Kotlet leżał idealnie na środku talerza. Andrzej patrzył na niego i czuł, jak żołądek zdradziecko burczy.
Haniu, mogę sobie zrobić kanapkę, co? Głodny jestem.
Andrzej, kolacja za dwadzieścia minut. Mięso wystygnie.
Zrobię sobie tylko jedną kromkę, szybko.
Nie możesz poczekać? Przecież specjalnie wszystko rozplanowałam. Ziemniaki będą na 19:15, kurczak na 19:20. Jak się teraz najesz, to potem tylko grzebiesz w talerzu.
Andrzej westchnął cicho i usiadł do stołu. Hanna stała przy lodówce i układała produkty, które właśnie kupili. Wszystko musiało mieć swoje miejsce: mleko na środkowej półce po prawej, ser do przegródki na dole, jogurty przodem te z krótszą datą przy krawędzi.
To może chociaż herbaty się napiję?
Nalej sobie. Ale tylko jedną łyżeczkę cukru.
Haniu, ja już nie jestem dzieckiem.
Ty masz ryzyko cukrzycy. Twój tata miał, dziadek miał. Jedna łyżeczka.
Andrzej już sięgał po czajnik, ale Hanna podeszła wcześniej, nalała mu herbatę, dokładnie odmierzyła cukier i postawiła kubek przed nim.
Proszę bardzo. Pij.
Spojrzał na herbatę. Potem na jej plecy, dalej zajętą lodówką. Napił się. Herbata była za słaba i ledwo słodka. Nic nie powiedział.
Za oknem październikowy wieczór nad Warszawą zapadał szybko, szczególnie na ich osiedlu, gdzie bloki stały gęsto jak klocki. Latarnie świeciły równo, auta parkowały na stałych miejscach. Wszystko jak zawsze.
Mieli po 57 i 55 lat. Trzydzieści lat razem. Mieszkanie sterylnie czyste i ciche jak czytelnia.
***
Sobota w ich domu startowała punktualnie o ósmej, nie dlatego że nie mogli pospać, tylko wtedy zaczynała się checklista Hanny spisana w kratkowym zeszycie jeszcze w piątek wieczorem.
Ósma śniadanie.
Ósma trzydzieści mycie podłóg.
Dziesiąta zakupy: spożywczy na Grochowskiej, osobno chemia gospodarcza.
Dwunasta obiad.
Trzynasta godzina odpoczynku.
Czternasta wizyta u cioci Zofii.
Siedemnasta powrót.
Siedemnasta trzydzieści kolacja.
Osiedemnasta trzydzieści telewizor albo książka.
Dwudziesta druga spać.
Andrzej znał ten plan na pamięć. Nie dlatego, że go czytał on się praktycznie nie zmieniał od piętnastu lat. Czasem tylko inny sklep, inna ciocia.
Szorował podłogę w korytarzu i myślał o wędkowaniu. Ot, jakoś mu się przypomniało. Ile to lat nie był na rybach? Chyba z osiem. Ostatni raz z Mietkiem z pracy, na Zegrzyńskim. Złapali trzy okonie i płotkę, potem gotowali rybną zupę w puszce po ogórkach i mieli ubaw, aż kaczki się wyniosły z brzegu.
Wrócił wtedy późno, było już ciemno. Hanna czekała.
Wiesz która godzina?
Wiem, Haniu, posiedzieliśmy trochę dłużej.
Trochę. Osiem razy dzwoniłam. Kolacja w lodówce, już nie taka jak miała być.
Przepraszam.
Martwiłam się.
Nie zabraniała mu jeździć na ryby. Jakoś jednak samo przeszło zawsze było coś ważniejszego, sprawy, remont, wizyty aż w końcu przestał proponować. Tak było łatwiej.
Andrzej, płuczesz szmatę jak trzeba? Nie odciskaj za mocno, bo będą smugi.
Wycisnął tak, jak mówiła. Dla niego bez różnicy, podłoga i tak lśniła. Hanna była dumna ze swojego mieszkania. Słyszał raz, jak chwaliła się przez telefon: „U mnie można jeść z podłogi”. I pomyślał wtedy, że jakoś wcale nie chciałby jeść z podłogi, choćby nie wiem jak była czysta.
