Wojtek, wyciągnąłeś już tę lepszą zastawę? Tę z pozłacaną krawędzią, nie codzienną. Sprawdź też serwetki, krochmaliłam je specjalnie, żeby stały sztywno, jak w restauracji mówiła Martyna, krzątając się po kuchni i poprawiając niesforny kosmyk. Z piekarnika unosił się zapach pieczonej kaczki z jabłkami, na kuchence gotowały się warzywa, a lodówka ledwo domykała się przez sałatki, które szykowała przez pół nocy.
Wojtek, jej mąż, posłusznie wspinał się na stołek.
Martynka, po co ten blichtr? Przecież przyjdą swoi. Zbyszek, mama, ciocia Zosia… Im to nawet z metalowych misek dasz, byle tylko kieliszki były napełniane burknął, zdejmując pudełko z porcelaną z Ćmielowa.
Nie marudź. Przecież mamy dziś rocznicę, piętnaście lat. Kryształowe wesele. Chcę, żeby było wyjątkowo. A zresztą, sam dobrze wiesz, jaki jest Twój brat. Dam zwykłe talerze powie, że nas nie stać. Będzie na nich rysa powie, że zaniedbani. Niech chociaż dzisiaj nie znajdzie powodu na swoje żarty.
Wojtek westchnął, schodząc z krzesełka. Wiedział, że żona ma rację. Starszy brat Zbigniew był, mówiąc delikatnie, postacią trudną. A mówiąc wprost, jak Martyna zwykła skwitować w rozmowie z przyjaciółkami modelowym burakiem, przekonanym, że prostactwo to szlachetność chłopa swego.
Ale Ty, proszę Cię, nie reaguj na niego dzisiaj, dobrze? Wojtek przecierał talerze ściereczką. On ostatnio ma ciężki czas stracił pracę, żona odeszła. Wściekły jak wilk.
Wojtek, on trudny okres ma od czterdziestu lat. A żona odeszła, bo instynkt samozachowawczy jej zadziałał odpowiedziała Martyna, próbując sos. Wytrzymam tyle, ile wytrzyma mój własny poziom kultury. Jak zacznie swoje docinki o mojej figurze albo twoich zarobkach nie ręczę za siebie.
Dzwonek do drzwi zabrzmiał punktualnie o siedemnastej. Najpierw przyszła teściowa, pani Aniela, cicha kobieta, oddana synom, zwłaszcza temu niezaradnemu. Zaraz potem zjawiła się ciocia Zosia z mężem. A Zbyszek, jak zawsze, spóźnił się czterdzieści minut akurat gdy cała rodzina już głodna zerkała na przestygające przekąski.
Wbiegł hałaśliwie, z zapachem taniego papierosa i mroźnego powietrza na płaszczu.
No to jestem! Myśleliście, że nie przyjdę, a ja, proszę! ryknął, śmiejąc się z hukiem tak, że cała kawalerka zadrżała. Co tam, Wojtas, nie myślałeś, że prezent przyniosę? Proszę bardzo!
Podał bratu pakunek zawinięty w gazetę.
Co to jest? zdziwił się Wojtek.
No, bracie, sprzęt! Komplet śrubokrętów z Pepco. Przyda się, bo masz, ręce wiadomo jakie, młotka nigdy znaleźć nie możesz.
Martyna wyszła go przywitać z wymuszonym uśmiechem.
Cześć, Zbyszek. Wiesz gdzie łazienka, umyj ręce. Czekamy na ciebie.
Zbyszek zmierzył ją wzrokiem, przez który Martyna poczuła, jakby ktoś oblał ją zimną wodą.
No, Martyna! Wystroiłaś się. Nowa sukienka? Świecisz się jak bombka choinkowa. Żeby przykryć zmarszczki? Żartuję, żartuję, ty nasza soczysta kobito. W sam raz.
Wojtek chrząknął nerwowo:
Siadaj, Zbyszek. Kaczka stygnie.
Zbyszek z miejsca zabrał się za wódę nalał sobie do pełna jeszcze zanim ktokolwiek wzniosł toast. I z kawałkiem śledzia na widelcu zaczął swoje show:
No to witam jubilatów! Piętnaście lat szmat czasu. Jak wy się jeszcze nie pozabijaliście? Ja z Baśką pięć wytrzymałem i miałem dosyć. Kobiety pijawki, ciągle coś. A tobie, Wojtas, chociaż żarcie zjadliwe robi. Chociaż przeżuł i skrzywił się soli za dużo. Martyna, zakochałaś się znowu, czy ci ręka zbrakła ze starości?
