Sąsiadka z góry
Ela, gdzie schowałaś mój garnek? Ten duży, w którym gotuję barszcz?
Pani Zofia, stał na środku przejścia. Odstawiłam go tam, na dolną półkę.
Na dolną półkę! Ja się tam nie schylę, przecież mam plecy! Zastanawiasz się w ogóle, przestawiając cudze rzeczy?
Stałam przy zlewie i patrzyłam przez okno. Jesienny październikowy deszcz lał się za szybą, cicho i szaro. We mnie też coś się sączyło. To nie była jeszcze złość, raczej poczucie, że to dopiero początek.
***
Pani Zofia przyjechała w piątek wieczorem. Wiktor spotkał ją przy windzie, wciągnął dwie ciężkie torby i wielką kratowaną torbę zwaną przez wszystkich torbą na wszystko. Uśmiechałam się szczerze. Miałam świadomość, że kobieta ma siedemdziesiąt osiem lat, remont w jej mieszkaniu spadł jak grom: sąsiad z dołu zalał stropy, spółdzielnia zabrała się za robotę dopiero po pół roku, więc wszystko jest tam rozprute do betonu. Ona naprawdę nie miała gdzie pójść. To nie jest najazd mówiłam sobie to tymczasowe.
Słowo tymczasowe miało potem dla mnie szczególną wagę.
Mam pięćdziesiąt sześć lat. Nie jestem już młoda, ale jeszcze nie stara dokładnie pośrodku. Już znam swoją wartość, ale nadal jestem wystarczająco elastyczna, żeby nie łamać się pod pierwszym lepszym wiatrem. Pracuję z domu przyjmuję zlecenia na ręczną haftowaną sztukę, głównie dla kolekcjonerów i małych galerii. To nie jest hobby, to są konkretne pieniądze. Prowadzę też kursy online dla tych, którzy chcą się nauczyć haftu złotą i liczoną nicią. Mój kąt ze sprzętem do pracy, w sypialni przy północnym oknie, z nitkami, ramkami, tkaninami, wzorami to nie tylko miejsce, gdzie siedzę. To mój warsztat. Mój żywiciel.
Nasze mieszkanie z Wiktorem to dwa pokoje, ale dobrze rozplanowane. Wprowadziliśmy się osiem lat temu, kiedy dzieci dorosły i wyfrunęły z domu. Przez pierwsze dwa lata stopniowo usuwałam wszystko, co niepotrzebne. Bez wyrzutów sumienia, bez żalu. Oddawałam, sprzedawałam lub wyrzucałam wszystko, co nam nie służyło. Zostało tylko to, co potrzebne i ładne. Jasne ściany, minimum mebli, żadnych dywanów na ścianach, żadnych serwantów z kryształami. Tylko żywe rośliny na parapetach fikus, sansewieria i mały krzak rozmarynu w kuchni. Każda półka znała swoją zawartość. Każda szuflada zamykała się bez problemu.
Wiktor na początku narzekał. Mówił, że czuje się jak w hotelu. A potem się przyzwyczaił i też wściekał się, gdy ktoś zostawiał coś nie na swoim miejscu. Znaleźliśmy swój rytm i swój sposób oddychania w tej przestrzeni.
I nagle przyszedł w te powietrze ktoś jeszcze pani Zofia.
***
Pierwsze dwa dni były nawet dobre. Urządzała gościnną sypialnię, którą pospiesznie przygotowaliśmy: rozkładana sofa, wolna połowa szafy. Podałam jej lampkę i postawiłam szklankę z wodą oraz książkę na stoliku. Myślałam, że to miłe.
Już trzeciego dnia na parapecie w korytarzu znalazłam szydełkowaną serwetę okrągłą, kremową, z delikatnym wzorem. Leżała pod telefonem pani Zofii, jakby zawsze tam była.
Złożyłam serwetę i zaniosłam do jej pokoju. Następnego ranka znów była na parapecie.
Dotarło do mnie, że to nie jest celowe. Na tym polegał problem: pani Zofia nie walczyła ze mną. Po prostu żyła po swojemu. Dla niej szydełkowa serwetka pod telefonem oznaczała porządek. Przytulność. To, co powinno być. Wychowała się w świecie, gdzie im więcej rzeczy, tym bogatszy dom. Pusty parapet to według niej bieda lub niedbalstwo. Zapasy kasz w pięciu różnych słoikach były zaradnością, nie bałaganem.
