Na wakacjach z bezwstydną rodziną: Jak podczas rodzinnego wyjazdu w zapyziałym pensjonacie postawić …

Ja już dwie tygodnie tu wytrzymuję, Szymon! Dwie tygodnie w tej oborze, którą ci ludzie nazywają pensjonatem.
Po co my się w ogóle zgodziliśmy?
Bo mama prosiła. Zosi trzeba odpocząć, Zosia ma trudne życie przedrzeźniał siostrę brat.
Prawda, ciotka Zosia nie miała szczęścia w życiu, ale żal jej jakoś do Oli nie przychodził. Ani odrobinkę.
Zosia, młodsza siostra mamy ze strony matki, zawsze uchodziła w rodzinie za biedną krewną, której wszyscy są coś winni.
Walizka nie chciała się domknąć. Ola z pasją dociskała kolanem wieko, próbując zapiąć zamek, lecz ten uparcie się rozchodził, wyrzucając na zewnątrz róg ręcznika plażowego.

Za cienką sklejką, która w tym lichym domu gościnnym dumnie udawała ścianę, rozlegał się wrzask wrzeszczał Adaś, sześcioletni synek ciotki Zosi.

Nie chcę kaszy! Chcę nuggetsów! darł się, jakby go obdzierali ze skóry.

Po chwili usłyszała głośny plask, stukot talerza i zmęczony, przepalony głos samej Zosi:
No już, skarbie, no zjedz chociaż łyżeczkę dla mamusi.
Weroniko, idź szybko do sklepu, kup mu tych nuggetsów, sama widzisz dziecko się męczy.
Mnie nogi bolą, nie mam już siły.

Ola zamarła, ściskając zamek walizki. Weroniko! I mama znowu poleci!

Szymon siedział na jedynym chwiejnym krześle w ich mikroskopijnym pokoju, nosem wlepiony w telefon.

Pakować się nawet nie próbował jego torba dalej leżała w rogu w tym samym nieładzie.

Słyszysz to? szepnęła Ola, zerkając na ścianę. Znów goni mamę.
Weroniko, przynieś, Weroniko, podaj. Mama zaraz pobiegnie.
Nie nakręcaj się mruknął Szymon bez podnoszenia wzroku. Jutro wracamy do domu.
Ja już dwie tygodnie to znoszę, Szymon! W tym chlewie, co go pensjonatem zwą! Po cośmy się zgodzili?
Bo mama prosiła. Cytat: Zosi trzeba odpocząć, Zosia całe życie cierpiała sparodiował ich matkę brat.

Ola usiadła na skraju łóżka, które przy tym żałośnie zapiszczało.

Życie Zosi naprawdę nie rozpieszczało, ale współczuć jej Ola nie potrafiła. Zupełnie.

Zosia była zawsze tą biedną, której wszystko się należy.

Pierwsze dziecko zmarło, niemal tuż po urodzeniu tragedia, o której w rodzinie mówiło się szeptem.

Potem pojawił się mąż, co to nie przepuścił żadnej okazji do kieliszka, i w końcu stracił przez to wszystko dosłownie i w przenośni już parę lat temu.

Ciotka Zosia samotnie wychowywała dwoje dzieci, każde z innym ojcem, mieszkali całą gromadą u babci. A tam jeszcze kolejny kandydat na mężczyznę życia już ósmy z kolei.

Zosia nie znosiła pracy. Uważała, że jej rolą jest upiększać świat i cierpieć, a za to radosne przedstawienie płacić mają inni.

W pierwszej kolejności mama Oli, Weronika, która wedle siostry ma pieniędzy na kopy.

Ola podeszła do okna. Widok był malowniczy: na kontenery i ścianę sąsiedniego kurnika.

Pomysł wyjazdu należał do mamy. Wyjedźmy razem, rodzinnie, Zosi trzeba pomóc, musi się oderwać.

Pomóc oznaczało, że Weronika opłaciła większość wyjazdu, kupowała jedzenie i gotowała dla całej tej zgrai, kiedy Zosia, razem z nowo poznaną przy basenie Danutą, leżały całymi dniami, leniwie plotkując.

Pakuj się rzuciła Ola do brata. Wieczorem idziemy na pożegnalną kolację. Do restauracji.

***

Restaurację, naturalnie, wybrała Zosia.

Chciała spróbować czegoś drogiego.

Miejsce było na rynku, dwa stoły złączono, żeby pomieścić całe to stado tak nazywała ich w myślach Ola.

Zosia w cekinowej sukni, która z trudem opinała się na biodrach, zasiadła obok Danuty potężnej, głośnej kobiety o wodzie utlenionej na głowie.

Kelner! zawołała Zosia, bez zaglądania do menu. Najlepsze co macie! Szaszłyki, sałatki i tej, czerwoną, karafkę, poproszę!