Sklep zgodnie z planem. Obiad zgodnie z planem. Ciocia Zofia poczęstowała ich podpiekanymi od spodu pierogami z ziemniakami. Hanna znów, uprzejmie, ale dość głośno rzuciła: „Zosiu, chyba ci się piekarnik nagrzewa nierównomiernie”. Andrzej zjadł trzy i uznał, że swój smak mają właśnie dzięki temu przypaleniu.
Do domu wrócili o 17:20, dziesięć minut przed czasem.
Hanna odstawiła torby, nastawiła wodę i wyjęła sernik na zimno z rana równo pokrojony na sześć identycznych kawałków.
Andrzej usiadł przy stole i nagle ogarnęła go jakaś delikatna panika. Nie przez sernik. Przez wszystko naraz. Bo wiedział, co będzie jutro. I za tydzień. I za rok.
Zjadł do końca, wypił herbatę i poszedł oglądać telewizję.
***
Odkurzacz padł w środę wieczorem. Po prostu przestał ciągnąć. Andrzej rozebrał go na stole w kuchni. Filtr zawalony, szczotka w mechanizmie połamała się. Dla niego drobnostka, naprawa na dwadzieścia minut. Przecież od dwudziestu dwóch lat był inżynierem na Eltronie, dokładniej automatyką przemysłową się bawił.
Hanna weszła do kuchni i przystanęła.
Co robisz?
Naprawiam. Filtr do przeczyszczenia, szczotkę trzeba poskładać.
Andrzej, dzwoń po fachowca, nie rób tego sam.
Daj spokój, to drobiazg.
Dwa razy już naprawiałeś żelazko „tak sam”. Raz się całkiem spaliło, drugi grzało tylko z jednej strony.
To zupełnie co innego, tu wiem, o co chodzi.
Andrzej
Jestem inżynierem.
Ale nie od odkurzaczy.
Coś się w nim złamało. Taki głuchy kamień w środku, który nie wiadomo kiedy zaczął się ruszać. Spojrzał na jej twarz, na swoje ręce, na części odkurzacza.
Naprawię go.
Andrzej
Sam.
Była najpierw zdziwiona, potem trochę poirytowana. Odeszła z kuchni.
Godzinę potem odkurzacz działał lepiej niż przedtem. Filtr czyściutki, szczotka się obracała. Andrzej posprzątał po sobie i dla pewności jeszcze raz odpalił maszynę, by posłuchać, jak mruczy.
Hanna przeszła, spojrzała i kiwnęła głową. Nic nie powiedziała.
A on czekał chociaż na Dobra robota.
***
Zauważył ogłoszenie na tablicy przy metrze: Naprawy starego sprzętu, radioodbiorniki, sztalugi itd. Adres i telefon w środku. Gramofon Unitra, jeszcze po ojcu, stał na szafce trzy lata nieużywany. Hanna namawiała, by wyrzucić. Andrzej ciągle odpowiadał później i chował na miejsce.
Jeszcze jako kawaler, z ojcem go kupował. Wtedy słuchał na nim Grechuty i Niemena, winyle trzymał na parapecie w akademiku. Kiedy zamieszkał z Hanną, ona przełożyła płyty do kartonu i wyniosła na pawlacz: Kurzy się, po co je trzymać na wierzchu. Czasem zaglądał tam, naciskał ręką płyty, sprawdzając, czy są.
Telefonu nikt nie odbierał. Postanowił pojechać pod adres. Stara kamienica na Powiślu, ciężkie drzwi, odpadający tynk.
Na trzecim piętrze drzwi otworzyła kobieta w fartuchu w plamach farby, z niedbałym kokiem i pasmami włosów sterczącymi we wszystkie strony. Na policzku zielona smuga. Wyglądała na jego rówieśniczkę.
Dzień dobry, pan po ogłoszeniu?
Tak, podobno tutaj
Proszę wejść. Jestem Malwina, po prostu Malwa. Ostrożnie, sztaluga w korytarzu.
Wszedł, zamrugał zdumiony.
