Nie ma radości bez walki
Jak mogłaś się w coś takiego wplątać, głupia dziewczyno? Kto cię teraz zechce, z dzieckiem pod sercem? Jak ty zamierzasz wychować to dziecko? Ale na moją pomoc nie licz! Wychowałam cię, a teraz jeszcze twoje dziecko mam brać na głowę? Nie jesteś mi tu potrzebna. Pakuj się i wynoś się z mojego domu!
Joanna patrzyła w ziemię, słuchając w milczeniu tych słów. Ostatnia nadzieja, że ciotka Halina pozwoli jej zostać, choćby na chwilę, do czasu aż znajdzie pracę, rozmyła się nagle i boleśnie.
Gdyby tylko mama żyła…
Ojca Joanna nie znała wcale, a matkę straciła piętnaście lat temu została potrącona na przejściu przez pijanego kierowcę. Dziewczynka niemal trafiła wtedy do domu dziecka, ale niespodziewanie odnalazła się daleka krewna siostra cioteczna mamy. Ciotka Halina miała pewną pracę w urzędzie i własny dom na obrzeżach Przemyśla, więc uzyskanie opieki nad Joanną nie było szczególnie trudne.
Dni upływały na pracy dom, niewielkie gospodarstwo, ogród, kury, króliki. Joanna nigdy nie głodowała, zawsze była czysta i miała obowiązki. Może brakowało jej matczynej czułości, ale kto w takim miejscu by się tym przejmował?
Dobrze się uczyła, więc po szkole dostała się do nauczycielskiego kolegium w Rzeszowie. Lata beztroskiego studiowania minęły błyskawicznie i oto wróciła do rodzinnego miasta już dorosła. Ale powrót okazał się bólem.
Koniec tego dobrego. Wynoś się z oczu. Nie chcę cię tu widzieć powiedziała ciotka, już spokojniej.
Ciociu Halino, może chociaż…
Nie! Wszystko powiedziałam!
Joanna, milcząc, chwyciła walizkę i wyszła przed dom. Wyobrażała sobie ten powrót zupełnie inaczej. Upokorzona, wyklęta, do tego z dzieckiem pod sercem już nie zamierzała ukrywać ciąży, choć długo próbowała.
Trzeba było znaleźć schronienie. Szła, zamyślona, nie zwracając uwagi na otoczenie.
Było polskie lato. W sadach dojrzewały jabłka i gruszki, na śliwach fioletowiał owoc, złociły się morele. Z winnic i ogrodów roznosiły się zapachy powideł, pieczonego chleba, smażonego schabu. Słońce prażyło bez litości, Joanna czuła pragnienie. Zbliżyła się do niewielkiej furtki i zatrzymała przy domku.
Można napić się wody? spytała kobietę, która coś warzyła przy letniej kuchni.
Kobieta w średnim wieku odwróciła się i powiedziała krótko:
Wejdź, dziecko, jeśli w dobrej wierze jesteś.
Nabierała wodę do emaliowego kubka, podała Joannie. Ta, usiadłszy na ławce pod jabłonią, piła długo, powoli.
Może posiedzieć tu chwilę? Mam dość upału…
No jasne, usiądź, odpocznij. A skąd idziesz, z tą walizką?
Skończyłam właśnie kolegium, chciałam zatrudnić się jako nauczycielka. Nie mam gdzie mieszkać. Może słyszała pani o kimś, kto wynajmuje pokój?
Gospodyni pani Zofia przyglądała się Joannie z uwagą. Ubrana schludnie, ale miała w oczach zmęczenie, jakby życie nie szczędziło jej smutków.
Mam wolny pokój, dom jest pusty. Syn wyjechał do Wrocławia, rzadko zagląda… Mógłbyś zamieszkać u mnie. Zapłaty nie dużo, ale chciałabym, żebyś mi pomogła w domu, jak trzeba.
Perspektywa stałego dochodu cieszyła Zofię w takich miasteczkach drobna suma zawsze się przyda, a towarzystwo zimową porą jest warte więcej niż pieniądze.
Joanna nie dowierzała w swoje szczęście. Poszła za Zofią do środka. Pokój maleńki, przytulny, z oknem na sad, łóżkiem i dwoma krzesłami, drewnianą szafą. Idealny, pomyślała Joanna. Szybko dogadały się co do ceny i jeszcze tego samego dnia Joanna, zmieniwszy ubranie, pobiegła do urzędu oświaty.
Tak mijały dni. Praca, dom, praca, dom, jak zatrzaśnięta klatka. Joanna zaprzyjaźniła się z gospodynią Zofia, choć surowa z pozoru, miała dobre serce; pokochała dziewczynę jak własną córkę. Joanna pomagała w ogródku i w domu. Wieczorami siadały razem pod altaną, piły herbatę z konfiturą, rozmawiały o życiu.
Ciąża przebiegała łagodnie. Joanna wyglądała świeżo, brzuch rósł, lecz znak wstydu zniknął nie wstydziła się już swojego dziecka. Opowiedziała Zofii swoją historię.
Była na drugim roku, kiedy zakochała się w Bartoszu synu profesorów, kawalerze z dobrego domu, pięknym i wygadanym liderze grupy. Wszystkie dziewczyny do niego wzdychały, wybrał jednak Joannę. Może dlatego, że była cicha, nieśmiała, a w oczach miała wytrwałość ludzi, którzy znają ciężar wczesnej straty?
