Zaciekli wrogowie
17 lipca, środa
Zaledwie położyłem się na łóżku, żeby trochę odpocząć po pracy w polu, gdy przez otwarte okno wpadł do mojego pokoju dziki szczek mojego psa. Zazwyczaj mój Borys milczy jak grób, ale dziś nie dawał mi spokoju szczekał od samego rana, aż sąsiad spod piętnastki musiał przez to zamknąć rolety. I nie był to zwykły szczek, tylko taki prawdziwy, z wściekłością.
Już kilka razy wychodziłem z domu na podwórze, sprawdzałem ale niczego i nikogo podejrzanego nie widziałem.
Pomyślałem więc, że pewnie sąsiedzkie psy przechodziły obok, no to Borys się na nie „wkurzył”. Taki już jest nie cierpi, kiedy ktoś obcy kręci się po jego terytorium.
Nie dziwota, że gdy wychodziłem, wszystko już ucichło.
Od tego szczeku Borysa można się przestraszyć, więc psy sąsiadów pewnie dawały nogę.
Nie wiedziały nawet, że ten „wielki niedźwiedź”, jak go czasem nazywałem, siedzi w kojcu, bo w ciągu dnia zawsze go tam zamykałem na wszelki wypadek.
Za to wieczorem wypuszczałem go na podwórze. Wtedy, jak to się mówi kto nie zdąży wyjść, sam sobie winien.
Raz zdarzyło się, że trzech spryciarzy z sąsiedniej wsi próbowało przejść przez mój płot.
Jeden zostawił spodnie, które zawisły na kolczastych drutach, drugi zgubił buta adidasa, a trzeci wdrapał się na lipę i wołał o pomoc. Policjant musiał wezwać straż, bo sam by nie zszedł. Borys dał im wtedy wycisk będą go pamiętać do końca życia.
A co najważniejsze, mój pies nigdy nie szczeka bez powodu. Dziś jednak był jakby zerwany ze smyczy.
Borys, już wystarczy! krzyknąłem, podnosząc się z łóżka i podchodząc do okna.
Pies ucichł, ale po chwili znowu rozkręcił się na całego.
Nie miałem wyjścia musiałem iść na podwórze zobaczyć, co go tak rozwścieczyło.
Jak przypuszczałem, nikogo tam nie było. Borys od razu przestał szczekać, gdy mnie ujrzał.
No i czemu się tak rozkręcałeś, co? zapytałem z uśmiechem, podchodząc do kojca.
Borys zaczął merdać ogonem i patrzył na mnie z takim przepraszającym wzrokiem.
Czułem, że wie, że nie dał mi odpocząć. Ale przecież nie szczeka bez powodu.
Spojrzał jeszcze raz w stronę bramy i znowu zaczął szczekać głośno.
Odwróciłem głowę i zauważyłem, jak coś szarego, małego, przemyka na drugą stronę podwórza. Szybko podbiegłem do bramy, wyszedłem na drogę i zobaczyłem
zwykłego kota, typowego chałupnika.
A ten kot patrzył na mnie z takim bezczelnym, zadowolonym wzrokiem, jakby tutaj był królem.
Czego tu szukasz, kociarzu? rzuciłem, uśmiechając się. Mówię ci nie chodź tu, bo mój Borys Kotów nie znosi. Jak cię złapie, to
Kot wzgardliwie zmarszczył nos, jakby się uśmiechał. Przysięgam, przez chwilę wydawało mi się, że zakpił ze mnie.
Złapie? Twój pies ledwo ruszy się z kojca, a ja już na płocie. Gruby ten twój Borys, daj mu mniej jeść.
Nie powiem, poczułem się trochę dotknięty, jak ten podwórkowy kot tak zręcznie wyśmiał mojego psa.
Idź stąd! machnąłem ręką na kota, wróciłem na podwórze i zamknąłem bramę.
A co myślicie, kot mnie posłuchał? Gdzie tam. Wręcz przeciwnie odtąd zaczął pojawiać się każdego dnia.
Chodził po podwórzu, siadał pod samym kojcem, pokazując, że to jest jego miejsce, a Borys tylko szczekał na niego przez siatkę.
Na początku próbowałem przeganiać kota, ale ledwo wróciłem do domu, on już znowu był.
Nie dało się z nim nic zrobić.
Po tej małej wygranej kot poczuł się jak król całego podwórza.