Teściowa, siedząc obok, łasiła się:
Zbysiu, daj spokój. Martynka świetnie gotuje. Spróbuj sałatkę z ozorem. Delikatna.
Z ozorem? To dobrze, Martyna to i tak język ma długi, przyda się witamina. Ale serio, mamo, nie broń jej, krytyka jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Ja zawsze wprost dlatego ludziom się podobam.
Martyna, donosząc danie główne, czuła już, jak przepełnia ją irytacja. Spojrzała na Wojtka, który żałośnie studiował wzorki na obrusie, byle tylko nie łapać kontaktu wzrokowego z bratem. Bał się. Bał się zadymy, bał się, że atmosfera siądzie.
Dobra, Martyna, wytrzymaj. To tylko jeden wieczór. Dla Wojtka. Dla mamy.
Zbyszek, a jak tam szukanie pracy? Wspominałeś, że rozmowę miałeś?
Zbyszek wzruszył ramionami, nalewając sobie drugą kolejkę.
Szkoda gadać. Wszędzie idioci. Przychodzę na rozmowę, a tam gówniarz, dwadzieścia pięć lat, pyta mnie o komputerowe umiejętności. Mówię mu Smarku, ja pracowałem jak ty miałeś pampersa na pupie. No to pan do nas nie pasuje. Do widzenia. Może własny biznes rozkręcę. Tylko przydałby się zastrzyk gotówki… Hej, Wojtas, nie pożyczysz mi pięciuset złotych do pierwszego? Mam awarię w łazience, hydraulik do wymiany.
Martyna zastygła z miską sałatki w powietrzu.
Zbyszek, poprzednich dwóch tysięcy jeszcze nie zwróciłeś, które pożyczyłeś na naprawę auta pół roku temu powiedziała spokojnie.
Zbyszek zaczerwienił się, ale od razu przeszedł do ataku:
O, księgowa się odezwała! Wojtas, patrz jak ona cię kontroluje. Krok w bok i na dywaniku. Ja do brata mówię, nie do niej. U nas, facetów, osobna umowa. Ale chyba pod pantoflem tak jesteś, że nawet bratu nie możesz pomóc?
Wojtek spojrzał to na żonę, to na brata. Z poczuciem winy.
Zbyszek, no serio, ostatnio krucho u nas z kasą. Mamy kredyt, ledwo na rocznicę uzbieraliśmy…
Widać ten wasz stół! przerwał Zbyszek, wskazując na kaczkę. Po królewsku! Łososie, galaretki, zamożni państwo. Ale bratu żal kromki chleba. Taka twoja prawda, Martyna. Sknera jesteś. Wszystko pod siebie, a rodzina cierpi i co ci wszystko jedno.
Zbysiu, nie denerwuj się próbowała pocieszyć teściowa, dokładka pieroga. Zjedz lepiej. Martyna się starała, piekła…
Ona zawsze wszystko dla efektu. Pewnie przed szefem to samo robi, co? Zbyszek puścił Wojtkowi obrzydliwe oczko. Słyszałem, że awansowałaś? Zastępczyni? Za co to, ciekawe? Za ładne uśmiechy, czy za zostawanie wieczorami?
Zapadła cisza, jakby cały dom przestał oddychać. Nawet ciocia Zosia nagle zaniemówiła. Wojtek zaczął się czerwienić.
Zbyszek, powariowałeś?! zapytał cicho.
Co, powiedziałem tylko to, o czym wszyscy myślą, tylko głośno! Zbyszek już na dobre podgrzał atmosferę, a wódka zrobiła swoje. Ty, Wojtas, harujesz za psie grosze, a twoja żona karierę robi. Myślisz, że to z miłości? Ona tu jest z litości. A może wygodnie jest mieć takiego frajera, co nosi i podaje? Popatrz na siebie jesteś mięczak!
Przestań! Martyna powiedziała to niespodziewanie twardo, chociaż dłonie drżały jej mocno równie spokojnie odłożyła miskę z sałatką.
