KIEDYŚ, DAWNO TEMU, W KRAKOWIE
Halina zawsze marzyła o szczęśliwym małżeństwie. Niestety, miała już za sobą pierwszy nieudany związek. Miała syna, Artura, który wtedy miał dwadzieścia lat.
Było to dawno temu, gdy życie Haliny wywróciło się do góry nogami. Jej mąż dopuścił się zdrady, jakiej nie sposób było zbagatelizować. Halina wróciła z delegacji o dzień wcześniej. Zastała męża, jeszcze roztrzęsionego i częściowo rozebranego, starannie wygładzającego pościel w ich małżeńskim łóżku. A jej najbliższa przyjaciółka parzyła kawę w kuchni, mając na sobie jej koronkowy szlafrok! Klasyka polskiego dramatu małżeńskiego. Rozwód nastąpił błyskawicznie. Ta zdradziecka przyjaciółka zniknęła na zawsze z jej życia. Halina nie chciała babrać się w szczegółach. Jeśli ktoś zawinił, musi być kara. Rzuciła męża za drzwi razem z rzeczami i zabroniła synowi kontaktów z nim. Miała wtedy niecałe trzydzieści lat.
Minęło ponad dziesięć lat. W tym czasie Halina obroniła najpierw doktorat, a później habilitację z filologii polskiej. W wieku czterdziestu lat była już profesorką i kierowała katedrą na Uniwersytecie Pedagogicznym. Była szanowana i ceniona jako specjalistka. Przez całe dziesięć lat samotności Halina nigdy nie przestała mieć nadziei, że jeszcze odnajdzie godnego towarzysza. Uważała, że na druty i hafty jeszcze za wcześnie.
Kandydatów do jej serca nie brakowało. Ale żaden nie zacumował w porcie jej duszy. Jeden zalotnik już na pierwszym spotkaniu poprosił o rękę Haliny, a potem pożyczył od niej pieniądze, tłumacząc, że przecież jesteśmy już jak rodzina, po czym przepadł bez śladu. Drugi kandydat wdowiec, szukał matki dla swoich dzieci. Od razu zaprosił Halinę do domu i poprosił, by przygotowała obiad dla całej rodziny. Halina nie była gotowa na taki gorący przyjęcie, ale jednak ugotowała, nakarmiła całą trójkę dzieci: każde młodsze od poprzedniego. Gdy wróciła do siebie, wybuchła łzami. Żal jej było tych dzieci i ich ojca, który sam wyglądał jak sierota, ale dźwigać na swoich barkach całą gromadę nie była w stanie. Może jestem egoistką tłumaczyła się samej sobie.
Z biegiem lat kandydatów ubywało. Kiedy Halina prawie już postawiła krzyżyk na swoich uczuciach, pojawił się On.
Student z Tunezji Wahid miał wtedy dwadzieścia osiem lat. W przeszłości należał do grupy Haliny, była jego wykładowczynią. Po studiach został w Krakowie, założył niewielki interes.
Któregoś dnia Halina zatrzymała się na stacji benzynowej. Okazało się, że właścicielem jest właśnie Wahid. Zaczęli rozmawiać, wspominać dawne studenckie czasy. Wahid wręczył jej wizytówkę tak na wszelki wypadek. Od tamtej pory Halina regularnie tankowała u Wahida. Ten zaczął zabiegać o jej względy: zapraszał do restauracji, na koncerty symfoniczne. Halina była zażenowana, trudno jej było uwierzyć w szczerość jego intencji. Z początku odrzucała wszystkie propozycje.
Jednak Wahid nie dawał za wygraną. Halina pamiętała go z czasów studenckich jako niezwykle sumiennego i zdolnego. Oczy wszelkich dziewczyn z wydziału utkwiły w nim, gdy przechodził, a one wzdychały. Kiedy jeszcze studiował, Wahid podarował Halinie rzeźbioną szkatułkę. W środku była karteczka. Po jej przeczytaniu Halina zarumieniła się, potem pobladła, podarła liścik na drobne kawałki ze złością. Wahid napisał: Pani Profesor Halino, kocham Panią!. Halina uznała, że to jakiś żart. Oddała szkatułkę Wahidowi i uciekła.
Nazajutrz Wahid zapukał do jej gabinetu:
Pani Profesor, przepraszam. Nie chciałem Pani urazić. Bardzo mi się Pani podoba.
Halina przyjęła przeprosiny:
Dobrze, idź na zajęcia, Wahidzie.
Do końca studiów już się do niej nie zbliżał. Zerkał na nią tylko z daleka. I oto historia zatoczyła koło. Halina była rozdarta: przyjąć te zaloty czy odrzucić? Nie jestem mu już nikim. Jesteśmy zwyczajnie kobietą i mężczyzną. A może warto spróbować? myślała.
I poddała się losowi.
Rozpoczął się krótki, acz piękny romans. Pierwsze spotkanie z Wahidem zostawiło w niej niezatarty ślad. Potrafił ją rozbawić, zaskoczyć, był czuły, niezwykle romantyczny. Tego typu adoratora Halina jeszcze nie znała. Różnica wieku była bez znaczenia. Ona znów poczuła się jak młoda dziewczyna, a Wahid był dojrzałym mężczyzną.