Nawet raz udało mu się ukraść kawałek mięsa z psiej miski, która stała w środku kojca! Borys leżał zmęczony szczekaniem, a szary kot wykorzystał sytuację. Potem demonstracyjnie jadł mięso tuż przed psem.
Widziałem to własnymi oczami fala irytacji się we mnie rozlała.
No, to ja ci pokażę! mruknąłem pod nosem. Już ja ci wymyślę porządną nauczkę. Pożałujesz, że drażniłeś mojego psa.
Postanowiłem, że już nie będę zamykać Borysa w kojcu w ciągu dnia. A właściwie będę zamykać, ale zostawię furtkę uchyloną, tak żeby mógł ją otworzyć swoją wielką łapą i wybiec.
Niech w końcu zrobi porządek na podwórzu, bo ten kot wykończył i mnie, i psa.
Tylko wtedy, gdy razem z Borysem czekaliśmy na kota szary nie przyszedł.
Czy poczuł coś, czy go coś spotkało nie wiadomo. Nawet mi żal się zrobiło, tyle planowałem, a tu kot zniknął. I przez parę kolejnych dni też nie przyszedł.
Borys patrzył na mnie zdziwiony, a ja tylko rozkładałem ręce.
Może to nawet lepiej, że ten kot już nie przychodzi? mruknąłem z uśmiechem. Cisza, spokój
Ale trochę blefowałem. Bo prawdę mówiąc tęskniłem za tym kotem. Brzmi to absurdalnie, ale tak naprawdę było.
Borys też się przyzwyczaił do szczekania na swojego wroga, do tych codziennych kocich numerów. Teraz było nudno.
Po kilku dniach Borys zaczął prosić, żebym poszedł sprawdzić, czy kot gdzieś nie kręci się w pobliżu.
Jak prosił? Spojrzeniem. Podchodził, patrzył mi w oczy, a ja już wiedziałem.
Myślisz, że coś się stało naszemu szaremu bandytowi? spytałem. Z takim charakterem łatwo popaść w kłopoty. No dobrze, Borys, chodź, wyjdziemy na drogę, poszukamy go.
Otworzyłem bramę, stanąłem obok swojej skody i rozglądałem się w lewo i w prawo.
Borys wyszedł za mną, ruszał swoją wielką, kudłatą głową, węszył, szukając zapachu kota.
Nie było łatwo go wyczuć zapach gnoju z sąsiedniego podwórza zagłuszał wszystko.
Przeszedłem ulicą w jedną i drugą stronę, wróciłem już do bramy, chciałem Borysa zagonić na podwórze.
No bo ile można stać i czekać na kota, który przez ostatnie dwa tygodnie nie dawał nam spokoju.
Już miałem zamykać bramę, gdy nagle usłyszałem kocie wrzaski i dziki psi szczek na tej samej ulicy.
Po minucie na drogę wypadł kot. Ten szary łobuz. Biegł, kulejąc na jedną łapę. A za nim pędził pies.
Nie byle jaki, tylko rodowity Doberman z miasta.
Wiedziałem, czyj to pies każdego lata, a czasem i zimą, przyjeżdżają letnicy z Krakowa, razem ze swoją arystokracją. Ten Doberman należy do nich. Chyba szary kot chciał potraktować go jak Borysa, ale nie wyszło.
Doberman go najwidoczniej ugryzł, bo na sierści kota pojawiły się dziwne brunatne plamy.
Gdy patrzyłem, jak kot biegnie w moją stronę, całkiem zapomniałem o Borysie.
On bez pytania, czego nigdy wcześniej nie robił rzucił się naprzeciw.
Borys! Gdzie lecisz?! wrzasnąłem przerażony, wyobrażając sobie, co się stanie z kotem, który już dostał w kość od Dobermana, a teraz jeszcze Borys. Stój!
Ale mój pies w ogóle mnie nie słuchał przyspieszył, pędził prosto na kota.
Kot zauważył to, zatrzymał się z przerażeniem pośrodku drogi.
Pewnie wtedy zrozumiał, że jego luzackie życie wisi na włosku A raczej na kociej sierści.
A co się potem wydarzyło? No domyślacie się.
Borys zatrzymał się obok kotka, obwąchał go, a potem
potem z rykiem lwa albo niedźwiedzia, jak przystało na jego rozmiar rzucił się na Dobermana, który gonił kota.
Pogonił go aż na koniec ulicy. Dobrze, że Doberman miał refleks i odwrócił się szybciej niż błyskawica, inaczej byłoby po nim. W całej wsi nie było psa, który mógłby wygrać z Borysem.
