony z własnej mądrości.
Może odparła cicho Halina.
Wieczorem Halina powiedziała mu, że musi jechać na badania do dużego miasta.
Jak to? Po co? zdziwił się Jan, a jego głos odbił się od lampy.
Mam złe przeczucia co do zdrowia. Muszę się przebadać w centrum wojewódzkim.
W sensie… złe jak? To ta… ta choroba twojej matki? Jan miał w ustach smak popiołu.
To tylko podejrzenia powiedziała Halina, a cień smutku przemknął jej przez twarz. Kupuję bilet do Warszawy na jutro, autobus o ósmej. Kolacja jest na kuchence kotlety i ryż, do tego surówka na stole. Muszę się spakować i wcześnie położyć.
Jadłaś już?
Nie mam apetytu szepnęła, pakując się, a Jan patrzył, jak jej ręce stają się przezroczyste.
Jan nie mógł w to wszystko uwierzyć. Halina, taka żywotna, nagle mogłaby być chora? Wspomnienia przewijały się przez jego głowę, mieszając się z dźwiękiem gotującej się wody.
Chyba już spakowałam wszystko, co może mi się przydać odezwała się.
Ładowarki nie zapomnij podpowiedział Jan.
Racja, dziękuję ci, Jasiu. Czemu nie jesz kolacji?
Chyba też nie mam apetytu
Zmartwiłam cię?
Tak Jan przytaknął, a jego głos zamigotał jak światło lampki.
Patrzył na torbę, którą cztery lata temu kupili na wyjazd nad Bałtyk. Halina wtedy cieszyła się jak dziecko, wymarzyła dwa kolorowe stroje kąpielowe, sukienkę w stokrotki i kapelusz ze słomy. Ale nie pojechali Jan dostał pracę zastępcy na kilka tygodni, premia miała pójść na remont sypialni. Halina powiedziała, że to dobra decyzja, a w nocy Jan słyszał, jak płacze. Teraz rozumiał, że przecież płakała za morzem, za rozczarowaniem, że nie da się odłożyć marzeń na później i żyć z tego resztę życia.
Potem nie jeździli nigdzie tylko działka, grill, znajomi, rzeka za lasem, wszystko to było tak znajome, że aż nierzeczywiste. Po co wydawać pieniądze na podróże, skoro można odpoczywać tu? tłumaczył sobie Jan.
Teraz Halina pakowała tę samą torbę, ale w innym celu nie nad morze, a na badania, w nieznane miasto, które było z jednej strony Olsztynem, z drugiej Łodzią, bo we śnie miasta płyną, płyną jak woda. I Jan poczuł lęk, taki głęboki, że pochłaniał całe mieszkanie.
Nie tknął kolacji. W nocy czujnie słuchał westchnięć Haliny. Chciał ją przytulić, ale nie potrafił, jakby ramiona były z waty.
Rankiem odprowadził ją na dworzec. Przy pożegnaniu trzymał ją, by nie odpłynęła za szybą autobusu, który nagle był tramwajem, nagle znikał w mgławicy. Halina szeptał, nie wiedząc, czy słyszała. Moja droga, niech ci się wszystko dobrze ułoży
Czuł, że pustka jest ciężka jak kamień. Do pracy szedł, jakby szedł przez mgłę. Próbował zająć się tym, co zwykle, lecz myśli latały jak ćmy. Sam w mieszkaniu zauważył, że wszystko jest cichsze, mniejsze, jakby zabrakło jednej ściany.
Odgrzał sobie wczorajszą kolację, ale smak był taki, jakby jadł liście. Próbował włączyć telewizor, lecz wszystko na ekranie rozmywało się, jakby był we śnie. Znalazł stary album, przewracał strony, a zdjęcia zaczynały żyć własnym życiem.
Oto oni młodzi, Halina z drobnymi piegami, roztańczona, w sukience w maki. Jan przypomniał sobie, jak ją ujrzał na urodzinach przyjaciela. Przyszła nie sama z chłopakiem, choć imię tamtego chłopaka uciekało Janowi jak woda z sitka. On też był z jakąś dziewczyną, Kasią posprzeczali się, Kasia płakała, a potem związała się z innym.
O Halinę Jan musiał się starać nie wpadła mu w ramiona od razu. Był uparty, cierpliwy, marzył i wydeptywał ścieżki przez jej codzienność. W końcu odpowiedziała mu uśmiechem, a potem marzenie stało się rzeczywistością.
Przeglądając zdjęcia, Jan czuł się, jakby jeszcze raz przeżywał najszczęśliwsze chwile ogromnie intensywnie. Kiedy ostatni raz powiedział Halinie, że ją kocha? Albo dziękował za obiad? Czuł, że to, co uważał za oczywiste, było cenniejsze niż wszystkie złotówki liczone w pracy.