Halina zaczęła nazywać go po polsku Władkiem, a on równie pieszczotliwie mówił na nią Lidia. Halina była szczęśliwa jak jeszcze nigdy; czuła się wreszcie pożądaną kobietą. Miłość zapłonęła i nie dała się zgasić…
Wahid nie proponował ślubu. Zamierzał wracać do Tunezji, nie śmiał sprzeciwić się rodzinie. Matka pisała, że wybrała mu już odpowiednią narzeczoną Fadilę, siedemnastoletnią dziewczynę z szanowanej rodziny. Halina nie wyobrażała sobie opuszczać ojczyzny, zostawić syna, matkę. To było niemożliwe. Rodzina Wahida raczej nie zaakceptowałaby starszej, cudzoziemskiej synowej. Co nie twoje tego nie jedz.
Halina postanowiła dać Wahidowi całą swoją niewykorzystaną czułość, a potem choćby się wszystko zawaliło!
Ileż mi jeszcze zostało kobiecego szczęścia? Okruchy. Będę go kochać do utraty tchu, na zapas! mówiła matce.
Matka była stanowczo przeciw obcokrajowcom:
Haluśka! Po co ci ten muzułmanin? Naszych chłopów ci brakło? Nigdy nie dam wam swego matczynego błogosławieństwa! Twój były mąż ciągle się wokół ciebie kręci. Nie widzisz? Powinnaś mu wybaczyć! Przecież macie syna! lamentowała mama.
Mamo, Dionizy mnie zdradził! Zapomniałaś? odpowiadała Halina.
O Jezu, ileż można wracać do tego? Sto razy już się pokajał! Poza tym, sama jesteś sobie winna z zajęciami, konferencjami, doktoratami, a mąż sam. Bez opieki, to i każda kobieta się przyczepi… nie ustępowała matka.
A dlaczego ty taty nie wybaczyłaś? On też przepraszał… ripostowała Halina.
Oj, dziecko, nie porównuj! Twój ojciec odszedł, zanim się urodziłaś, a potem dorobił się na boku trójki dzieci. W końcu przyszedł obejrzeć ciebie. Po co mi z takimi ogonami facet? No i czy mogłam zabrać dzieciom ojca? Nie! A twój Dionizy dziesięć lat czeka, aż go zawołasz. Artur bardzo go lubi kończyła własną tyradę matka.
Ach, mamo, nie wyjdę za Wahida za mąż. Jestem dla niego za stara. Zaczekam, aż to on mnie zostawi. Sama nie będę umiała… zamyśliła się Halina.
Eh, córciu, i stara kobyła jeszcze do owsa się garnie… westchnęła mama.
Po trzech latach Wahid pożegnał się z Haliną. Będę się z tobą kontaktować, ukochana powiedział tylko. Halina była przygotowana na taki finał. Ale bolało bezgranicznie oddawać Wahida młodziutkiej Fadile. Na pożegnanie Wahid wręczył Halinie rzeźbioną szkatułkę, od której wszystko się zaczęło. W środku leżał niezwykły pierścionek w kształcie dwóch aniołków obejmujących serduszko z diamentem.
Zostawiam ci moje serce, Lidio Wahid pocałował Halinę czule.
Poleciał do Tunezji.
Rok później Wahid wysłał Halinie zdjęcie ślubne z dopiskiem: Moja żona Fadila. Kolejny rok kolejne zdjęcie: Moja druga żona, Samira. Wahid tłumaczył, że w Tunezji prawo pozwala na wielożeństwo.
Kiedy Halina patrzyła na te sprawozdania z życia Wahida, nie czuła już odrobiny zazdrości. Co wy, niedoświadczone dziewczęta, możecie wiedzieć o prawdziwej miłości? Trochę tylko rozczulał ją smutny wzrok pana młodego. Więc może tęskni? Może nadal kocha? Ale… stara miłość nie rdzewieje, lecz nowa też się znajdzie.
Bajka się skończyła. Strona zamknięta. Przez ten czas Artur również się ożenił, przyprowadził do domu synową. Kiedy młodym urodziła się córka, Halina poprosiła, by nazwali ją Lidią na znak, by miłość sprzed lat została w pamięci.
Halina przebaczyła (a może tylko pożałowała) byłego męża. Wina była, ale została wybaczona. Dionizy działał przez teściową. A mama w końcu przekonała Halinę, by pojednać się z mężem:
Już dawno zrozumiał swoją winę. A kto z nas jest bez grzechu? Grzech nie chodzi po lasach, tylko po ludziach. Nie każdemu dane ustrzec się przed pokusą i namiętnością…
Halina i Dionizy zamieszkali razem. Starają się już nie rozstawać. A Halina skończyła kurs robótek na drutach. Teraz dla wnuczki Lidii dzierga skarpetki z tunezyjskimi wzorami.