Kot wykorzystał zamieszanie i zniknął z pola widzenia. Patrzyłem za Borysem i nie zauważyłem, kiedy szary rozbitek uciekł. Dopiero wieczorem, gdy wyszedłem nakarmić psa, o mało co nie upuściłem miski z ręki. Kot był. Żywy, zdrowy i z oczami pełnymi wdzięczności. Położył głowę na udzie Borysa i coś tam cicho mruczał. Borys spojrzał na mnie tak, że aż zacząłem się śmiać.
Wybacz, szefie, ale go uratowałem, więc teraz trzeba się nim opiekować do końca jego dni widziałem to w oczach psa.
I nie żartował.
Borys od tej pory stał się osobistym ochroniarzem szarego kota.
Nawet pozwolił mu jeść z swojej miski niesłychana dobroć jak na tego mruka. Kot jakimś cudem skruszył lód w jego sercu. Już nie byli zaciekłymi wrogami, tylko dobrymi kumplami.
I jeśli myślicie, że historia tu się kończy, to się mylicie.
Bo następnego dnia zabrałem kota do weterynarza do Krakowa, żeby zaszył mu ranę na udzie. Była poważna nie zagoi się sama, więc kot musiał zostać przez kilka dni u mnie.
Opiekowałem się nim, Borys pilnował, żeby znowu nie wyszedł na wojnę. Jeszcze niedawno chcieli go załatwić, a teraz chronili jak własny skarb. Ot, życie!
Po jakimś czasie przy bramie pojawiła się młoda, piękna kobieta.
Borys chciał na nią poszczekać, ale zorientował się, że tylko ją wystraszy, więc nieśmiało kilka razy szczeknął. Usłyszałem to i wybiegłem z domu.
D-d-ddzień dobry przywitałem się z nieznajomą.
Zaczęła pytać, czy nie widziałem gdzieś szarego kota, czy nie przychodzi do mojego podwórza.
Okazało się, że to jej kot, taki łobuz Tymek. Próbowała go zatrzymać w domu, ale Tymek zawsze się wymykał. W Krakowie siedział w mieszkaniu, a tu, na wsi, jakby zwariował. Mama po udarze, kobieta wprowadziła się do niej, a kot nie daje się upilnować. Zawsze wracał wieczorem, ona go myła, karmiła, a teraz od kilku dni nie ma go w domu martwiła się.
Myślę, że wiem gdzie jest wasz Tymek odpowiedziałem z uśmiechem. Proszę wejść na podwórze pies nie zrobi krzywdy. Proszę, proszę!
Jak to, do psa? Po co?
Zaraz się pani przekona.
No, była niezdecydowana, ale patrzyła na mnie z takim zaufaniem, że weszła.
Gdy zobaczyła, jak Tymek leży przy Borysie z zabandażowaną nogą, aż otworzyła usta.
Tymek! Jak to się stało? Co jest z tobą? zapytała przerażona, widząc bandaż.
Spojrzała na mnie: To pana pies go pogryzł?
Nie, nie wręcz przeciwnie. My go uratowaliśmy.
Od czego?
Jeśli pani ma chwilę, to opowiem, wszystko będzie jasne.
Opowiedziałem Oldze (bo tak miała na imię), a ona głośno się śmiała z historii Tymka.
Pani kot, cały czas nas denerwował, a my go uratowaliśmy podsumowałem.
No takie dobre dusze jesteście z Borysem odparła Olga z uśmiechem.
Widzicie, Tymek już dochodzi do siebie fizycznie i psychicznie. Teraz, aż trudno uwierzyć, jaki z niego miły łobuz.
On zawsze taki był chyba świeże powietrze go zmieniło. Albo obraził się, że mam mniej czasu dla niego przez mamę. Uczę ją chodzić na nowo, to niełatwe.
Zapraszam panią w odwiedziny, jeśli tylko chce, razem z Tymkiem odparłem nieśmiało.
Zastanowię się nad propozycją odpowiedziała kokieteryjnie.
A pół roku później cała wieś bawiła się na naszym weselu moim i Olgi. Tymek i Borys oczywiście byli też, i nawet Doberman, który kiedyś pogryzł kota. Doberman poznawał szarego, patrzył podejrzliwie, ale gdy spotkał spojrzenie Borysa, udawał, że się pomylił. Ot, taka historia.