Dawno nie widział takiego miejsca. Przynajmniej od lat studenckich, gdy odwiedzał znajomych z ASP. Płótna wszędzie czyste, zaczęte, nawarstwione od malowania tyle razy, że nie wiadomo, co pod spodem. Na parapecie puszki z pędzlami, obok tubki, na podłodze gazeta z kolorową plamą po czyjejś stopie. Na kanapie rozciągnięty rudy kot patrzył na Andrzeja z królewskim spokojem.
W mieszkaniu pachniało farbą, olejem lnianym, kawą i czymś jeszcze. Może życiem.
Siad, przepraszam za bałagan, rzuciła Malwina. Malowałam od rana, nie miałam kiedy sprzątnąć.
Nic nie szkodzi, odpowiedział i sam się zdziwił, że tak szczerze.
Co trzeba naprawić?
Gramofon. Unitra, nie kręci się. Próbowałem sam, ale chyba silnik siadł.
Unitra, wiem. Pilot sprawdzony? Często styki się utleniają.
Sprawdzałem, niestety nie to.
Malwina kiwnęła głową.
Ma go pan przy sobie?
Nie, chciałem najpierw się upewnić, bo telefonu nie odbieraliście.
Gubię telefon trzy razy dziennie. Wczoraj znalazłam pod wersalką. Proszę przywieźć, zajrzę. Ale skoro już pan tu, może pan mi coś pomóc? W zamian dam zniżkę, zgoda?
***
Sztaluga stała w dużym pokoju przy oknie. Stara, porządna, drewniana, ale nogi już się rozlatywały. Uchwyt na płótno leciał w dół.
Widzisz, pokazała Malwina, zawias się wyłamał, próbowałam wkrętem, ale jest za cienki i lata w dziurze.
Andrzej usiadł, obejrzał. Poprosił o śrubokręt. Malwina przyniosła trzy różne. Wybrał odpowiedni, wyjął wkręt, poprosił o trochę taśmy, zamocował prowizorycznie. Sztaluga stanęła równo.
To na chwilę. Kup M6 z nakrętką, w żelaznym sklepie są wszystkie rodzaje.
M6 z nakrętką To ja zapiszę.
Sięgnęła po pędzel, umoczyła w czarnej farbie i napisała na gazecie: M6!.
Andrzej się roześmiał.
Wyrzucisz tę gazetę.
Nie, przyczepię na lodówkę. Chodź na herbatę. Mam wczorajsze paszteciki z kapustą.
Chciał już powiedzieć, że musi lecieć. Że zaraz Hanna…
Z przyjemnością, powiedział.
***
Pili herbatę w kuchni, malutkiej, z oknem na podwórko, parapet pełen ziół. Paszteciki bez serwetek, trochę zeschnięte, ale w smaku rewelacja. Kapusta z jajkiem i cebulą jak robiła jego mama.
Pyszne powiedział.
Serio? W życiu nie umiałam piec, dopiero córka mnie nauczyła przed wyjazdem. Studiuje w Krakowie historię sztuki. Dwadzieścia dwa lata, dorosła, poważna, nie to co ja.
Dawno tu mieszkasz?
Z dwadzieścia pięć lat. Z mężem dawniej, ale rok temu się rozstaliśmy. Został tylko kot, Rysiek.
Rysiek, na dźwięk imienia, uniósł leniwie głowę, spojrzał i znowu się położył.
Przeżywałaś?
Jeszcze jak! Najpierw bolało, ale wiesz jak to jest, gdy zdejmujesz w końcu niewygodne buty. Masz stopy w bąblach, ale dopiero wtedy orientujesz się, jak bardzo bolało.
Andrzej patrzył przez okno na wielki klon, już prawie goły, tylko kilka żółtych liści się trzymało.
Jesteś inżynierem? spytała Malwina.
Na Eltronie, od lat.
Lubiłeś tę pracę?
Ot, praca jak praca. Ale zawsze fascynowała mnie mechanika. Nie w robocie, tak dla siebie. Kiedyś ciągle naprawiałem albo majstrowałem coś w garażu. I na ryby jeździłem.
Na ryby? Opowiedz!
Trochę się zdziwił, bo Hanna zawsze lekceważyła ten temat: „No i co, siedzisz, patrzysz i czekasz.” Malwina patrzyła jednak z zaciekawieniem.
Jeździłem co lato. Tata zabierał na wschód od Warszawy, nad Liwiec. Wyjazd przed świtem, nagle woda jak lustro, cisza taka, że słychać żabę w trzcinach.
