Już nie żona
Tadek, Tadek, mierzyłeś dziś ciśnienie? Tabletkę wziąłeś? Hania zajrzała do pokoju, wycierając ręce o fartuch.
O rany, Hania, daj mi spokój z tym ciśnieniem! mruknął, nie odrywając się od telefonu. Za godzinę mam zebranie. Gdzie jest ta niebieska koszula, ta bawełniana? Uprasowałaś?
Prasowałam ci wczoraj trzy koszule, sam mówiłeś, żeby tę dać do pralni, bo była plama
Wszystko ci się myli! Niczego ci nie można powierzyć. Dobra, daj cokolwiek. I zrób mocną herbatę, twój rumiankowy już mi bokiem wychodzi.
Hania napięła ramiona, ale nic nie powiedziała i poszła do kuchni.
Na zewnątrz był listopad, mokro, szaro. Dziewięciopiętrowiec naprzeciwko miał w większości zgaszone okna, tylko w dwóch-troch paliło się światło. Hanna Nowicka, lat pięćdziesiąt sześć, stała przy kuchence i patrzyła, jak woda zaczyna wrzeć w wysłużonym czajniku z otłuczoną emalią na dzióbku. Miała go wymienić jeszcze wiosną, ale nie było kiedy.
Sypnęła liściastej herbaty do kubka, mocnej, tak jak on lubi, ani śladu rumianku czy mięty. Wzięła talerzyk z kanapkami, które zrobiła już o szóstej rano: chleb z masłem i serem, wszystko pokrojone na cienko, skórki odkrojone, bo u niego żołądek już nie ten. Do tego kilka plasterków pomidora niby bez smaku o tej porze, ale witaminy muszą być. Ułożyła wszystko na tacy i poniosła do pokoju.
Tadeusz Nowicki, lat pięćdziesiąt osiem, siedział w fotelu, wpatrzony w telefon. Od trzech miesięcy był kierownikiem działu, wcześniej przez dwadzieścia lat zwykłym inżynierem. Gdy Staszek z biura poszedł na emeryturę, Tadek najstarszy w zespole dostał awans. Z awansem przyszła podwyżka: trzy i pół tysiąca złotych więcej miesięcznie, własny gabinet, i najwyraźniej zupełnie nowy sposób myślenia o sobie i świecie.
Połóż tutaj skinął na ławę, nie odrywając wzroku od ekranu.
Hania postawiła tacę. Chwilę stała w milczeniu.
Tadziu, naprawdę, weź tabletkę. Wczoraj mówiłeś, że boli cię głowa.
Wczoraj bolała. Dziś nie boli. Idź już, muszę zadzwonić.
Wyszła. Ustała w korytarzu przy wieszaku z jego płaszczem, swoją puchową kurtką i parasolką z wygiętą sprężynką. Stała chwilę, patrząc w pustkę. Potem wzięła szmatkę i poszła wytrzeć parapet w kuchni, bo nie wiedziała już, czym się zająć.
Tak trwało już ze trzy tygodnie odkąd Tadek wrócił z jakiegoś firmowego szkolenia w podwarszawskim ośrodku. Wrócił inny: odmieniony, ogarnięty, z nową fryzurą i miną. Ona się wtedy cieszyła, że mąż odżył. Ale potem zaczęła zauważać różne drobiazgi.
Coraz częściej komentował jedzenie. Wcześniej jadł, co dostał i tyle. Teraz zaczął narzekać: zupa za słona, kotlety za suche, a kasza gryczana z puszką gulaszu to jedzenie dla studentów, nie dla dyrektora. Spytała, czy dobrze słyszy, a on popatrzył na nią jakby powiedziała coś idiotycznego:
Hania, no ile można? Czas już gotować porządnie. Pieczoną rybę, normalne sałatki, nie twoją sałatkę jarzynową raz do roku.
Zrobiła pieczoną rybę i sałatkę. Jadł w milczeniu i myślała, że wszystko wraca do normy. Jednak już nazajutrz wrócił z pracy ponury i mówi, że u kolegi z firmy, tego z seminarium, żona nie pracuje dba o dom i wygląda jak człowiek.