Ja też wychowałam się w takim domu. Ale świadomie z niego odeszłam.
***
Pod koniec pierwszego tygodnia kuchnia nie przypominała już siebie. Na blacie stały trzy emaliowane garnki, które nie mieściły się do żadnej szafki. Obok żółta plastikowa podstawka na pokrywki w kształcie drzewa. W środku lodówki: słoiki z kiszonymi ogórkami (swojskimi, z działki córki), pojemnik ze smalcem w czosnkowej zalewie, torebka z moczoną fasolą, plastikowe pudełko z czymś nieokreślonym, którego bałam się otworzyć. Moje jogurty zostały zepchnięte na boczną półkę przez słoik ćwikły i butelkę domowego kwasu chlebowego.
Przestawiłam jogurty na swoje miejsce pani Zofia znowu je przełożyła.
Wieczorami kuchnia pachniała duszoną kapustą, smażoną cebulą i czymś jeszcze. Tłustym, ciężkim, rodem z PRL-u. Nie powiem, że to coś złego tylko że to nie był już mój zapach, mój wieczór, mój oddech.
Wiktor po powrocie z pracy wąchał powietrze i mówił:
O, mama gotowała! Pachnie apetycznie.
Milczałam.
***
Pod koniec drugiego tygodnia w salonie pojawił się mały dywanik przy kanapie syntetyczny, w różowe różyczki po bokach, taki za trzydzieści złotych w sklepie koło dworca. Pani Zofia tłumaczyła, że ma zimne nogi rano i całe życie kładła dywanik przy łóżku. Co miałam powiedzieć? Że mi się nie podoba dywanik? Brzmiałoby to okropnie drobiazgowo.
Nic nie powiedziałam.
Potem w przedpokoju na wieszaku pojawiła się jej bluza. Nie w szafie, tylko na naszym wspólnym wieszaku, obok płaszcza Wiktora. Wielka, flanelowa, w kratę, beżowo-niebieska. Zajmowała hak i zsuwała się na kurtkę Wiktora.
Przełożyłam ją na wolny hak przy łazience.
Pani Zofia po chwili znalazła ją tam i zawiesiła z powrotem.
Tam niewygodnie, za daleko stwierdziła.
Kiwnęłam głową.
Wiktor wieczorem zapytał:
Wszystko w porządku? Jakaś milcząca jesteś.
Wszystko dobrze skłamałam.
On wiedział, że to nieprawda. Ja też. Ale oboje udawaliśmy, że nie zauważamy.
***
Muszę wspomnieć o sypialni, bo tam prowadziłam swoją pracę, a to oznaczało pieniądze. I tu nie było już mowy o gustach ani o dywanikach.
Przy północnym oknie stało moje biurko długie, jasne, robione na zamówienie z brzozowej sklejki, z półkami na schematy i szufladami na nici. Nad biurkiem lampka dzienna na ruchomym ramieniu, neutralne światło, bo przy hafcie liczy się dokładny kolor. Obok etażerka: na niej szpulki przędzy i jedwabiu posortowane według barw od chłodnych do ciepłych. To nie element dekoracyjny, tylko system pracy.
Na dużym tamborku była rozpięta bardzo ważna robota zamówienie od kolekcjonera z Gdańska: kopia starej chorągwi kościelnej, w mniejszej skali, haftowana złotą nicią i japońskim jedwabiem. Termin oddania koniec listopada. Zadatek już dostałam. Wartość dwa tysiące złotych.
Pracowałam nad tym trzy miesiące.
Nie pozwalałam nikomu dotykać tamborka. Wyjaśniałam wszystkim: każde dotknięcie rozluźnia tkaninę i psuje wzór. Wiktor to wiedział. Kota nie mamy. Dzieci daleko. Było pod kontrolą.
Aż przyjechała pani Zofia.
***
Był czwartek, przed południem. Pojechałam po nici szukałam konkretnego odcienia, terakoty ze złotym połyskiem. Nie dało się zamówić przez internet, musiałam zobaczyć osobiście. Zajęło mi to godzinę, może ciut więcej. Wpadłam jeszcze do apteki.
Wróciłam. Weszłam do sypialni.