Malwina podparła głowę dłonią i słuchała.
Potem jeździłem z Mietkiem z pracy. Złapaliśmy kiedyś lina, największego w życiu, myśleliśmy, że złapaliśmy pień drzewa!
Opowiadał coraz swobodniej, aż zorientował się, że siedzi tam już ponad dwie godziny.
Rany, muszę lecieć!
Jasne. Dziękuję za sztalugę. I za opowieść o rybach.
Opowieść?
Tak. Widziałam ją oczami wyobraźni.
Poszedł na metro i pomyślał: Kiedy ostatnio ktoś mnie tak po prostu słuchał?.
***
Hanna siedziała w kuchni, kiedy wrócił. Na stole czekała zimna kolacja, przykryta talerzem.
Gdzie byłeś?
Jechałem obejrzeć gramofon. Tam kobieta, artystka, poprosiła, żebym naprawił jej sztalugę. Zostałem dłużej.
Nie uprzedziłeś.
Haniu, nie sądziłem, że to tyle potrwa.
Czekałam na ciebie o siódmej. Zrobiłam kotlety, podgrzewałam dwa razy, teraz już twarde.
Andrzej spojrzał na kotlety.
Przepraszam za kotlety.
Nie chodzi o kotlety! Chodzi o to, że powinniśmy się szanować. Jeśli wychodzisz, uprzedzasz. To podstawa.
Rozumiem. Nie pomyślałem.
Ty nigdy nie myślisz. We wtorek kupiłeś twaróg tłusty, a prosiłam o półtłusty. Musiałam wyrzucić.
Zdjął kurtkę. Ręce spokojne, ale w środku coś się ściskało jak sprężyna.
Zjadłem tam. Były paszteciki.
Paszteciki.
Tak.
Jedziesz po gramofon i wracasz po dziewiątej, najedzony cudzymi pasztecikami. Wiesz jak to brzmi?
Pomogłem naprawić i wypiłem herbatę. Ta pani jest sama. Poprosiła o pomoc.
Jaka pani?
Malwina, 54 lata, nauczycielka w Domu Kultury, po rozwodzie.
Poznałeś jej życiorys.
Rozmawialiśmy przy herbacie, Haniu. Tylko rozmawialiśmy.
Hanna wstała, schowała kotlety do lodówki. Wszystko precyzyjne, bez zbędnych ruchów.
Odgrzejesz sobie, jak zgłodniejesz. Idę spać.
Wyszła z kuchni. Andrzej został sam z szumem deszczu za oknem. Pomyślał, że ten deszcz też spada bez planu.
***
Były kolejne spotkania. Przywiózł gramofon. Malwina dała do naprawy na dwa dni, odebrał już sprawny silnik wymieniony przez jej kolegę. Tym razem to on przyniósł placek z wiśniami z cukierni.
Potem przyjechał po prostu tak”. Chciał spytać, czy kupiła M6. Kupiła, ale nie ten wzięła M4, pomyliła. On miał ze sobą oba, przeczuwając, że może się przydać.
Hannie mówił, że jest w warsztacie, nie wdając się w szczegóły. Może nie chciała wiedzieć. Może wolała, by wracał na kolację.
Raz wrócił znowu dużo za późno. Razem z Malwiną przeglądali album z reprodukcjami Chełmońskiego, tłumaczyła mu, jak gra światłem. Słuchał i miał wrażenie, że cały wieczór minął w sekundę.
Hanna czekała.
Kotlety
Haniu, posłuchaj.
Spojrzała na niego. W jej oczach pojawiło się nowe nie złość, a niepokój. Taki szczery, dojmujący.
Andrzej, co się dzieje?
Nic. Jadę do znajomej, rozmawiamy, czasem jej coś naprawię. Jest ciekawa.
Wiesz, co mówisz?
Wiem. Nic się tam… urwał. Tam po prostu rozmawiamy.
Tylko rozmawiacie.
Tak.
Andrzej, trzydzieści lat razem. Trzymam ten dom, gotuję, martwię się o ciebie, prowadzę nasz budżet. Pracuję w Biurze Projektów jako główna księgowa. Wszystko robię dla nas.
Wiem, Haniu.