Weronika, mama Oli, usiadła z brzegu i z ledwo widocznym uśmiechem obserwowała świat. Wyglądała, jakby była na granicy sił.

Przez dwa tygodnie nie zamknęła oczu: to Adaś z histerią, to Zosi niedobrze, to Julii się nudzi.

Mamo, może zamów rybę, przecież mówiłaś szepnęła do niej Ola, pochylając się.

Gdzie tam… Za drogo machnęła Weronika ręką. Sałatka mi wystarczy. Niech Zosia zje, tyle się wycierpiała w tym roku.

Olę aż zalała złość. No pewnie, wycierpiała Oto Adaś, mały książę, walił łyżką w talerz.

Nakarm! zażądał, nie odrywając wzroku od ekranu.

I Zosia, przerywając plotki z Danutą, posłusznie nakarmiła go puree.

Moja żabko zamruczała. Jedz, nabieraj sił.

Ma sześć lat! wybuchnęła Ola. Sam jeść nie potrafi?

Przy stole zapadła grobowa cisza. Zosia wolno obróciła głowę.

A kto cię pytał, droga bratanico? wysyczała. Urodź własne, to się wymądrzaj.

Mój synek jest bardzo wrażliwy, wymaga troski!

Potrzebuje granic, nie tabletu przed obiadem odbiła Ola. Drze się wniebogłosy, jak mu coś nie pasuje. Chce pani wychować roszczeniowca?

Daj spokój, no! wtrąciła się Danuta, trzepiąc rękami. Ty popatrz, psycholożka się znalazła, młoda a głupia.

Kury jajek uczyć! Życia nie poznała, a poucza.

Ola, ucisz się szepnęła mama, pociągając ją za rękaw. Nie psuj wieczoru

Wieczór wlekł się w nieskończoność. Zosia z Danutą opowiadały o facetach, obmawiały sąsiadów z pensjonatu, skarżyły się na swoją ciężką dolę.

Julia, córka Zosi, siedziała w telefonie, rzucając pogardliwe spojrzenia. Adaś od czasu do czasu wznosił ryk o deser i zaraz dostawał największe lody w karcie.

Kiedy przyszło do rachunku, Zosia westchnęła:
Oj, zapomniałam portfela w pokoju! Weroniko, zapłać, od razu ci oddam w domu

Już ci, oddasz pomyślała Ola, patrząc, jak mama bez słowa wyciąga kartę. Powtórka znanego scenariusza.

***
Do pensjonatu wracali po północy. Ola od razu zamknęła się w łazience chciała zmyć z siebie lepki ciężar tego wieczoru.

Woda lała się kapiąc cienkim strumieniem, raz lodowata, raz wrząca.

Wychodząc z mokrymi włosami, przechodziła obok kuchni, gdzie przy uchylonych drzwiach rozlegało się głośne szeptanie.

No patrz na nią, tą królewnę! kwękała Danuta. Gębę grymaśną struga.

On sam nie je I co ci do tego, smarkulo? Nawet życia nie liznęła.

Jakby nie ty, Werka, dawno by już w polu pracowała, zamiast w restauracji nos wywalać.

Pusta i wyniosła pannica. Ani chłopa, ani rozumu, tylko fochy.

Ola wstrzymała oddech. Serce jej waliło w uszach. Czekała. Czekała, aż mama uderzy pięścią w stół, powie: Zamknij się Danuta! Nie waż się tak mówić o mojej córce!. Albo przynajmniej wyjdzie.

Tymczasem za drzwiami tylko ciężkie westchnienie Zosi, a potem jej zawodzący głos:

Oj, masz rację, Danusiu. Ciężka ta Ola. Po ojcu taka Tamci też byli tacy z pretensjami.

Nie to co moje. Julka z charakterem, ale przynajmniej pogodna, dobra dusza. Ta patrzy na nas jak na nic nie warty brud. Mam wrażenie, że nie mogę przełknąć, gdy ona przy stole.

Masz ją rozpuszczoną, Werka! przytaknęła Danuta. Trzeba było po tyłku, a nie głaskać.

A teraz? Królewna, matki nie szanuje. Moja by za drzwi wyleciała, niechby sobie świata popróbowała!

Ola oparła czoło o futrynę. Mama cisza.

Siedziała tam z nimi, piła herbatę (albo coś mocniejszego, sądząc po smrodzie) i słuchała, jak jej jedyną córkę obrabiają ze wszystkich stron.

Ola nagle się wyprostowała, drzwi walnęły o ścianę.

Cisza.