Nic nie powiedziała. Chociaż mogła. O tym, że sama nie pracuje od czterech lat, odkąd zredukowali dział księgowy. Że wstaje codziennie o szóstej, zanim on się obudzi, chodzi później spać, prowadzi dom, załatwia wizyty u lekarzy, odbiera recepty, stoi w kolejce po tabletki na ciśnienie i cholesterol, pilnuje, żeby je przyjmował. Nawet zimowe opony na taksówce wozi do warsztatu, bo on nie ma czasu. Mogła mu powiedzieć. Ale nie powiedziała bo już się przyzwyczaiła.
A dwa dni temu wydarzyło się coś, po czym milczeć już się nie dało.
Wrócił do domu koło ósmej. Hania dopiero co zdjęła z kuchenki rosół z kurczaka chudy, na drugim wywarze, bo cholesterol. Gotowała ze dwie godziny. W mieszkaniu pachniało koperkiem i marchewką.
Czemu tak późno? zapytała, wychylając się z kuchni.
Zatrzymało mnie, rzucił, ściągając buty przy drzwiach i zostawiając je na środku, nie na półce.
Rosół gotowy. Siadaj do kolacji.
Wszedł do kuchni, zajrzał do garnka. Skrzywił się.
Znowu kurczak.
Tadziu, masz cholesterol lekarz mówił
Wiem, że mam. Nie jestem dzieckiem. Ale mam już dosyć szpitalnego żarcia w domu.
Nalała mu zupę, pokroiła chleb. Zjadł, wstał, talerza nawet nie przyniósł. Poszedł do pokoju. Hania umyła naczynia, starła okruszki, a potem zajrzała do pokoju z pytaniem, czy chce kompot.
Siedział w fotelu, coś przeglądał w telefonie. Mignęło coś różowego na ekranie, ale nie zobaczyła co. Telefon odwrócił.
Tadziu, kompot pijesz?
Podniósł wzrok, długo patrzył na nią, jakby coś rozważał.
Nie, powiedział. Po chwili dodał: Hania, spójrz na siebie.
Nie od razu zrozumiała.
Słucham?
No spójrz na siebie. Kiedy ostatni raz byłaś u fryzjera? Włosy ci wiszą. Szlafrok w kratkę Jak jakaś babcia ze wsi.
W kuchni kapał kran, u sąsiadów za ścianą brzęczał telewizor.
Tadeusz powiedziała cicho.
Co, Tadeusz? Mówię, jak jest. Teraz na imprezy firmowe chodzę, spotykam się z ludźmi. Żona powinna wyglądać, a ty No popatrz na siebie.
Ludzie przychodzą? powtórzyła wolno. Jak na razie, nikogo tu nie zaprosiłeś.
Bo wstyd! podniósł głos, a słowo wstyd zrobiło się ciężkie, jakby upadł kamień. U Kowalskiego żona jak modelka, zadbana kobieta, stylowa. A ty Roztyłaś się, w szlafroku chodzisz, włosy odrosty
Tadeusz. Mówiła jego imię całe, co rzadko się zdarzało. Masz prawie sześćdziesiąt lat. Ja pięćdziesiąt sześć. Nie jesteśmy młodzi.
Właśnie! Wstał z fotela, jakby to miał być jego ostateczny argument. Tym bardziej trzeba dbać o siebie! Ja zapisałem się do siłowni, chodzę. A ty cały dzień w domu siedzisz
Cały dzień w domu, powtórzyła. Głos miała dziwnie spokojny, sama się zdziwiła. Jasne, Tadek. Zrozumiałam.
Wyszła, zamknęła za sobą drzwi. Ułożyła chleb w chlebaku, zgasiła światło nad kuchenką. Robiła to powoli, automatycznie, ale w środku coś się przesunęło. Nie pękło, nie rozpadło się, tylko powolutku się przesunęło jak meble w pokoju, które przesuwa się latami, a potem nagle się zastanawiasz, czemu wcześniej tego nie zrobiłaś.
W nocy nie spała. Leżała na swoim boku i patrzyła w sufit. On już po chwili chrapał, jak zawsze. A ona słuchała jego oddechu i myślała.