Więc dlaczego jeździsz do jakiejś artystki zamiast być w domu?
Nie miał odpowiedzi. Albo raczej miał, tylko nie umiał go powiedzieć nie raniąc.
***
W piątek po prostu zebrał się i wyszedł. Spakował ubrania, maszynkę, książkę, którą od dawna chciał przeczytać. Hanna stała w drzwiach pokoju, patrzyła jak się pakuje.
Gdzie idziesz?
Muszę być sam. Przemyśleć.
To głupie.
Może tak. Ale idę.
Do niej.
Przemyśleć.
Andrzej!
Zapiął walizkę, spojrzał na nią. Stała z rękoma na piersi, zawsze nienagannie, w szlafroku z paskiem. Twarz rozbita, zdezorientowana. Nie zła, bezradna.
Zadzwonię rzucił.
I wyszedł.
***
Malwina nie zadawała pytań. Kiedy zadzwonił, czy może przenocować, odpowiedziała: Wskakuj, sofa wolna.
Spał na kanapie wśród płócien. Rysiek właził nocą pod nogi. Malwina rano parzyła kawę w małej kawiarce, z kardamonem, i rozmawiali o pogodzie, o kawie, o kocie, który znów przegryzł kwiatek z parapetu.
Hanna dzwoniła. Najpierw częściej, potem coraz rzadziej. Andrzej raz odbierał, raz nie.
Wziąłeś tabletki na ciśnienie? Możesz zapomnieć!
Tak, Haniu.
Kurtka ciepła jest? W nocy będzie mróz.
Jest.
Masz wizytę u lekarza za dwa dni o czwartej. Zapisałam cię w styczniu.
Dobrze.
Naprawdę nie możesz wrócić? Czego ci tam brakuje?
Zawieszał się na chwilę.
Zadzwonię, Haniu.
Później dostał sms od jej przyjaciółki: Andrzeju, co ty wyprawiasz? Hanna załamana!. Potem dzwonił szef z Eltronu: Andrzej, co się stało? Hanna dzwoniła, mówi, że zniknąłeś”. Nagle sms od kuzyna Tadka.
Myślał sobie: Hanna zawsze potrafiła zebrać sztab ludzi, kiedy traciła kontrolę.
Jak się trzymasz? spytała Malwina kiedyś wieczorem.
Dziwnie. Trochę strach. Tak obco.
To normalne.
Wiesz, dziś rano nie wiedziałem, co założyć. Po prostu wybrałem koszulę, tę ciemnoniebieską, nie białą. Chyba od dwudziestu lat sam nie wybierałem ubrania.
To ona wybierała?
Układała wieczorem. Mówiła, że sam źle dobiorę. Oswoiłem się z tym.
Malwina milczała.
Ona mnie kocha powiedział. Kocha, jak umie.
Wierzę ci.
Ale z nią… zniknąłem. Stałem się elementem jej planu dnia.
***
Hanna przyszła w niedzielę. Znalazła adres miała talent do takich rzeczy. Andrzej otworzył. Przez chwilę patrzyli po sobie.
Mogę wejść?
Odsunął się w bok.
Oglądała mieszkanie uważnie. Na ziemi Malwiny buty, jeden przekrzywiony. Na wieszaku kolorowy szal. Spod drzwi wystawało płótno.
Malwina wyszła z kuchni. Ich spojrzenia się spotkały.
Dzień dobry, odezwała się Hanna.
Dzień dobry, odpowiedziała cicho Malwina.
Hanna zwróciła się do Andrzeja:
Wszystko w porządku?
Tak.
Bierzesz tabletki?
Haniu
Po prostu pytam.
W drzwiach pojawił się Andrzej z miską ogórków pokrojonych byle jak Hanna aż wstrzymała oddech, przyzwyczajona do równych plasterków.
Haniu, nie trzeba było przychodzić.
Oddałam ci życie. Opiekowałam się tobą trzydzieści lat. Rozumiesz, że wszystko dla ciebie robiłam?
Rozumiem.
Więc dlaczego?
Malwina odezwała się cicho:
Hanno, mogę coś powiedzieć? Nie jako wróg, po prostu.
Słucham.