O, komendantka przemówiła! szydził szwagier. Co, szczerość przeszkadza? Ja zawsze się dziwiłem, co Wojtek w tobie zobaczył. Ani urody, ani charakteru. Baśka to przynajmniej była z klasą a ty? Szara myszka, a wydaje ci się, że jesteś królową, bo męża podporządkowałaś.
Martyna spojrzała wychodzącego na męża. Czekała. Myślała, że wstanie, walnie pięścią w stół, wyrzuci Zbyszka za drzwi. Ale Wojtek tylko garbił się coraz bardziej, drżącą dłonią ściskał widelec. Strach przed starszym bratem był stary jak ich dzieciństwo.
No dobrze, jak nie ty, to ja.
Wstała spokojnie, poprawiła sukienkę i najzimniej, jak umiała, powiedziała wyraźnie i powoli:
Wyjdź stąd.
Zbyszek aż się zachłysnął śmiechem.
Co, za długo stałaś nad kuchenką?
Powiedziałam: wyjdź z mojego mieszkania. Teraz.
Ale to też mieszkanie mojego brata! zawył Zbyszek. Wojtek, słyszysz? Wyrzuca mnie! Twojego brata! Powiedz jej coś!
Wojtek spojrzał na żonę, potem na brata. W jego oczach była największa życiowa męka. Wtedy zrozumiał, że jeśli teraz nie stanie po stronie żony, to za godzinę nie będzie już żadnego małżeństwa. Kryształowa rocznica zamieni się w kupkę potłuczonych wspomnień.
Zbyszek… wyjdź powiedział ochryple.
Otworzył usta w totalnym szoku. Spodziewał się wszystkiego: płaczu, awantury, krzyków. Ale nie tego.
Co wy, spiknęliście się? Mamo, patrz na nich! Rodzina goni z domu! Przez jakąś drobnostkę!
To nie była drobnostka, Zbyszek Martyna obeszła stół i wskazała na drzwi. Obraziłeś mnie, upokorzyłeś brata we własnym domu, przy jego stole. Jesz nasze jedzenie, pijesz nasze wino, a potem lejesz na nas pomyje. Koniec mojego wyrozumienia. Piętnaście lat tolerowałam twoje akcje do zachowania rodzinnego spokoju. Ale spokoju już nie ma, jest tylko twoje chamstwo. Limit wyczerpany. Wypad.
To się pocałujcie! wykrzyknął Zbyszek, przewracając kieliszek. Czerwone wino rozlało się na biały obrus jak krew. Siedźcie sobie sami! Wielcy inteligenci! Nogi mojej tu więcej nie będzie!
I bardzo dobrze ripostowała Martyna. I pieniędzy też nie damy. Ani dzisiaj, ani nigdy. Pracuj sobie na ten swój biznes, biznesmenie.
Zbyszek aż pobladł, chwycił pół pełną butelkę wódki, pod pachę i tupiąc wyszedł do przedpokoju.
Wojtek, pożałujesz! wrzasnął wychodząc. Na kobietę brata zamieniłeś! Pantofel!
Drzwi zamknęły się z hukiem, aż kryształy w kredensie zadzwoniły.
Zapadła cisza tak gęsta, że Martyna słyszała tylko tykanie zegara i ciężki oddech teściowej. Pani Aniela siedziała przy stole, chusteczką przyciskała usta, oczy miała zamglone łzami.
Martynko… wychyliła słabo. Po co tak od razu? Przecież nie miał złych intencji… Taki już jest… za dużo wypił.
Martyna zwróciła się do teściowej, jeszcze trzęsącymi się rękami, ale spokojna i stanowcza:
Pani Anielo, za dużo wypił to co innego. A upokarzanie kobiety czy własnego brata to już draństwo. I nie zamierzam dłużej tolerować, żeby mój dom był śmietnikiem na jego słowne pomyje. Jeśli chce go pani żałować może, ale gdzie indziej. Nie tu, nie przy mnie.
Teściowa pociągnęła nosem w milczeniu. Ciocia Zosia, osoba praktyczna, nagle stuknęła widelcem o talerz:
Ale kaczka, Martynko, przepyszna! Rozpływa się w ustach! I szczerze, dobrze zrobiłaś. Już dawno ten wieprzyk powinien był dostać nauczkę. Na waszym weselu podeptał mi buty i nawet nie przeprosił. Wojtek, nalej mi trochę wina, bo stresu mam dosyć.