Ostatnich dziesięć lat jak maszyna obsługi: wstajesz, gotujesz, sprzątasz, apteki, recepty, tabelki z lekami Enarenal na ciśnienie, Rosuwastatyna na cholesterol, od zimy jeszcze coś drogiego na stawy, prawie sto pięćdziesiąt złotych za opakowanie. Wszystko notowała w zeszycie, oglądała pudełka, by wcześniej się nie skończyło, żeby lekarz mógł przepisać, żeby nie było przerwy lekarz mówił, że to ważne.
A teraz już nie była ani zauważana, ani doceniana. Po prostu była jak kran z wodą. I dotarło do niej jedno: dość.
Nie, że się wyniesie, nie że będzie rozwód po prostu dość robić rzeczy, których nikt nie zauważa ani nie ceni. Dość bycia użyteczna jak sprzęt AGD.
Następnego ranka wstała jak zwykle o szóstej. Zrobiła sobie swoją rumiankową herbatę, której on nie znosił, siadła do stołu z telefonem. Weszła na stronę drogiego salonu fryzjerskiego, tam, gdzie strzyżenie z farbowaniem kosztuje ponad sto pięćdziesiąt złotych. Zapisała się na wizytę w środę. Potem znalazła zajęcia z nordic walkingu w parku darmowe, wtorki i czwartki rano. Zanotowała w telefonie.
Kiedy Tadek przyszedł o siódmej do kuchni, na stole stał tylko Jego ulubiony kubek. Chleb i masło były w lodówce. Sam musiał się obsłużyć.
A śniadanie? rozejrzał się.
Chleb jest, masło jest, ser w lodówce, powiedziała Hania, nie odrywając się od telefonu.
Pokręcił się, sam zrobił herbatę, pokroił chleb. Zjadł na stojąco przy lodówce i wyszedł do pracy bez słowa.
Popatrzyła za nim, jak zamyka drzwi poczuła coś w rodzaju ulgi.
W środę poszła do fryzjera. Młoda dziewczyna z wygolonym bokiem i stertą kolczyków długo oglądała jej włosy:
Dawno nie farbowane?
Z trzy lata będą, przyznała szczerze Hania. Ciągle coś ważniejszego.
Super się odrosły. Zrobimy lekkie rozjaśnienie, bez kontrastu, i poprawimy kształt.
Spędziła w salonie ponad dwie i pół godziny. Patrzyła w lustro, jak jej głowa stopniowo się odmienia, powoli stawała się znów sobą tą sobą, którą prawie zapomniała.
Zapłaciła trzysta sześćdziesiąt złotych. Po drodze kupiła w drogerii krem do twarzy, nie ten za dwanaście z apteki, ale porządny, dla dojrzałej cery, osiemdziesiąt złotych. Pomyślała, że to dużo. Potem przypomniała sobie żonę Kowalskiego i kupiła. Bo czemu nie.
Wieczorem Tadek spojrzał na jej włosy. Nic nie powiedział. I nie czekała na to.
W następnym tygodniu skończyły mu się leki na ciśnienie. Do tej pory zawsze sprawdzała, ile zostało, i trzy dni wcześniej szła po receptę. Teraz zobaczyła puste pudełko i położyła je na jego stoliku nocnym.
Przyszedł z pracy, rozebrał się, przeszedł koło tego pudełka, nawet nie spojrzał. Nie przypominała mu.
Następnego dnia sam szukał nowych leków i odkrył pustkę.
Hania! zawołał z sypialni. Skończyły się tabletki!
Wiem, odparła z kuchni.
To czemu nie kupiłaś?
Jesteś dorosły, Tadek. Sam możesz to załatwić.
Pauza. Długa cisza.
Ja mam pracę!
Ja mam swoje sprawy.
Nie precyzowała jakich faktycznie miała sprawy: dwa razy w tygodniu chodziła z kijkami do parku, tam zaprzyjaźniła się z Niną i Renią. Nina była wicedyrektorką w szkole, śmiała się tak głośno, że wróble uciekały z drzewa. Renia już na emeryturze, opiekowała się wnukami. Razem chodzili przez park, gadali, oddychali świeżym powietrzem. Przyjemność nie do przecenienia.