Opieka to dawanie komuś oddechu. A jak ktoś obok nie może oddychać, to nie jest opieka, tylko klatka. Nie dawaliście Andrzejowi powietrza.
Hanna długo milczała.
Nie zna pani naszego życia.
Nie znam.
Andrzej złapał ją za rękę, nie odsunęła.
Haniu, chcę rozwodu. To nie znaczy, że cię nie kochałem. Po prostu tak się już nie da.
Patrzyła na ich dłonie. Powoli odsunęła, sięgnęła po torebkę.
Tylko nie zapomnij o tabletkach. Są w niebieskim pudełku w prawym górnym.
Zamknęła drzwi.
***
Rozwód trwał pół roku. Ona zostało w mieszkaniu, on wynajął pokój na Powiślu, tuż obok Malwiny.
Układał swoje życie powoli, jakby remontował kamienicę cegiełka po cegle.
Pierwsze tygodnie robił dziwne rzeczy kupował w sklepie co chciał, jadał stojąc przy lodówce, szedł spać nie o 22, ale kiedy chciał. Oglądał wieczorem Ziemię obiecaną do pierwszej, po prostu dlatego, że miał ochotę.
Z Malwiną nie spieszyli się, oboje mieli świadomość, że bycie razem teraz jest ważne więc zostawiali czas.
Wiosną pojechali na ryby.
Wypożyczyli wędki, pojechali jej czerwoną wysłużoną skodą nad małe jezioro pod Brokiem. Malwina pierwszy raz w życiu łowiła ryby.
Siedzieli na brzegu. Poranek był mokry i chłodny. Andrzej zapomniał termosu zorientował się, gdy szukał kawy w plecaku.
Termos został w domu. Oj
E tam. Spójrz na ten mgłę, to lepsze niż kawa.
Spojrzał. Mgła biała, lekka, leżała na wodzie jak oddech. Słońce różowe, niskie.
Piękne, prawda?
Bardzo.
Udało mu się złowić okonia, małego, żywego. Malwina aż zapiszczała, śmiejąc się.
Wypuść, przecież maluch!
Wypuścił.
Wrócili bez ryb, ubłoceni, bo Andrzej się przewrócił nad wodą, wciągnął Malwinę i razem się wyśmiali do łez.
Kurtka była nie do odratowania.
Trudno, rzuciła, ale za to jakie poranki mamy.
Spojrzał na nią. Uśmiechnięta, włosy w kołtunie spod czapki, lekko zielony rękaw od glinek. Pomyślał: to jest właśnie życie, nie skreślone w notesie. Brudna kurtka i różowa mgła.
***
Pobrali się jesienią, półtora roku po jego przeprowadzce. Skromnie kilku przyjaciół, Mietek z Eltronu, przyjaciółka Malwiny Irena, która udawała fotografa, i Rysiek, udający, że go to nie obchodzi.
Z Malwiną życie było inne żywsze, trochę roztrzepane. Potrafiła wydać połowę wypłaty na nowe farby, zapomnieć o chlebie. On mógł rozebrać stary radioodbiornik na części i blokować kuchnię na trzy godziny. Gubiła klucze, zostawiała wszędzie pędzle, które potem zasychały. On na chwilę” wrzucał śrubokręty w najbardziej zaskakujące miejsca raz Malwina znalazła jeden w lodówce. Nie pamiętał, jak się tam znalazł.
Kłócili się też o pieniądze, o jej pędzle i jego części. Ale nikt nie zapisywał punktów, listy błędów czy win. Po kłótni zawsze ktoś stawiał czajnik na herbatę i to znaczyło: przestańmy. Drugi przychodził. Pili kawę. Od nowa.
***
Hanna dowiedziała się o ślubie przez przyjaciółkę. Najpierw po rozwodzie funkcjonowała z rozpędu. Mieszkanie sterylne, kolacja na czas, praca w Biurze Projektów, kwartalne rozliczenia. Ale wieczorami mieszkanie było za ciche. Za duże. Siedziała z herbatą i łapała się na tym, że znowu postawiła dwa kubki. Chowała jeden. Było zaskakująco przykro.
W pracy szefowa pani Helena, około pięćdziesiątki, bezpośrednia i mądra kiedyś zostawiła ją po zebraniu.
Haniu, coś się dzieje?
Wszystko dobrze.