Siedziały wszystkie przy plastikowym stole zawalonym pustymi opakowaniami.
Zosia w swojej błyszczącej sukni do połowy rozprutej pod pachą, Danuta z czerwonym od alkoholu licem i mama

Mama, która natychmiast głowę w ramiona schowała.
To ja jestem ta pusta pannica? Ola nie drżała. Jej głos był zimny jak lód.

A ty, ciociu Zosiu, to niby taka święta dusza?

Ciotka wybałuszyła oczy, Danuta wolno wstała, groźna jak góra.

Co podsłuchujesz, gówniaro? warknęła. Uszy grzejesz?

Nie podsłuchuję, same się drzecie na cały pensjonat Ola weszła do kuchni, patrząc Zosi w oczy. Co, ciociu Zosiu? Nagle kawałek w gardle staje?

A jak mama za ten kawałek płaciła w restauracji, to ci przechodziło, co?

Ty niewdzięczna! zawyła ciotka, czerwona aż po uszy. My tu wszystko z sercem, a ty nosem wzgardzasz!

Ja ci matką mogę być, a ty mnie za kawałek chleba wytykasz?!

Idź i popatrz na siebie w lustro!

Nie o pieniądze chodzi, tylko o twoją bezczelność! wreszcie Ola wybuchła. Od zawsze siedzisz mamie na karku!

Raz mąż, raz inny, potem dzieci, potem twoje wieczne choroby!

Mama zapie… jak koń, byleby tobie kupić wczasy, a ty jeszcze obgadujesz ją za plecami!

Twoja córka to rozwrzeszczana nastolatka, która przeklina na lewo i prawo i nogami w ciebie wyciera, a ty śmiesz mnie pouczać?

A twój syn to mały manipulator, któremu nigdy nie powiesz nie!

Zosia zamilkła, nie wiedząc, co powiedzieć.
Ola! pisnęła Weronika, zrywając się. Przestań natychmiast! Idź do pokoju!

Nie pójdę, mamo Ola spojrzała jej prosto w oczy, a w tych oczach była tylko rozpacz. Siedzisz tutaj i słuchasz, jak obca baba, którą znamy dwa dni, oblewa mnie błotem. I milczysz. Pozwalasz im!

Danuta odsuwając krzesło ruszyła na Olę, zaciskając tłuste grabie.

No dobra, smarkulo, zaraz cię nauczę szacunku

Zamachnęła się. Ale ręka zostaje w powietrzu, bo Szymon zdążył ją złapać.

Tylko spróbuj syknął cicho. Ciociu Zosiu, zbierajcie rzeczy. My wyjeżdżamy.

Jakie my, co to znaczy?! zapiszczała Zosia, czując, że traci kontrolę. Ja nigdzie nie jadę! Jeszcze mamy dwa dni opłacone!

Weroniko! Twoje dzieci oszalały!

Wreszcie Weronika przemówiła, podeszła do Oli, złapała ją za ramiona i zaczęła szarpać.

Po co zaczynałaś?! wrzasnęła, łzy ściekły jej po policzkach. Czemu wyszłaś? Dałaśby spokój!

Zniszczyłaś wszystko! Przecież jesteśmy rodziną! Jak ci nie wstyd?!

Ola delikatnie odsunęła ręce matki. Coś w niej się zerwało na zawsze.

Mnie nie wstyd, mamo wyszeptała. Tobie powinno być za to, co pozwalasz w stosunku do nas

Odwróciła się i wyszła. Szymon za nią.

Pakowali się w milczeniu. Za cienką ścianą Zosia wyła o niesprawiedliwym losie, a Danuta przytakiwała, nazywając Olę i Szymona potworami.

Julia, zbudzona hałasem, narzekała, że nie daje się jej spać.

Nie damy rady wyjechać teraz powiedział Szymon, zatrzaskując walizkę. Autobus rano. Poczekamy na dworcu.

Wszystko mi jedno Ola wrzuciła kosmetyki do reklamówki. Wolę dworzec niż ten chlew. Ani chwili dłużej tu nie wytrzymam.

A mama?

Ola zastygła z koszulką w dłoniach.

Mama dokonała swojego wyboru. Została tam pocieszać siostrę

***
Ola z matką już się nie kontaktuje, Szymon też. Rodzicielki nie potrafili wybaczyć.

Weronika kilka razy próbowała dzwonić, mówiła, że wybaczy dzieciom, jeśli przeproszą Zosię ale i Ola, i Szymon byli pewni, że takiego przebaczenia nie chcą.

Wystarczy, mieli tego po kokardę.

Skoro matka lubi usługiwać siostrze proszę bardzo. Im bez tej bezczelnej rodziny żyje się lepiej.

Oceń artykuł
TwojaCena
Na wakacjach z bezwstydną rodziną: Jak podczas rodzinnego wyjazdu w zapyziałym pensjonacie postawić …