Tadek w końcu sam kupił leki. Wrócił z apteki z miną, jakby dokonał wyczynu. Położył pudełko na stoliku, nie powiedział nic. Ona też.
W tamtym czasie zadzwoniła do przyjaciółki z beciarskiej pracy, Stasi.
Stasia, wolna jesteś w sobotę?
A co?
Idziemy do kina, a potem na kawę?
Hania, wszystko u ciebie w porządku? zdziwiła się Stasia: do kawiarni razem nie chodziły ze cztery lata.
Lepsze niż zwykle, zaśmiała się Hania.
W sobotę spotkały się pod metrem. Stasia, zobaczywszy jej nowe włosy, aż klasnęła z zachwytu.
Haniu, co zrobiłaś! Ależ ci pasuje!
U fryzjera byłam.
W końcu! Od dawna się zastanawiałam, kiedy już
No, właśnie teraz powiedziała Hania. Weszły do kawiarni: latte i kawałek szarlotki, usiadły przy oknie, a za szybą padał pierwszy prawdziwy śnieg.
No opowiadaj, rzuciła Stasia, a Hania wylała z siebie całą ostatnią historię: awans Tadka, szkolenie, nowe maniery, narzekanie na zupy i Kowalskiego żonę, spójrz na siebie, wstyd. Mówiła spokojnie, bez łez, trochę jakby nie o sobie.
Stasia słuchała, mieszając kawę.
I co postanowiłaś?
Nic. Po prostu przestałam robić, co on bierze za pewnik. Bez złości, bez rozdzierania koszul.
Słusznie. Stasia pokiwała głową. Po co?
Właśnie, po co? Hania wzruszyła ramionami. Inaczej już nie umiem.
Stasia zjadła kawałek szarlotki.
Zauważył w ogóle?
Że nie biegam z lekami zauważył. Że przestałam codziennie prasować mu koszule też zauważył. Wczoraj sam wziął wymiętą z szafy i bez słowa wyszedł.
Awantury nie było?
Nie. On chyba nagle nie wie, co powiedzieć. Przyzwyczaił się, że na wszystko milczę. Teraz też milczę, ale inaczej.
Stasia spojrzała jej uważnie w oczy.
Haniu, a rozważałaś rozwód?
Rozważałam. Ale najpierw chcę zrozumieć, kim w ogóle jestem bez wszystkich tych obowiązków, bez jego leków, koszul, zup. Już dawno siebie nie widziałam.
Siedziały jeszcze długo, potem w śnieżycy wracały do domu. Stasia rzuciła pod metrem:
Dzwoń czasem. I w przyszłą sobotę znów idziemy!
Pewnie! zgodziła się Hania.
Wróciła do domu i pomyślała, że ostatni raz tak sobie siedziały nawet więcej niż sześć lat temu. Bo zawsze coś, zawsze Tadek i jego sprawy.
W domu on siedział przy telewizorze. W kuchni niedomyty kubek i talerz po jajecznicy, którą smażył sam. Przeszła przez kuchnię normalnie by od razu umyła, teraz zostawiła.
Gdzie byłaś? rzucił bez spojrzenia.
Spotkałam się ze Stasią.
Długo.
Tak.
Poszła do łazienki, nałożyła na twarz ten nowy krem i spojrzała w lustro. Nic strasznego tam nie było: pięćdziesiąt sześć lat, twarz dojrzała, żywe oczy, trochę zmarszczek, włosy z nowym balejażem. Jest kobietą w średnim wieku i to jest w porządku.
Grudzień przyniósł mróz. Kupiła sobie porządne, skórzane kozaki, nie te stare gumowce na trzy zimy. Wydała czterysta pięćdziesiąt złotych i nie żałowała ani chwili.
W mieszkaniu zmieniało się coś nieuchwytnego. Hania dalej gotowała, ale już nie specjalnie pod niego: normalny barszcz na boczku, ziemniaki z pieczonym kurczakiem, czasem pierogi z paczki, czemu nie? Dietetycznych kotletów już nie robiła. Jedz co jest, lekarz ci przecież wszystko mówił.
Jego koszule prała razem z wszystkimi rzeczami, nie oddzielnie i bez specjalnych programów. Dawniej specjalnie prasowała, żeby lepiej leżały. Teraz już nie.