Od dwóch miesięcy nie jest dobrze. Widzę.
Rodzinne sprawy.
Mąż odszedł?
Hanna spojrzała na nią.
Skąd pani wie?
Domyślam się. Przeszłam przez to dziesięć lat temu. Powiem tak: nie zaczynaj od sprzątania mieszkania, zacznij od uczuć. Może specjalista?
Hanna miała rzucić: Nie potrzebuję. Ale nie rzuciła.
***
Psychologa znalazła przez internet. Kobieta, może czterdzieści pięć lat, taki gabinet na Pradze. Przez trzy spotkania Hanna prawie milczała, czuła się jak na badaniu publicznym.
Na czwartym spotkaniu padło pytanie:
Hanno, kiedy czuła się pani naprawdę przestraszona? O siebie, nie o męża.
Myślała długo.
Kiedy pakował walizkę. Gdy zobaczyłam, że naprawdę idzie i nie mogę go zatrzymać. Że nie kontroluję tego.
Czemu kontrola była taka ważna?
Myślała. Za oknem śnieg, drobniutki miejski śnieg.
Bo jak nie trzymałam wszystkiego pod kontrolą, wszystko się sypało. Mama zawsze mówiła: Haniu, pilnuj wszystkiego, bo mężczyźni i tak uciekną. Tak żyła. A jej mąż i tak odszedł. Ale ona nie przestała wszystkiego pilnować.
W gabinecie była miękka cisza, nie taka jak w domu.
Czyli całe życie bała się pani stracić?
Tak.
I co się okazało?
Że jak się ściska za mocno, też można stracić.
Poczuła ulgę, mówiąc to głośno.
***
Do Domu Kultury poszła za namową Tamary Haniu, idź na wystawę akwarelistów, miło i nawet pogadasz z kimś. Poszła, bo było niedzielne popołudnie, a mieszkanie przygniatało.
Wystawa faktycznie świetna. Hanna nigdy nie miała ręki do malarstwa, ale akwarele spodobały jej się za przezroczystość, za światło.
Stała nad jedną pracą pejzaż z rzeką kiedy obok pojawił się mężczyzna, starszy od niej. Z serdecznym, odsuniętym trochę wzrokiem.
Tu autor celowo zostawił niedomalowany róg. Widzi pani? Ta biel robi całość.
Popatrzyła na róg.
Nie zauważyłam.
Mało kto widzi od razu. Jestem Marek.
Hanna.
Był trochę niezdarny. Wychodząc, zahaczył kurtką o klamkę, zamek się zaciął i chwilę walczył z suwadłem. Pomogła mu.
Proszę dać.
Wyprostowała zęby suwaka, poprawiła i zamek wszedł.
Dziękuję, jakby pani naprawiła świat. Z tą kurtką już walczyłem od tygodnia.
Czas na nową.
Może. Nie lubię zakupów.
Jeszcze chwilę stali przed wejściem. Marek uczył gry na gitarze w tym Domu Kultury, chodził na wystawy co niedzielę.
Mam nadzieję, że pani zajrzy znów uśmiechnął się. Będę.
Nic nie obiecywała, ale za tydzień wróciła.
***
Z Markiem było inaczej. Był wdowcem, żona zmarła trzy lata temu. Sam, dużo herbaty, gitara, i potrafił poświęcić godzinę na rozmowy o drobiazgach np. o tym, czemu w starej kamienicy drzewa tak, a nie inaczej.
Hanna najpierw próbowała go organizować. Namawiała na kalendarz, narzekała, że w lodówce bałagan, raz zaczęła porządkować półki.
Delikatnie wziął ją za rękę.
Haniu, tak lubię. Naprawdę.
Spojrzała na szafkę, na jego dłoń. Nie było złości, tylko spokój.
Przepraszam. Głupia przyzwyczajenie.
Nie głupia. Ale to moja kuchnia.
Zgodziła się. Nie tknęła już słoików.
Ten epizod zapamiętała. Jeszcze kilka razy łapała się na tym, że ręce ją swędzą, by przeorganizować świat. Ale powoli przestawała.
Psycholożka powiedziała kiedyś:
Nie może pani kontrolować innych, tylko siebie. To jest dopiero sztuka.