Atmosfera od razu się poluzowała. Wojtek, budząc się z otępienia, złapał butelkę. Trzęsły mu się ręce, ale spojrzał na żonę z ogromną wdzięcznością i takim podziwem, jakiego nie widziała dawno.
Przepraszam cię wyszeptał jej, nalewając Martynie kompot do kieliszka. Jestem głupi. Sam powinienem był…
Już dobrze Martyna położyła mu dłoń na ręce. Ważne, że jesteśmy razem. I że jego już tu nie ma.
Reszta wieczoru była zaskakująco przyjemna. Bez Zbyszka w powietrzu zrobiło się bardziej rześko. Goście się rozluźnili, zaczęli opowiadać anegdotki, żartować bez złośliwości. Nawet teściowa, po kieliszku naleweczki i kawałku Napoleona, trochę się rozchmurzyła i nawet podśpiewywała z ciocią Zosią, gdy ta zaczęła tradycyjną Wlazł kotek na płotek.
Kiedy wszyscy wyszli, Martyna i Wojtek zostali sami wśród sterty naczyń. Martyna usiadła ciężko, patrząc na plamę wina na obrusie.
Obrus już raczej nie da się uratować westchnęła. Szkoda, prezent od mamy.
Wojtek podszedł, objął ją ramionami.
A wiesz co, Martyna? Olej ten obrus. Kupimy nowy. Albo i dziesięć nowych. Byłaś dzisiaj… nawet nie wiem, jak to opisać rewelacyjna. Siedziałem i myślałem: Boże, jaki ja byłem głupi, że tyle lat pozwalałem mu nas dręczyć. Z przyzwyczajenia, bo zawsze słyszałem od mamy ustąp Zbyszkowi, on ma trudny charakter. No to ustępowałem…
Wiem. To niełatwe przerwać stare nawyki. Ale jesteśmy rodziną. Kryształową. Delikatną, piękną. I nie pozwolę, żeby ktoś nam ją potłukł, zwłaszcza z kompletem śrubokrętów z Pepco.
Oboje się roześmiali. Puściły nerwy, które trzymały ich cały wieczór.
A propos śrubokrętów… Wojtek podniósł nieszczęsny pakunek, który brat zostawił na komodzie. Najzabawniejsze, że ja taki sam zestaw już mam. Zbyszek mi go dał na Boże Narodzenie trzy lata temu. Może podprowadził, a teraz od nowa daje?
No widzisz Martyna uśmiechnęła się szeroko przynajmniej konsekwentny jest.
Następnego poranka Wojtkowi dzwonił telefon co chwilę Zbyszek. Mąż długo patrzył na ekran, potem rzucił spojrzenie na Martynę, która spokojnie popijała kawę przy książce. Ściszył, odwrócił ekran w dół.
Nie odbierzesz? spytała.
Nie. Niech wytrzeźwieje. Niech przemyśli sprawę. A może nie odbiorę wcale. Szczerze mówiąc, podobała mi się ta cisza wczoraj wieczorem.
Mama będzie się martwić zauważyła Martyna.
Mama sobie poradzi. Dobrze jej zrobi, że zobaczy, że ja też mam charakter. Właściwie my mamy. Jesteśmy teraz jedną drużyną, co?
Drużyna uśmiechnęła się Martyna. Drużyna miłośników ciszy i kaczki z jabłkami.
Po tygodniu dowiedziała się od teściowej, że Zbyszek rozpowiada rodzinie, jak to wredna synowa go za nic na bruk wywaliła, a biedny brat pod stołem siedział. Wszyscy niby klepali go po ramieniu i litowali się, ale jakoś do Martyny i Wojtka zaczęło coraz częściej wpadać więcej członków rodziny i nagle, cudownie, wszyscy byli wybitnie uprzejmi. Najwyraźniej wieść, że tutaj nie toleruje się chamstwa, działała skuteczniej niż jakikolwiek alarm.
A obrus, tak na marginesie, Martyna odplamiła starym babcinym sposobem solą i wrzątkiem. Tak samo jak Zbyszka z ich życia. Trochę wysiłku, trochę pieczenia, ale za to znów czysto i ładnie.