Tadek widział zmiany i milczał. Czasem skomentował złośćliwie:
Znowu pierogi?
Tak, są pierogi, odpowiadała spokojnie.
Przestałaś w ogóle gotować?
Wczoraj była zupa, w niedzielę pieczeń.
Wychodził naburmuszony, ale nie potrafił powiedzieć, dlaczego. Nie powie przecież: Czemu już nie kręcisz się wokół mnie?
Tymczasem Hania zaczęła we wtorki i czwartki chodzić na kijki, z Niną bliżej się zaprzyjaźniła, dowiedziała o dobrym ginekologu zawsze odkładała wizytę, aż w końcu się zapisała. Zapisała się także na darmowy kurs akwareli w bibliotece. Nie dlatego, że marzyła rysować po prostu czemu nie? Dwie godziny w środę, tylko dla siebie.
W połowie grudnia Tadek zaczął zostawać po pracy. Dawniej byłaby pełna niepokoju, odgrzewałaby kolację, czekała, wypatrywała. Teraz jadła sama, kładła się, kiedy chciała. Tadek wracał o dziewiątej, dziesiątej, raz nawet po północy. Nie pytała. On nie tłumaczył.
O jego kimś domyśliła się nie od razu. Pewnego dnia poczuła od niego woń damskich perfum słodkich, ostrych, zupełnie nie jak biurowe powietrze czy zapach restauracji. Pomyślała: No i proszę.
I nie zabolało. Dziwne uczucie: oczekiwała bólu, a nie było go. Było zmęczone zaciekawienie i coś nowego: poczucie wolności od odpowiedzialności. Jeżeli odejdzie, będzie to jego wybór, nie jej klęska.
Nie powiedziała nic. Spała dobrze.
Trwało to jakieś trzy tygodnie. Chodził do pracy, wracał coraz później, załatwiać sprawy przez telefon w łazience (…no przecież, Lenka, w sobotę), ale Hania nie wnikała.
Przez te tygodnie rozważała wiele rzeczy. Przeżyła z tym człowiekiem trzydzieści dwa lata, wychowała syna Michała, który teraz mieszka z żoną i dziećmi we Wrocławiu. Kiedyś, dawno, Tadek był inny: żartowniś, z Misiem jeździł na ryby. Kiedy się to zmieniło? Nie pamiętała. To przyszło powoli, jak woda w piwnicy.
Zajęcia z akwareli okazały się ważniejsze, niż myślała. Na jednym z nich instruktorka, pani Natalia Borowska, powiedziała: Pani Haniu, ma pani świetne wyczucie koloru. I chociaż to był drobiazg, miało dla niej wielkie znaczenie, bo Tadeusz Nowicki nie mówił jej nic takiego od lat.
Na początku stycznia Lenka najwyraźniej się skończyła. Zorientowała się po tym, że wrócił do stałego trybu: dom, telewizja, mniejsze telefony w łazience. Był przybity, kaszlał. Zjadł zupę, niewiele mówił. Kiedyś, przy herbacie, rzucił w przestrzeń:
Zimno dziś na dworze.
Tak, odparła. Z rana -12.
Mhm.
I poszedł. Tyle rozmowy.
Co się stało z Lenką? Dowiedziała się przypadkiem, rozmawiając z kolegą, Jackiem Pawlukiem: Podobno Twój Tadek z jakąś młodą pokręcił, ale ona go szybko zostawiła. Uśmiała się tylko i rozmowa przeszła na działkę.
Domyśliła się reszty: młoda chciała menedżera z pieniędzmi, kawiarnie, restauracje, życie. A dostała prawie sześćdziesięcioletniego faceta z ciśnieniem i cholesterolem, co to chce mocnej herbaty i wyprasowanej koszuli oraz narzeka na zdrowie. Nikt tego długo nie zniesie.
Nie żałowała go. To było jak ból zęba, który ustępuje: nie cieszysz się, ale cieszysz się, że nie boli.