Pani Zofia stała przy etażerce i przekładała szpulki przędzy. Sortowała je, układała po swojemu. Na biurku przy tamborku leżała rozkręcona szpulka japońskiego jedwabiu, nić częściowo poluzowana i splątana. Była w kolorze różowo-złotym, ostatnia moja taka. Najgorsze: materiał na tamborku był lekko przygnieciony, jakby ktoś się opierał albo potrącił.
Stanęłam w drzwiach, nie mogłam wydobyć słowa.
Pani Zofia odwróciła się i powiedziała spokojnie:
Ela, miałaś tu taki bałagan. Pomogłam ci, poukładałam według kolorów. Ale teraz to wygląda!
Pani Zofio wyszeptałam proszę wyjść.
Co? Przecież chciałam ci pomóc…
Wiem. Proszę wyjść.
Wyszła. Obeżona, z zaciśniętymi ustami.
Zamknęłam drzwi, klęknęłam przy tamborku i zaczęłam sprawdzać pracę. Nić nie była wciągnięta w tkaninę, na szczęście. Materiał lekko nadszarpnięty, udało mi się to naprawić. Jedwabną nicią uratowałam w połowie musiałam przeciąć mniej więcej jedną trzecią, bo się zaplątała i rwała przy naprężeniu.
Nie była to katastrofa, ale to był mój punkt graniczny. Wiedziałam, że tak już nie może być.
***
Wieczorem Wiktor pytał, czemu mama przy stole milczy.
Opowiedziałam.
Wysłuchał, nabrał powietrza i rzekł:
Przecież nie zrobiła tego specjalnie. Chciała dobrze.
Wiem, że nie specjalnie.
Elu, wytrzymaj jeszcze trochę. Dla niej to trudne. Jest w obcym mieszkaniu.
Wiktor, to moje miejsce pracy. Zarabiam tu pieniądze.
Rozumiem. Ale mama chyba długo nie zostanie.
To długo nie zostanie słyszałam już dwie tygodnie.
Zapytałam wprost:
Jak długo jeszcze?
Majster mówi, że koniec remontu w grudniu.
Grudzień. Czyli jeszcze półtora miesiąca. Spojrzałam na męża. Widziałam to wyrażenie twarzy, które znałam aż za dobrze: kochał nas obie i nie chciał wybierać stron. Wierzył, że uśmiechem i prośbą o cierpliwość wszystko się jakoś rozejdzie.
Ja wiedziałam, że nie rozejdzie się samo. Więc ja coś musiałam zrobić.
***
Nie spałam tamtej nocy. Rozważałam wszystkie opcje. Szczera rozmowa z teściową? Zemsta czy awantura? Ultimatum mężowi? Nic z tego cierpieć po cichu już nie chciałam.
Była jeszcze jedna droga: dyplomatyczna, powolna, ale jedyna rozsądna.
Musiałam jednocześnie zająć panią Zofię czymś poza domem i przyspieszyć remont jej mieszkania, by sama zapragnęła wrócić.
To nie był odwet to był plan ratunkowy. Cichy, uczciwy: nie chciałam jej skrzywdzić. Chciałam odzyskać swoje życie.
***
Zaczęłam od wolnego czasu.
Pani Zofia, wiedziałam, była kobietą aktywną. U siebie chodziła czasem do domu kultury, do kościoła, latem na działkę. Tu, u nas, się nudziła. A nuda u starszych ludzi to hiperaktywność w obrębie dostępnej przestrzeni czyli w naszym mieszkaniu.
Zadzwoniłam do koleżanki Irminy, która pracuje w dzielnicowym domu kultury.
Irmina mówi:
Elka, mamy nordic walking, chórek w środy i piątki, rękodzieło z wełny, wykłady zdrowotne. Wstęp wolny, wystarczy dowód i pesel.
Jak się zapisać?
Po prostu przyjść!
Nie mówiłam pani Zofii wprost: proszę, idź. Zaproponowałam subtelniej.
Przy kolacji zagadałam:
Pani Zofio, Wiktor opowiadał, że w młodości śpiewała pani w chórze?
Ożywiła się. Rzeczywiście: śpiewała, dobry głos.
Słyszałam, że mamy świetny chór dla dorosłych tutaj w dzielnicy. Znałam jedną z pań bardzo zadowolona. Może byłoby pani miło spróbować, szczególnie bez swojego towarzystwa tutaj?
Sama? Do obcych? machnęła ręką.
Nie naciskałam. Zasiałam ziarenko.
