Anioł z wagą stu kilogramów i zapachem taniej kawy z baru mlecznego

Anioł, który pachniał kawą z Orlenu i nosił fartuch w stokrotki

W pokoju zabaw na oddziale onkologii dziecięcej w Warszawie panowała cicha, lepka cisza przypominająca mgłę nad Wisłą o świcie. Słychać było tylko szeleszczenie papieru i ciche poskrzypywanie pisaków. Były tu dzieci, które jeszcze nie nauczyły się dobrze tabliczki mnożenia, a już umiały rozpoznawać dźwięk rozklekotanego wózka pielęgniarki. Miały narysować swojego Anioła Stróża. Wszystkie starały się jak mogły.

Irena, młoda wolontariuszka z Pragi, była tego dnia drażliwa, spięta tą ciszą i odpowiedzialnością. Anioły w jej głowie zawsze wyglądały jak te z polichromii w bazylice na Skałce alabastrowi, delikatni chłopcy z twarzami jak z reklamy Wedla. Miały kręcone, złote włosy i błękitne oczy, w których odbijały się dzwony mariackie. Irena przyglądała się rysunkom u Jaśka anioł miał szablę jak husarz, u Zosi skrzydła białe i puszyste jak puchowa pierzyna babci. Wszystkie anioły były miłe, poprawne, odrobinę przeraźliwie podobne.

Dopiero przy stoliku Marysi Irenę uderzyło coś dziwnego. Marysia była drobna i poważna, chudziutka jak polski ogórek na początku wakacji, z głową gładką po chemii. Wystawiała język, rysując coś z zapamiętaniem. Irena spojrzała ponad jej ramieniem i zamarła.

Na papierze nie było eterycznego posłańca, lecz duży, okrągły pan. Jego brzuch zajmował pół kartki i rozlewał się poza linię. Zamiast skrzydeł miał fartuch w stokrotki, łysą głowę przypominającą obraną cebulę i okulary jak denka od słoików, krzywo siedzące na nosie. Kolorowała mu brzuch białą kredką.

Marysiu zapytała łagodnie Irena, przykucając. Kogo rysujesz? Przecież miały być anioły, pamiętasz?

To jest anioł odpowiedziała Marysia. Ten mój własny. Skrzydła trzyma pod fartuchem, bo tu wszędzie plamy po barszczu.

Irena uśmiechnęła się, wzruszona i trochę rozbawiona dziecięcą logiką. W tej właśnie chwili dało się posłyszeć głęboki, sapliwy oddech na korytarzu, coś jak zbliżający się tramwaj na Placu Bankowym. Szur, szur, ciężkie buciska przesuwały się po podłodze.

Drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem i wszedł pan doktor Paweł Jakubowski, ordynator reanimacji. Wielki, ogromny mężczyzna, o potrójnym podbródku, z fartuchowym wzorem w wyblakłe stokrotki, do połowy rozpiętym na brzuchu. Twarz miał ziemistą, okulary wielkie i przekrzywione, pachniał papierosami i kawą z Orlenu, tą najtańszą, zalewaną w plastikowym kubku. To była już trzecia noc, gdy drzemał w schowku na miotły, na starej wersalce.

Irena przez cały czas widziała w nim tylko zmęczonego, nieco obojętnego faceta, który na pewno zapomniał o sobie i o emeryturze już dawno.

To jak tam, małe artysty? zawołał głosem jak basowy dzwon z Wawelu, podnosząc brwi. Żyjemy jeszcze?

Żyjemy, panie doktorze! odkrzyknął chór dziecięcych głosików.

Przechodził między stolikami, podpierając się ręką o oparcia krzesełek. Zatrzymał się przy Bartoszu, bladziutkim chłopcu z kroplówką, położył swoją olbrzymią dłoń na jego głowie.

Dasz radę, przyjacielu mruknął. Wyniki przyszły, jeszcze trochę i wrócisz do domu na domowe pierogi.