W lutym jego zdrowie podupadło. Sam nie panował nad lekami raz zapomniał, raz wziął dwie naraz. Pudełka walające się po szafce. Raz zobaczyła, jak połknął dwie na raz, bo dzień wcześniej nie wziął. Nie komentowała. Lekarz mu przecież sam mówił.
Ciśnienie mu skakało, bladł, szyja pulsowała. Kiedyś zapytał:
Kręci mi się w głowie.
Idź do lekarza.
To zapiszesz mnie?
Sam zadzwoń do rejestracji. Numer masz na karcie, tam jest wszystko.
Spojrzał na nią zaskoczony. Ona spokojnie piła herbatę.
Nie pamiętam, jak
Tadziu, jesteś wykształcony. Kierownik działu. Dasz radę.
W końcu sam się zapisał. Przyniósł karteczkę z nowym lekiem, do brania razem z innymi.
No, przyniesiesz?
Jutro idę w tamtą stronę, kupię ale daj mi pieniądze.
Był zszokowany: zawsze załatwiała to z własnej kasy. Dał pieniądze. Kupiła lek, położyła, nie sporządziła już rozpiski.
Marzec odwilż. Śnieg w kałużach, dzieci w grajdole mieszają patykami lód, sople z dachów. Hania coraz częściej wychodziła na spacery nawet bez kijków, by się przejść. Kupiła sobie wiosenną kurtkę, z paskiem, beżową. Przymierzyła i pomyślała dawno niczego dla siebie nie kupowała ot tak, dla siebie.
W marcu przyjechał Michał z żoną. On czterdziestka na karku, wzrost po ojcu, ale charakter spokojniejszy. Asia, jego żona, miła, zrównoważona dziewczyna. Przywieźli słoik miodu i bombonierkę.
Wieczorem kolacja: ziemniaki zapiekane, śledź po kaszubsku, galareta według przepisu mamy Hani. Tadek był cichy przy stole. Michał opowiadał o pracy, o dzieciach, Asia podpytywała o kursy malarskie.
Malujesz, mamo? zdziwił się Michał.
Uczę się. Akwareli.
Super. Pokażesz?
Wyciągnęła swoje kartki jabłko, wazon z kwiatami, widok z biblioteki. Michał oglądał uważnie, Asia chwaliła.
Mamo, odmłodniałaś.
Tylko fryzjer zaśmiała się.
Zauważyła, że Michał zerka na ojca. Coś był nie tak, ale nie pytał przy Asi.
Następnego dnia, kiedy Asia poszła do sklepu, Michał przysiadł się do mamy w kuchni, gdzie lepiła pierogi.
Mamo, wszystko gra?
A co?
Tata jakiś taki.
Jaki?
Wypalony. Coś z nim nie tak?
Z ciśnieniem słabo. Był u lekarza, ma leki. Pilnuje sam, dorosły przecież.
Pokręcił głową, pomaltretował kawałek ciasta.
Pokłóciliście się?
Nie, odpowiedziała szczerze nie pokłóciliśmy się. Żyjemy równolegle.
No, jak coś, dawaj znać.
Michał, wszystko dobrze. Naprawdę.
Wierzył. Bo naprawdę jej było dobrze i to było zastanawiające.
Goście wyjechali w niedzielę, dom znowu cichy, spokojny. Tadek siedział przed telewizorem.
Wieczorem nalał sobie wody, stanął przy oknie.
Michał wygląda dobrze.
Tak, zdrowo.
A dzieciaki urwał.
No
Odłożył szklankę, wyszedł. Hania stała jeszcze długo, patrzyła przez okno na światło latarni i śnieg ostatni w tym roku.
Kwiecień przyniósł dla Tadka przełom. Rano miał taki zawrót głowy, że usiadł na podłodze. Zawołał ją.
Haniu, coś mi źle
Wyszedła do niego, zobaczyła, jak siedzi sprężony ze strachu, czerwona twarz, spocony.
Daj, chodź do łóżka, połóż się. Przyniosła ciśnieniomierz 185 na 110. Niedobrze.
Weź kapoten z szafki i połóż się. Za pół godziny zmierzymy jeszcze raz.
A ty gdzie idziesz?
Do kuchni.
Siedziała przy czajniku, słyszała, jak szpera przy lekach. Po godzinie ciśnienie spadło na 160/95 trochę lepiej.