Trzy dni później znów napomknęłam: chór śpiewa na miejskich imprezach, zdjęcia w gazecie… Na słowo gazeta roziskrzyły się jej oczy.
Po tygodniu poprosiła mnie o trasę do domu kultury.
Wyrysowałam jej mapkę na kartce.
W środę wyszła o dziesiątej, wróciła po trzeciej. Z wypiekami na twarzy.
Takie świetne kobiety! mówiła wieczorem przy herbacie. Chórmistrz, pan Jan, surowy, ale sprawiedliwy. Śpiewają Pospieszalskiego i stare pieśni. Zaśpiewałam i ja, powiedział, żebym przychodziła, bo mam dobre mezzo.
To wspaniale odpowiedziałam szczerze.
Od tej pory w środy i piątki wychodziła na kilka godzin. Z czasem dołączył też nordic walking, na który zaprosiła ją nowa znajoma Nina, sąsiadka z ulicy.
Dom zrobił się cichszy. Nie pusty, ale cichszy.
***
Druga część planu była cięższa i wymagała fortelu.
Zadzwoniłam do córki pani Zofii Marty. Nigdy nie miałyśmy zażyłej relacji tylko poprawne szwagierki przez męża. Powiedziałam bez ogródek:
Marto, cieszymy się, że mama z nami. Ale wiesz, jej najlepiej jak najszybciej wrócić do siebie. Zmiany miejsce wybija starszych ludzi z rytmu.
Odpowiedziała, że ekipa remontowa się ociąga, nie można się doprosić, terminy przesuwają.
Sama kontrolujesz remont, czy przez pośrednika?
Okazało się, że przez znajomego męża, który wszystko dogląda. Czyli właściwie nic nie dogląda nikt.
Daj znać, jeżeli mogę pomóc. Mam znajomego kierownika budowy w naszym bloku, to mógłby obejrzeć i rozpoznać sytuację.
Marta od razu się zgodziła.
Mój znajomy, pan Marian spod siódemki, konsultował się z wieloma na budowach. Umówił się, obejrzał mieszkanie, podpytał ekipę. Okazało się, że pracują jednocześnie na kilku lokalach, u pani Zofii zaglądali co parę dni, zaliczkę już dawno wzięli.
Pan Marian pogadał z robotnikami konkretnie. Określił czas: trzy tygodnie codziennej pracy. Obiecał kontrolować.
Marta dostosowała umowę, postawiła warunek. Chłopaki z ekipy przyspieszyli.
Nie opowiadałam o tym Wiktorowi nie żeby się ukrywać, ale nie chciałam, by czuł, że musi wybierać strony. Była to moja sprawa do załatwienia.
***
Trzy tygodnie szły różnie.
Były wieczory dobre, kiedy pani Zofia wracała z chóru zadowolona, opowiadała o Ninie, ciastkach po próbie, pochwale dyrygenta. Wtedy przy stole panowała pogoda, wspominaliśmy jej młodość, było ciepło.
Były też dni gorsze.
Pewnego ranka mój ukochany fikus został przestawiony z parapetu na podłogę, a na jego miejscu postawiony kwitnący, różowy pelargon z torby pani Zofii.
Tłumaczyła: Fikus zabiera światło, a geranium lubi słońce.
Mój fikus już wieczorem miał przyklapnięte liście.
Przemilczałam przestawiłam rośliny zgodnie z planem. Spotkałyśmy się wzrokiem.
Mogłabyś spytać burknęła pani Zofia.
Wzajemnie odpowiedziałam.
To była jedyna iskra przez cały czas. Nie awantura, nie łzy. Po prostu każda z nas zobaczyła drugą wyraźnie.
Potem każda z nas milczała. Do wieczora, przy stole rozmawiałyśmy o czym innym.
Wiktor patrzył i milczał. Czasami myślę, że jego milczenie złościło mnie bardziej niż pelargonia na parapecie. On udawał, że tej rysy nie ma. Wielu mężczyzn tak robi: jak nie patrzysz na szczelinę, może sama zniknie.
Nie znika. Nigdy.
***
Któregoś wieczora, gdy pani Zofia poszła wcześniej spać, siedziałam przy swoim stole, haftowałam w ciszy. Wiktor przyszedł, usiadł.
Złościsz się na mnie powiedział, nie pytając, tylko stwierdzając.