Potem podszedł do Marysi. Irena widziała nagle, jak oczy dziewczynki rozświetliły się, jakby ktoś rozkręcił żarówkę. Marysia wystawiła ręce w jego stronę.

Co rysujesz? zapytał. I wtedy za szkłami zobaczyła coś znacznie większego niż zmęczenie, coś jasnego i głębokiego.

Pana szepnęła.

Parsknął śmiechem, poprawiając okulary.

Mnie narysować? Kartki by nie starczyło.

W tej chwili na korytarzu rozległ się metaliczny, przeszywający sygnał aparatury. Dźwięk, od którego nawet zimą przechodziły ciarki.

Oblicze Pawła zmieniło się natychmiast. Zniknęło szuranie, ociężałość, stał się szybki i skupiony jak chirurg w Ujazdowskim.

Siedzieć! ryknął z progu. Kasia! Defibrylator, natychmiast!

Irena została, tuląc ramiona do piersi. Przez ścianę dało się słyszeć huk, komendy i brzęk sprzętu. Głos ordynatora był teraz ostry jak scyzoryk.

Oddychaj! No chodź, Maluszku! Jeszcze trochę! Oddychaj!

Ten krzyk miał w sobie coś ze Starego Testamentu, był rozkazem i modlitwą naraz.

Czas przeciągał się w bezkresie, czwarta strona zegara. Dzieci nie rysowały, nie poruszały się, czekały.

Drzwi otworzyły się z jękiem. Paweł Jakubowski wrócił, oparty o framugę. Fartuch miał poplamiony, rękaw z małą czerwoną łatką, okulary zdejmował, przecierał oczy, zostawiając na skroniach ślady. Usiadł ciężko na dziecięcym krzesełku, które protestowało cichym piskiem.

Uratowany wydyszał. Teraz śpi.

Irena patrzyła na niego i poczuła, jak spada jej z oczu gruba zasłona. Spojrzała na obrazek Marysi na grubego, nieporadnego anioła i na pana doktora z naprzeciwka.

Wyraźnie zobaczyła, że nie o tuszę tutaj chodzi, ani nie o pot. To była siła. Ogromna masa miłości, jak nieruchoma kotwica na dnie Wisły, która trzyma wszystkie dzieci na tym świecie, kiedy prawie już odpływają. Złotymi, lekkimi skrzydłami nie byłby w stanie utrzymać nikogo tylko taki, ciężki i twardy, co się wgryza w rzeczywistość jak cebula pod nożem.

To był właśnie on: ordynator, anioł ze stadionowych rozmiarów brzuchem i zapachem kawy po nocnej zmianie w Orlenie, człowiek, który łapie życie wielkimi dłońmi i cicho warczy: Zostaniesz. Nie puszczę.

Jego łysa głowa świeciła teraz pod lampą jak aureola robotnicza, zwyczajna, mokra od wysiłku.

Marysia zeszła z krzesła. Podeszła, objęła grubą nogę doktora najwyżej, jak zdołała.

Mówiłam powiedziała prawie szeptem do Ireny, patrząc jej prosto w oczy dużo poważniej, niż pozwalał na to jej wiek. Skrzydła chowa. Żeby nam nie wiało.

Paweł pogładził ją drżącą dłonią po głowie.

Wytrzymajcie, wytrzymajcie moje kochane skarby mruknął jeszcze trochę.

Irena odwróciła się do okna, bo już dłużej nie dała rady patrzeć.

Łzy, których się tak bała, popłynęły w końcu łzy z żalu i wstydu, że szukała piękna tam, gdzie go nigdy nie było. Piękno siedziało przed nią na zgrzytliwym krześle, w fartuchu w stokrotki, ocierając pot rękawem, ciężkie, nieładne, najświętsze w całym kraju.

Oceń artykuł
TwojaCena
Anioł z wagą stu kilogramów i zapachem taniej kawy z baru mlecznego