Poleż dzisiaj, nigdzie nie idź.
Do pracy
Zadzwoń, powiedz, że jesteś chory. Nigdzie nie idziesz.
Został. Przyniosła mu herbatę, sucharki nie poprosił, po prostu tak zrobiła. Bo to jednak co innego, gdy komuś naprawdę źle.
Leżał na wznak, wpatrzony w sufit.
Haniu odezwał się po dłuższej ciszy.
Co?
Chyba ostatnio zachowuję się jak idiota.
Przysiadła na skraju łóżka.
Tak, Tadek. Po prostu jak idiota.
No Ten awans mi trochę przewrócił w głowie. Myślałem, że będzie jakoś inaczej. Że coś osiągnąłem.
Osiągnąłeś. Jesteś kierownikiem.
No tak. A ty jak byłaś, tak
Urwał, głos mu zadrżał.
Wiem, co chciałeś powiedzieć, wyszeptała krótko.
Wstała, zabrała kubek, wyszła do kuchni. To nie była scena jak z filmu: bez łez, bez dramatów. On przyznał, że był głupi, a ona się z tym zgodziła i tyle.
Kwiecień minął, maj przyszedł. Hania chodziła na kijki i na akwarele. Nina zabrała ją do teatru pierwszy raz od wielu lat. Kupiły bilety do miejskiego dramatycznego, główna loża, bufet, świeżo wyciskany sok pomarańczowy. Siedziała i pomyślała: dobrze tak po prostu być tu, patrzeć na ludzi na scenie.
Miała pięćdziesiąt sześć lat i zaczynała rozumieć, że to nie koniec, tylko coś nowego.
Z Tadeuszem żyli tak jakby obok siebie. Nie komentował już obiadu. Czasami rozmawiał normalnie, o sprawach codziennych. Czasem wieczorami siedzieli w jednym pokoju: on przed telewizorem, ona czytała książkę poleconą przez Ninę. Zwykła codzienność ale już bez poczucia obowiązku.
Raz poprosił:
Zamów mi proszę lek przez internet, tam taniej.
Wiesz jak? Tam jest łatwo: wpisujesz nazwę, dodajesz do koszyka, wybierasz aptekę.
Ty się lepiej znasz
Umiem, ale ty też się nauczysz.
Nauczył się. Siedział długo z telefonem, raz zawołał, żeby podpowiedziała. Wyjaśniła spokojnie. Zamówił sam.
Zrozumiała, że właśnie tak trzeba. Nie robić za kogoś tego, co on może sam. Pomoc nie znaczy wszystko zrobić. To była po prostu stara rutyna.
W czerwcu zrobiło się gorąco. Kupiła sobie letnią, kolorową sukienkę i pomyślała: wyglądam okej, nie jak wiejska babka.
Wiedziała, że w dojrzałym wieku ludzie układają się różnie: niektórzy wojna, inni przyjaźń, jeszcze inni obojętność. U nich było coś czwartego: ani wojna, ani pokój, ani chłód każdy żyje już po swojemu, ale dach dzielą.
O przyszłości nie myślała. Czasem wracała do pytania Stasi o rozwód nie odrzucała tej myśli, ale się nie spieszyła. Najpierw musi się odnaleźć.
Lato mijało. Pojechała do Michała na dwa tygodnie do Wrocławia pierwszy raz od lat sama, bez Tadeusza. On został, bo praca. Uszyła wnuczce poduszkę z haftem nauczyła się tego z Youtubea.
Dwa tygodnie z Misiem, Asią i wnukami Stasiem i Marysią były najlepsze od lat. Spacerowała z dziećmi, gotowała kaszkę, kąpała Marysię, czytała im bajki. To była inna opieka taka, którą się daje z radością.
Po powrocie zmęczona, szczęśliwa, opalona. Tadek przywitał ją w przedpokoju: No, wróciłaś, pomógł z torbą. Tyle.
Sierpień był duszny, postawiła w pokoju mały wentylator, kupiła na rynku arbuza pół zjadła sama, pół pokroiła Tadkowi. Zjadł, pierwszy raz od dawna podziękował za jedzenie.