Rok za rokiem byli niemal nierozłączni. Joanna widziała całe życie tylko z nim.
Tamten dzień zapamięta na zawsze. Mdłości, brak apetytu, opóźnienie. Test, oddech wstrzymany, dwie kreski. Dwie. A przecież dopiero egzaminy! Co na to Bartosz?
W sercu poczuła czułość do maleńkiej istoty.
Dziecino… szepnęła, delikatnie głaszcząc brzuch.
Gdy Bartosz dowiedział się wieczorem o ciąży, zabrał Joannę do swoich rodziców. Tamte rozmowy będą do końca bolały. Kazali jej przerwać ciążę i wyjechać, bo Bartosz musi zadbać o swoją przyszłość i karierę, nie popełniać błędów młodości.
Co Bartosz usłyszał od ojca, Joanna mogła się domyślać. Następnego dnia wszedł do jej pokoju, położył na stole kopertę z pieniędzmi i wyszedł, nie powiedziawszy słowa.
O aborcji Joanna nawet nie myślała. Już kochała swoje dziecko. Ale pieniądze wzięła wiedziała, że będą potrzebne.
Zofia, wysłuchawszy tej opowieści tylko westchnęła:
Najważniejsze, że nie pozbyłaś się dziecka… Dziecko to błogosławieństwo, nawet jeśli przyszłość niepewna. Wszystko się w życiu układa.
Wspomnienie Bartosza i propozycji jego rodziców budziło w Joannie tylko gorycz. Z czasem go znienawidziła.
Mijały tygodnie. Joannie coraz trudniej było pracować, brzuch rósł, dziecko dawało znać o sobie kopniakami. Płeć nie była pewna na USG nie udało się zobaczyć. Oby tylko było zdrowe.
Pod koniec lutego, w sobotę, zaczęły się bóle. Zofia zabrała Joannę do szpitala. Poród nie był łatwy, ale po kilku godzinach narodził się zdrowy chłopiec.
Jasiu… szeptała Joanna, głaszcząc jego okrągłe policzki.
W sali poznała inne matki, które opowiedziały jej o tym, jak przedwczoraj żona strażnika granicznego urodziła tutaj dziewczynkę. Para nie była nawet po ślubie, mieszkali razem. Podobno zawiózł jej całe naręcza róż, czekoladki, zostawiał koniaki pielęgniarkom, codziennie przyjeżdżał drogim autem. A ona wciąż powtarzała, że nie jest gotowa na dziecko w końcu zostawiła list i uciekła.
A co z dzieckiem?
Karmią ją mlekiem z butli, ale pielęgniarka mówi, że dobrze byłoby, żeby jakaś mama podzieliła się swoim. Ale wszystkim ledwo wystarcza dla własnych dzieci.
Gdy pielęgniarka przyniosła malutką dziewczynkę i zapytała, czy ktoś może nakarmić,
Ja, mogę powiedziała cichym głosem Joanna i wzięła dziewczynkę na ręce, odkładając śpiącego Jasia.
Jaka ty maleńka, taka delikatna… Nazwę cię Marysią szepnęła.
Dziewczynka wyglądała na jeszcze drobniejszą w porównaniu z Jasiem. Joanna podała jej pierś, a ona piła łapczywie, po chwili zasypiając.
I tak Joanna zaczęła karmić dwoje dzieci.
Po dwóch dniach pielęgniarka oświadczyła, że przyjechał ojciec dziewczynki i pragnie podziękować kobiecie, która karmi jego córkę. Tak Joanna poznała porucznika Straży Granicznej, kapitana Piotra Mazura niedużego, o mocnym spojrzeniu niebieskich oczu.
Potem wszystko potoczyło się jak w filmie, cała porodówka, a potem niemal cały Przemyśl żył tą historią.
W dniu wypisu pod szpitalem zebrał się tłum personelu, lekarze, położne, kucharki. Podjechał błyszczący czarny opel, przyozdobiony niebieskimi i różowymi balonami. Młody oficer w mundurze otworzył Joannie drzwi, pomógł jej usiąść na tylnej kanapie, gdzie już czekała Zofia, podał jej najpierw niebieską, potem różową paczuszkę Jasia i Marysię.
Samochód ruszył przy wtórze klaksonów i wiwatów.
Nie wiadomo nigdy, czym może się zakończyć jakakolwiek decyzja. Joanna patrzyła przez okno, tuliła dzieci własnego synka i porzuconą Marysię, a Zofia przez łzy się uśmiechała. W aucie pachniało świeżymi kwiatami i dziecięcym mydełkiem. Kapitan Piotr, który przed wypisem uklęknął przy łóżku Joanny i prosił o jej rękę, prowadził auto w milczeniu, nie odrywając wzroku od drogi, jednocześnie spoglądając na śpiącą Marysię, która zaciskała swoim paluszkiem mały palec Joanny.
W domu czekał na nich nie tylko dach i ciepło, ale miłość, herbata z domową konfiturą, stara szafa, do której wreszcie można było schować zabawki, i życie, które choć pełne obaw nabierało sensu.