Trochę przyznałam. Ale nie na ciebie jako ciebie. Po prostu trudno mi w tej sytuacji.
Rozumiem, że to ciężkie.
Rozumiesz przyznałam. Ale rozumienie to nie współuczestnictwo.
Milczał chwilę.
Co chcesz, żebym zrobił?
Nic, Wiktor. Sama już działam.
Nie pytał co. Może nie chciał wiedzieć. Może bał się, że będzie musiał wybierać. Poszedł spać. Ja pracowałam jeszcze godzinę, słuchałam tykania zegara i oddechu starszej kobiety, która przyjechała nie ze złej woli, tylko ze swoim życiem, które nie pasowało do mojego.
Myślałam: w rodzinnych konfliktach niszczące nie jest nienawiść. Przynajmniej nienawiść jest uczciwa. Niszczy to, gdy wszyscy są dobrzy, wszyscy się kochają, a wszystkim jest duszno i nie do wytrzymania. Bo nie ma jasno winnych ani oczywistej złości.
***
Remont skończyli szybciej, niż zapowiedział nawet pan Marian.
Marta zadzwoniła w sobotę rano do mnie, nie do Wiktora. Powiedziała: ekipa już się spakowała, można wracać. Tylko przewietrzyć, posprzątać.
Podziękowałam jej. Chwilę jeszcze pogadałyśmy i wyczułam, że coś się zmieniło. Marta patrzyła na mnie nie tylko jak na żonę swojego brata jak na osobę, która umie rozwiązywać sprawy.
Jeszcze tylko trzeba było powiedzieć pani Zofii tak, by nie poczuła się wyproszona.
Myślałam o tym całą sobotę.
Wieczorem, przy kolacji, kiedy opowiadała o planowanym koncercie chóru, powiedziałam:
Pani Zofio, mam dla pani wiadomość. Tylko niech się pani nie przestraszy to dobra wiadomość.
Urwała i spojrzała.
Kilka tygodni temu poprosiłam znajomego budowlańca o opinię na temat remontu, chciałam zrobić pani niespodziankę. Obejrzał, pogadał z ekipą wszystko gotowe! Marta mówi, że można wracać.
Patrzyła na mnie przez chwilę; potem spojrzała na Wiktora; potem znów na mnie.
Sama to wszystko zorganizowałaś?
Niezupełnie sama, sąsiad pomógł. Po prostu nie chciałam, żeby pani krępowała się u nas dłużej niż potrzeba. U siebie najlepiej, w swoich ścianach.
Wiktor patrzył na mnie, jakby pierwszy raz mnie widział.
Pani Zofia po chwili podeszła i wzięła mnie za rękę. Miała suche i ciepłe dłonie, ciężkie od przeżytych lat.
Ela powiedziała cicho jesteś dobrą osobą.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Po prostu ścisnęłam jej dłoń w odpowiedzi.
***
Wyprowadzała się w niedzielę. Wiktor ją zawiózł, pomógł z torbami, sprawdził instalacje. Ja nie pojechałam, zostałam w domu pod pretekstem gotowania obiadu, choć tak naprawdę chciałam pobyć sama.
Przez pół godziny po ich wyjściu chodziłam po mieszkaniu. Zaglądałam do wszystkich pokojów, dotykałam ścian, przystawałam przy swoim stole i patrzyłam na tamborek.
Potem wyniosłam dywanik w róże z gościnnego pokoju. Leżał już tam, niepotrzebny, bez właścicielki. Zdjęłam z parapetu ostatnią serwetę, o której pewnie zapomniała. Otworzyłam okno i wsłuchałam się w listopadowe powietrze.
W kuchni, na półce lodówki, znalazłam starannie zawinięte pudełko. Otworzyłam w środku była nasza ulubiona kwaśna soljanka, którą pani Zofia robiła mistrzowsko. Wystarczy na dwa dni.
Oparłam się o lodówkę.
Ludzie są dziwni. Przez trzy tygodnie można sobie wadzić na każdym kroku, a i tak zostawić komuś zupę na pożegnanie.
***
Wieczorem Wiktor wrócił. Zjedliśmy. Rozmawialiśmy mało, ale serdecznie. Potem on zmył, ja wytarłam, wszystko normalnie.
Przed snem położył się, patrzył w sufit:
Czyli cały czas coś robiłaś z remontem?
Tak.
Czemu mi nie powiedziałaś?
Zastanowiłam się chwilę.