A we wrześniu, kiedy rano znów zaczęło się robić zimno i za oknem szumiały żółte topole, wydarzyło się to, na co właściwie była przygotowana.
W piątek wrócił do domu o ósmej, szary na twarzy, poruszał się ostrożnie. Siedziała w kuchni z książką.
Hania, źle się czuję.
Co się dzieje?
Ciśnienie chyba. Głowa. I tu, pokazał ręką na pierś, coś ściska.
Popatrzyła na niego uważnie.
Długo już ściska?
Od lunchu mniej więcej. Myślałem, że przejdzie.
Tabletkę brałeś?
Brałem, o trzeciej. Nie bardzo pomogło.
Usiądź.
Usiadł przy kuchennym stole. Przyniosła ciśnieniomierz: 190 na 115. Gorzej niż w kwietniu.
Tadek, to poważne. Trzeba wezwać pogotowie.
Może jeszcze jedna tabletka
Nie. 190, ból w piersi to nie przechodzi po kolejnej tabletce. Trzeba lekarza.
To zadzwonisz?
I właśnie tutaj się zatrzymała. Trzymała ciśnieniomierz i patrzyła na niego: twarz szara, przerażone oczy, ręka na piersi. Widziała człowieka w potrzebie i poczuła żal, ludzki żal.
Ale czuła też coś innego: przez cały ten rok patrzył na nią jak na przezroczystą. Powiedział jej słowa, których nie da się odkręcić. Przestał widzieć w niej człowieka na długo przed tym, jak ona przestała się starać.
I wiedziała, co zrobi, a czego nie.
Tadek, powiedziała spokojnie. Masz telefon. Numer do pogotowia znasz.
Spojrzał na nią nieprzytomnie.
Co?
Wybierz 999. Podaj adres. Powiedz, że ciśnienie i ból w piersi. Przyjadą.
Hania był roztrzęsiony, prawie płaczliwy. Nie pomożesz mi?
Pomogłam: zmierzyłam ciśnienie i powiedziałam, co robić. Teraz ty.
No ale
Tadek położyła ciśnieniomierz na stole. Jesteś dorosły. Kierownik. Dasz radę.
Wyszła z kuchni do pokoju, przymknęła drzwi, bez trzaskania, po cichu.
Z kuchni po chwili cichy, niepewny głos:
Halo? Tak, pogotowie. Adres…
Nalała sobie herbaty, tej rumiankowej, którą sama najbardziej lubi. Przeszła koło niego cicho, gdy rozmawiał z dyspozytorką, patrząc przed siebie. Stanęła przy oknie, patrzyła w noc.
Pod blokiem pusto, latarnia świeciła żółtawo na mokry asfalt, listki topoli już prawie wszystkie spadły, czarne od deszczu. Ławka przed klatką pusta.
Zakończył rozmowę.
Jadą, rzucił.
Dobrze, odpowiedziała.
Może pojedziesz ze mną do szpitala?
Odwróciła się. Szara twarz, dłoń na piersi, przerażone oczy. Było jej go żal. Po ludzku, nie na pokaz. Starszy, chory człowiek, któremu źle. Bez satysfakcji, bez triumfu.
Nie pojadę, Tadek, powiedziała cicho. Lekarze się tobą zajmą.
Hania…
Pogotowie przyjedzie, zrobią, co trzeba. To ich praca.
Wzięła kubek z herbatą, wróciła do pokoju, przymknęła drzwi. Usiadła przy oknie, patrzyła już na inne światło i inny topól, i dalekie okna sąsiedniego bloku.
W kuchni szmer, potem cicho, potem lift.
Pogotowie przyjechało za dwadzieścia minut. Usłyszała, jak otwiera drzwi, podłoga pod butami, głosy szybkie, urzędowe. Ciśnienie, zrobimy EKG, może do szpitala. Tadek odpowiadał, głos miał cichy, jak uczeń przyłapany na ściąganiu.
Potem słyszy:
A żona w domu?
I jego głos:
Jest. Ale nie pojedzie.
Pauza. Neutralny głos lekarza:
Rozumiem. No to gotowy, jedziemy, sprawdzimy pana w szpitalu.
Drzwi, lift, cisza.




