Kupuję dla siebie najlepsze mięso z indyka i przygotowuję zdrowe kotlety na parze, a dla męża schab …

Kupiłam sobie świeżutką pierś z indyka z targu, zrobiłam parowane kotlety tak delikatne, że niemal rozpuszczały się między palcami, a on dostał karkówkę lekko już szarzejącą, którą znalazłam na promocji w Biedronce. Przyprawiłam mocno, bo zapach nieprzyjemny się unosił, ale jemu i tak wszystko jedno.

Mam pięćdziesiąt siedem lat. Przez większość życia toczyłam się przez codzienność jak chomik w słoiku trzydzieści lat żony, matki, gospodyni, kombajnista domowy, wszystko w jednym. Z mężem mamy dwie córki: Weronikę i Jolantę, obie wyszły na ludzi, obie przeze mnie wykarmione, ubrane i wypchane wiedzą do szkół. Odkąd pamiętam, sama robiłam pranie, sama gotowałam, sama biegałam między trzema etatami trochę w bibliotece miejskiej, trochę papierologia w urzędzie i jeszcze sprzątanie klatek w soboty.

A mój mąż, Staszek zawsze ciągnął się na ogonie. Owszem, czasami popracował pół roku na budowie w Kielcach albo w magazynie w Tesco, ale przeważnie kręcił się po domu i czekał, aż coś się samo zrobi. Teraz, jak dostał swoją emeryturę, całkiem już zestarzał się przy telewizorze, z pilotem w ręce, i rusza się tylko do lodówki.

Prosiłam go tyle razy: Staszek, idź do pracy choćby do ochrony na nocną zmianę w markecie, albo znajdź sobie coś! Ale zawsze mówił, że niepotrzebnie histeryzuję, przecież mamy za co żyć. Ale on bardzo wie, co dobre. Gdy wracam styrana z pracy, trochę kaszlu, trochę śniegu na chodnikach, a on już wyjadł z lodówki wszystkie najlepsze kąski, zostawiając mi w garnku resztki zupy.

Moja znajoma Zośka z osiedla powiedziała: A trzeba gotować osobno! Sobie świeże, jemu promocje z końcówką daty! Więc zaczęłam, tłumacząc mężowi, że lekarz kazał mi przejść na lekkostrawną dietę. Kazałam mu nie ruszać mojego jedzenia, wszystko trzymałam poukrywane.

Teraz, kiedy schodzi do piwnicy po ziemniaki, wyciągam z szafki ptasie mleczko i delicje. Kiełbasę krakowską, ser z Podhala chowam na tylnej półce lodówki, tam gdzie trzymałam słoiki po ogórkach. Mamy dwie lodówki: w jednej trzymam normalne zakupy, w drugiej moje skarby, taktycznie za konserwą z bigosem.

Mężczyźni nic nie widzą wiecie, jak jest. Dla siebie kupuję makaron włoski z pszenicy durum, dla niego najtańsze nitki, polane olejem rzepakowym jak za PRL-u. Zawsze znajdzie się kawałek mięsa, który trzeba mu dobrze doprawić, żeby nie poczuł, że coś już nie pierwszej świeżości.

Nie mam wyrzutów sumienia. Uważam, że jeśli Staszek chce jeść dobrze, powinien trochę się rozejrzeć za robotą, zamiast siedzieć w kapciach przed telewizorem. W tym wieku rozwód byłby już kompletną głupotą całe życie razem przeleciało, dom kupiliśmy wspólnie, więc po co jeszcze dzielić metry i złotówki na pół? Wszystko jest jak dziwny sen: biegam między lodówkami w nocy, kryję się przed własnym mężem, a świat kręci się dalej, jakby nic się nie stało.

Oceń artykuł
TwojaCena
Kupuję dla siebie najlepsze mięso z indyka i przygotowuję zdrowe kotlety na parze, a dla męża schab …