Prosiłeś, żebym wytrzymała. Ja nie wytrzymywałam, tylko działałam. Wiedziałam, że ciężko byłoby ci się angażować i nie chciałam ci tego dokładać.
Długo milczał.
To było sprytne powiedział w końcu. Ale trochę mnie boli.
Wiem. Przepraszam.
Leżeliśmy w ciemności. Myślałam to nie jest idealna historia. Nikt do końca nie powiedział wszystkiego, co czuje. Nie było głośnej rozmowy, jak w poradnikach. Wszystko poszło bokiem, osiłkiem, bez starcia, a jednak się udało.
Dobrze to czy źle do dziś nie jestem pewna.
***
Pani Zofia zadzwoniła tydzień później, zadowolona: mieszkanie świeże, jasne ściany jak chciała. Znalazła swoje kubki, odwiedziła sąsiadkę tę, która przez cały czas chorowała. Obie cieszyły się ze spotkania.
Na chór będę dalej chodzić dodała. Jan mówi, że weźmie nas na konkurs do Krakowa. Z Niną jedziemy razem.
Fantastycznie odpowiedziałam.
Ela powiedziała nieco ciszej. Wiem, pewnie przeszkadzałam wam wtedy, jak u was mieszkałam.
Nie powiedziałam: skądże, było wspaniale. Obydwie wiedziałybyśmy, że to nieprawda.
Jesteśmy różne, pani Zofio powiedziałam szczerze. To normalne. Ważne, że teraz jest pani dobrze.
Zamyśliła się.
Tak. To najważniejsze.
***
Czasem myślę o tych siedmiu tygodniach. Nieczęsto, ale myślę.
O dywaniku z różami. O garach na blacie. O pelargonii na moim parapecie. O tej zupie w lodówce na pożegnanie. O dłoniach pani Zofii, suchych i ciepłych. O tym, jak Wiktor powiedział to trochę boli i że była to najbardziej szczera rzecz powiedziana przez całe te siedem tygodni.
Nie wygrałam żadnej wojny. Wojny nie było. Było zadanie do załatwienia. Był dom, który obroniłam bez krzyku, bez upokorzenia nikogo.
To nie bohaterstwo. Czasem po prostu trzeba zadbać o kształt własnego życia, gdy ktoś, nawet nie ze złośliwości, tylko z przyzwyczajenia, zaczyna je sobie układać.
Obrona własnej przestrzeni to nie mur ani awantura. Czasem wystarczy wiedzieć, czego chcesz i spokojnie, uparcie do tego dążyć.
Rodzina to dziwna istota. Przetrwa nawet w niewygodnych warunkach. Oddycha przez szpary. Czasem zostawia ci pudełko zupy na pożegnanie.
***
W listopadzie oddałam chorągiew zamawiającemu napisał, że jest zadowolony i przelał resztę wynagrodzenia. Kupiłam sobie nową szpulkę japońskiego jedwabiu, miękko-złocistą jak liść jesienią, i włożyłam do szuflady na swoim miejscu.
Na parapecie stoją trzy doniczki: fikus, sansewieria i rozmaryn. Żadnych serwetek.
W mieszkaniu cicho. Pachnie kawą i trochę woskiem, bo zapalam świecę wieczorem. Wiktor czyta w fotelu. Za oknem prawie zima.
Wszystko wróciło na swoje miejsce.
***
Miesiąc później odwiedziliśmy panią Zofię. Zabrałam jej pudełko pastylek z tej cukierni, o której wspominała z Niną. Otworzyła drzwi i od razu pokazała nam świeżo wyremontowane mieszkanie. Ściany były jasne, beżowe, jak chciała. Na każdym parapecie leżały szydełkowane serwetki. Dywanik z różami leżał przy kanapie.
Nic nie poczułam ani złości, ani wyższości. Tak. To jej dom.
Przy herbacie powiedziała:
Przyjedźcie do mnie w lutym na konkurs. Zaśpiewamy Nadzieję Pospieszalskiego. Chcę, byście mnie słyszeli.
Wiktor powiedział:
Mamo, obiecujemy, przyjedziemy.
A ja dodałam:
Oczywiście.
I tak zrozumiałam, że dom można mieć własny i jednocześnie nie stracić rodziny. Bo dom nie jest miejscem ani przedmiotami jest sercem ludzi, którzy w nim są.




