– Zamieszkamy u ciebie na jakiś czas, bo nie stać nas na własne mieszkanie! – oznajmiła mi przyjació…

12 marca

Dzisiaj znowu wróciłem myślami do pewnego wydarzenia sprzed lat, które na długo pozostanie w mojej pamięci.

Zawsze byłem człowiekiem aktywnym, pełnym ciekawości świata. Chociaż mam już sześćdziesiąt pięć lat, nie potrafię usiedzieć w miejscu i chętnie podróżuję, odkrywam nowe miejsca lub spotykam się z interesującymi ludźmi. Z nostalgią, lecz i uśmiechem wspominam młodość kiedyś wakacje spędzało się, gdzie tylko dusza zapragnęła! Było nas wtedy stać na wyjazd nad Bałtyk, wyprawę pod namiot z kolegami, czy nawet kajakowy spływ Pilicą. To były tanie czasy wystarczyło parę złotych, by zobaczyć kawał świata.

Ale to już przeszłość.

Zawsze lubiłem otaczać się ludźmi, poznawałem ich na plażach, w teatrach, często przeradzało się to w długie przyjaźnie. Takim właśnie sposobem poznałem Zofię. Spędzaliśmy wakacje w tym samym pensjonacie w Zakopanem. Od tamtej pory pisywaliśmy do siebie listy, czasem przesyłaliśmy życzenia na święta. Przez kilka lat byliśmy w kontakcie, aż pewnego dnia dostałem dziwny telegram. Bez podpisu, z krótką wiadomością: Pociąg przyjeżdża o trzeciej w nocy. Czekaj na mnie na dworcu!.

Zużyłem sporo głowy, kto mógł coś takiego mi wysłać, ale nie odważyłem się pojechać na dworzec, zwłaszcza że z żoną nie spodziewaliśmy się nikogo. A jednak, o czwartej nad ranem, ktoś zadzwonił do drzwi. Otworzyłem i oniemiałem. Na klatce stanęła Zofia, dwie nastoletnie córki, babcia oraz jakiś mężczyzna (później okazało się, że szwagier). Z walizkami, torbami, siatkami pełnymi rzeczy. Patrzyliśmy z żoną zaskoczeni, lecz wpuściliśmy ich do mieszkania. Wtedy Zofia rzuciła:

Czemu nie czekałeś na dworcu? Przecież wysłałam telegram! Musiałam wziąć drogi kurs taksówką, wszystko kosztuje!
Nie miałem pojęcia od kogo! tłumaczyłem się.
Przecież masz mój adres, a ja twój! No i jestem.
Myślałem, że będziemy tylko listy sobie przesyłać…

Po chwili Zofia wyjaśniła, że jej starsza córka właśnie zdała maturę i wybiera się na studia w Warszawie, a cała rodzina postanowiła ją wesprzeć. No i uznali, że najłatwiej będzie im zatrzymać się u nas.

Będziemy mieszkać u was! Po prostu nie mamy żadnych oszczędności na wynajem, a wy macie tak blisko do centrum!

Byłem w szoku nie jesteśmy nawet spokrewnieni, dlaczego miałbym zgodzić się na takie rozwiązanie? Przez kolejne trzy dni karmiliśmy ich regularnie, chociaż czasami przynieśli coś z bazarku, to i tak nie ruszyli palcem w kuchni. Czułem się jak kelner w restauracji. Nie wytrzymałem. Przyszedłem na rozmowę do Zofii i delikatnie, lecz stanowczo poprosiłem, aby znaleźli sobie inne miejsce. Nie obchodziło mnie, dokąd pójdą. Rozpętała się awantura Zofia krzyczała, rzucała talerzami, robiła mi wymówki.

Byłem przerażony jej zachowaniem. Finał był taki, że wybiegli, trzaskając drzwiami. Dopiero później zauważyliśmy brak mojego szlafroka, kilku ręczników i… mojego ulubionego, wielkiego garnka do gotowania bigosu! Do dzisiaj nie wiem, jak im się udało go wynieść. Po prostu zniknął jak kamfora.

Tak zakończyła się nasza znajomość. Dzięki Bogu! Ani listu, ani widoku na oczy od tamtej pory. Teraz, poznając ludzi, nabrałem ogromnej ostrożności. Przekonałem się, że nawet najdłuższa korespondencja nie zastąpi prawdziwej znajomości i nie warto wszystkim ufać.

Oceń artykuł
TwojaCena
– Zamieszkamy u ciebie na jakiś czas, bo nie stać nas na własne mieszkanie! – oznajmiła mi przyjació…