Dopiero teraz zrozumiał, ile na Halinę spadło ile ona dźwigała, o ile się troszczyła, ile robiła dla niego, a on sam układał codzienność tylko pod siebie. Gdy on leżał chory, gotowała mu kompot z czarnej porzeczki i rosół, słuchała jego narzekań. Gdy chorowała ona, szła do pracy, jakby nic się nie stało.
Myśl, że Halina mogłaby odejść, napawała go przerażeniem tak głębokim, że nie mógł oddychać. Dni, gdy żona była na badaniach, trwały jak przez mgłę. Dzwonili do siebie codziennie, ale Halina mówiła niewiele, głos miała miękki i daleki, jakby docierał z chmur.
Jan wyrzucał sobie, że był samolubem. Że mógłby być lepszym mężem, gdyby tylko zrozumiał, co naprawdę ważne. Gdybym mógł to wszystko cofnąć mruczał do siebie.
Pewnego wieczoru rozległ się telefon, który zabrzmiał jak dzwony na Wawelu.
Janie, mam dobre wieści! To nie to, co się baliśmy. Są problemy, ale nie tak straszne Halina była rozbłyskiem nadziei.
Naprawdę? krzyknął Jan, a podłoga zatańczyła mu pod stopami. Halina, nie wiesz, jak bardzo się cieszę
Kilka dni później czekał na nią na dworcu. Trzymał bukiet białych lilii, takich, jakie lubiła. Po co wydałeś tyle na kwiaty? dziwiła się Halina, ale jej twarz rozpromieniała.
Jak ja się o ciebie martwiłem wyznał, obejmując ją. Kocham cię Przepraszam.
Za co, Janie? Zaśmiała się przez łzy.
Nie byłem najlepszym mężem.
Zwariowałeś? Wierna byłam, ty też. O co chodzi?
Nie dbałem, nie pomagałem. Teraz wszystko się zmieni. Mam ci niespodziankę.
Jaką?
Kupiłem nam bilety nad Bałtyk. Za miesiąc mamy urlop, spakujesz swój kapelusz i tym razem pojedziemy.
Nad morze? A działka?
Działka nie ucieknie machnął ręką Jan. Sprzedamy, jak trzeba będzie warzywa są na rynku.
Halina patrzyła na niego w zdumieniu.
Nie poznaję cię, Jasiu
Sam siebie nie poznaję, Halino. Tak się bałem cię stracić Teraz będę cię chronił jak skarb. Kocham cię mocniej niż kiedykolwiek
Ach, Janie Może wszystko musiało się wydarzyć, abym usłyszała to od ciebie. Dobrze, chodźmy już do domu Ja też cię kochamJan ujął Halinę za rękę i przez chwilę szli wśród tłumu ludzi wychodzących z dworca, jakby byli jedyną parą na świecie. Miasto pachniało wiosną i deszczem, a Halina ściskała żółtą torbę, w której brzmiała nadzieja na dalsze lata. Po drodze zatrzymali się w cukierni Jan zamówił dwa serniki i dwie kawy, a potem ucierali okruchy z talerzy, śmiejąc się cicho jak dzieci. Halina powiedziała:
Wiesz, Janie, przez te dni myślałam, ilu rzeczy sobie nie mówimy, co zostawiamy na później.
Jan spojrzał jej głęboko w oczy: Już nie będziemy odkładać, Halino. Życie jest dziś.
Tej nocy nie zasnęli od razu. Leżeli przy uchylonym oknie, wsłuchani w odległy szum przejeżdżających pociągów. Halina położyła mu głowę na ramieniu i mruknęła:
Obiecaj mi, że w tym roku zatańczysz ze mną na plaży, palce w piachu, bosymi nogami, jak w opowieściach z młodości.
Jan ucałował jej włosy: Obiecuję. I będziemy jeść lody aż do bólu brzucha, i będziesz nosić sukienki w stokrotki, a ja nauczę się smażyć naleśniki.
Zaśmiała się:
Nigdy nie jest za późno na naleśniki. Ani na marzenia.
A potem światło księżyca zaczęło łaskotać ściany ich pokoju, jakby ktoś rozciągał je dla nich na nowo, i Jan po raz pierwszy od dawna poczuł się lekki, jakby wrócili do początku: młodzi, nieustraszeni, pełni nowych, pięknych dni. I nigdy już nie zapomniał, że szczęście bywa ciche, kruche, a miłość jak stara ceramika z Bolesławca wytrzymuje wszystko, nawet kiedy świat zmienia kolory.



