Wychowywała mnie moja babcia, pani Jadwiga. Jej ramiona zawsze ciepłe jak zapach pieczonych drożdżówek, lecz uczucie, którym mnie obdarzyła, było jak zegar z kukułką – co godzinę wyskakiwała z niego chmurka warunku.
Gdy miałem pięć lat, mój tata, pan Zygmunt, postanowił, że życie w rodzinie to dla niego jak buty dwa numery za małe. Zostawił nas dla kobiety młodszej od mamy i o imieniu, którego nie wypowiadaliśmy głośno przy barszczu. Mieszkaliśmy jeszcze w jego warszawskim mieszkaniu, ale po rozwodzie kazał nam wynieść się tak prędko, jakby to była stara pralka, a nie dom.
Wtedy zaczęło się nasze dryfowanie – mama Lucyna i ja spakowaliśmy pudełko po telewizorze i zamieszkaliśmy kątem u babci Jadwigi na Targówku. Ojciec nic nie płacił, alimenty wymigiwały mu się spod palców, a w portfelu hulał przeciąg. Babcia żyła z marnej emerytury ZUS-u, mama wyjeżdżała po nocach do pracy, a ja odkładam tornister, sprzątałem, gotowałem i łatałem skarpetki.
Im byłem starszy, tym bardziej rzeczywistość była jak niedogotowana kasza manna. Zamiast lekcji w szkole, chwytałem się pracy na budowie u pana Mietka, nosiłem cegły, żeby przynieść do domu kilkadziesiąt złotych. Patrząc, jak mama z babcią zliczają resztki groszy, pomyślałem: rzucę naukę po ósmej klasie i znajdę prawdziwą pracę.
Wtedy w moim śnie pojawiła się siostra babci, babcia Nina – kobieta z czupryną srebrną jak jej kot Kłębuszek. Zaproponowała, bym zamieszkał z nią we Wrocławiu. Obiecała, że przy niej skończę szkołę z czerwonym paskiem i nie będę się martwić obiadem. Moja mama i babcia Jadwiga popiły łzy melisą i zgodziły się.
Przeprowadziłem się do babci Niny. Ona nauczyła mnie robić pierogi i cerować guziki. Miała przyzwoitą emeryturę, a jej mieszkanie pachniało miętą. Otworzyła dla mnie świat książek i nauki, a ja dumnie skończyłem liceum, a potem dostałem się na prawo na Uniwersytecie Wrocławskim.
Babcia Nina co chwilę zapowiadała, że jej mieszkanie w testamencie będzie kiedyś moje, bo jestem dla niej jak własne dziecko. Kiedy tylko skończę studia powtarzała klucz do mieszkania trafi na mój dłoń. Czułem się wtedy, jakbym spacerował po lodzie bałem się jednocześnie jej stracić i rozczarować.
Lecz w trzecim roku studiów, w bibliotece, poznałem ją Biankę. Miała oczy jak letni stokrotki i śmiała się w czasie, kiedy nie wolno było się śmiać. Zakochałem się jak w „Lalce”, a ona odwzajemniła uczucie.
Gdy babcia Nina dowiedziała się o Biance, tłukła talerze z różyczką i krzyczała: „Ona cię wykorzysta! Marzy tylko o twoim majątku!” Postawiła mi ultimatum – jeśli się z Bianką nie rozstanę, mieszkanie nigdy nie będzie moje.
Opowiedziałem wszystko Biance. Ona powiedziała przez łzy: „Jak trzeba, pójdziemy mieszkać nawet razem pod most Grunwaldzki, nie dla mieszkania jestem z tobą.” I tak zrobiłem – wybrałem miłość. Babcia Nina zamilkła na zawsze, a ja zostałem z pustymi rękami, ale z najukochańszą dziewczyną na świecie.
Dziś minęła okrągła dziesiąta rocznica naszego ślubu. Mamy dwójkę dzieci Zosię i Olka, a nasz dom, choć ciasny, codziennie pachnie ciastem i śmiechem. Z roku na rok wiem mocniej – wyśniłem sobie wtedy najlepsze możliwe życie.