Myślała o tym długo.
Zaczęła piec. Tamara dała jej przepis na szarlotkę i mówi: „Korzę możesz dodać po swojemu”. Hanna stała nad ciastem i zastanawiała się, ile po swojemu to poprawna ilość. Wsypała, za dużo. Szarlotka wyszła gorzka, ale dom pachniał cynamonem i zjadła połowę, na gorąco, stojąc przy piecu.
Uczysz się piec? dziwiła się Tamara.
Uczę się. Nie zawsze wychodzi. Ale jest zabawnie.
Tamara spojrzała uważnie:
Haniu, zmieniłaś się.
Może.
Na dobre.
Nie odpowiedziała. Ale wychodząc od Tamary złapała się, że idzie ulicą i po prostu się uśmiecha. Bez powodu, do jesiennego Krakowa.
***
Spotkali się dwa lata później przypadkiem w Łazienkach. Andrzej z Malwiną szli w stronę stawów, Hanna siedziała na ławce z książką, czekała na Marka, który poszedł po kawę.
Zauważyła Andrzeja. Szło mu się lekko, w tej ciemnoniebieskiej koszuli. Obok Malwina w płaszczu, coś do niego mówiła, oboje śmiali się.
Zamknęła książkę.
Andrzej ją zobaczył, zatrzymał się. Spojrzeli na siebie chwilę. W końcu on podszedł.
Haniu. Cześć.
Cześć, Andrzej.
Malwina cofnęła się dyskretnie. Hanna dostrzegła to z wdzięcznością.
Dobrze wyglądasz, powiedział. I to było prawdziwe.
Ty też.
Chwila ciszy. Delikatny, październikowy dzień, żółte liście pod butami.
Jak tam?
Dobrze. Z Malwiną w przyszłym miesiącu chcemy pojechać autem na południe bez planu. Zobaczyć, co się trafi.
Dokąd konkretnie?
Nie wiemy dokładnie. O to chodzi uśmiechnął się.
Kiwnęła głową. Spojrzała na Malwinę, która oglądała korę drzewa.
A u ciebie?
Też dobrze. Uczę się piec ciasta. Śmiesznie, co?
Wcale nie.
Nie wychodzą idealnie. Ostatnio z sodą przesadziłam, popękał i wyglądał strasznie, ale zjedliśmy.
I dobrze.
Jestem z Markiem, to… mój znajomy. Uczy gry na gitarze. Trochę roztrzepany. Zawahała się. Staram się nie wszystko naprawiać wokół siebie.
Spojrzał na nią.
To trudne dla ciebie.
Trudne. Ale… zawahała się ale ciekawe.
Od strony kawiarni wracał Marek z dwoma kawami i jeszcze ciepłym rogalikiem, wystającym z torebki.
Haniu! machnął do niej. Był wybór z makiem, z cynamonem, wziąłem oba!
Uśmiechnęła się, lekko, jakby nigdy nie śmiała się więcej.
Andrzej spojrzał.
Uśmiechasz się.
Uśmiecham zdziwiła się sama.
Podeszła Malwina.
To my już pójdziemy rzuciła cicho nie chcę przeszkadzać.
Wszystko dobrze odpowiedziała Hanna. I to była prawda.
Pożegnali się bez pretensji, bez słów co by było, gdyby. On kiwnął lekko głową, ona lekko się uśmiechnęła. Malwina pomachała, a w tym geście było ciepło.
Hanna patrzyła za nimi; on coś powiedział do Malwiny, ona wybuchnęła śmiechem i złapała go za ramię.
Marek podał jej oba rogaliki:
Proszę, wybierz sama.
Wybrała z cynamonem. Był ciepły i delikatnie się rozsypywał.
Jesienny park szumiał liśćmi, gdzieś krzyczały dzieci. Po niebie przesuwały się powoli chmury.
Hanna siedziała na ławce, jadła ciepłego rogalika i myślała: mogłam nigdy się nie dowiedzieć, jak to jest kochać, a nie rządzić. I bym się nie dowiedziała, gdyby wtedy nie odszedł.
Marek usiadł, grzebał w torbie i odkrył, że dla siebie wziął z makiem którego nie znosi.
Chcesz? spytał.
Wzięła.
Oczywiście.




