OD MIŁOŚCI DO NIENAWIŚCI TYLKO JEDEN KROK
Lidkę Krutowską nienawidziłam od pierwszej klasy za jej wrodzoną chudość. Ta wywrotna szkapa była jednak moją najlepszą przyjaciółką.
Michał Barczak, wieczny dwójkowicz i powtarzający klasę, już w dziewiątej klasie wymyślił nam przezwiska. Lidkę ochrzcił Lidką Markówną. Za każdym razem, gdy wchodziła do sali, Michał układał ręce jakby ogrzewał się w futrzanej mufce i śpiewał radośnie:
Pięć minut, pięć minut! To dużo czy mało?
Twarz Lidki rozpływała się wtedy w zadowolonym, pysznym uśmiechu. Szedła powoli między ławkami, kołysząc swoimi patykowatymi biodrami.
Ja zaś próbowałam cichaczem wejść do klasy po dzwonku, przemykałam się na ugiętych nogach. Niestety, nie zawsze się udawało. Gdy tylko nie zdążyłam, ten głupi wielkolud najpierw wrzeszczał:
Dzień doooobry, Ludmiło Jerzyna!
A potem zaczynał fałszować:
Zupełnie jak Wisła z daleka płynie!
Moja twarz płonęła ogniem. Łzy ciurkiem spływały po policzkach i moczyły moją wcale nie dziewczęcą pierś. Lidka zawsze brała mnie w obronę. Rzucała w Michała podręcznikami, wyzywała go od kretynów i śmiała się przy tym zadziornie, jak tylko piękne i pewne siebie dziewczyny potrafią. Wszyscy wiedzieli, że Michał i Lidka są w sobie zakochani. I nikt z nas nie pojmował, czemu kozica Krutowska przyjaźni się z krową Sazon, czyli mną Ludmiłą Sazon.
I ja też nie rozumiałam, czemu Lidka się ze mną koleguje. A ona tylko się złościła i wybuchała:
Ty to jesteś głupia, Sazon! Same piątki masz, a nie wiesz, że nie przyjaźni się za figurę czy piękne oczy. Ty jesteś dobrym człowiekiem! No Lidka! No przecież nie wszyscy muszą być chudzi! Popatrz ile znanych grubasków uwielbiają na świecie!
Znani w ogóle mnie nie interesowali. Mnie nie interesowało nic poza Barczakiem. A Barczaka tylko Lidka. Widziałam, jak na nią patrzy. Na mnie nigdy. Tak się odwracał, jakby biedaka widział, któremu żal dać kilka groszy, a banknotów z żalu też nie rzuci. Albo drwił, albo ignorował.
Przed Nowym Rokiem uprosiłam rodziców, żeby przepisali mnie do innej szkoły. Mama złożyła podanie, zabrała dokumenty z sekretariatu i po feriach zaczynałam nowe życie. Z poprzedniego została tylko Lidka.
Pokłóciłam się z przyjaciółką na dobre. Nazwała mnie zdrajczynią, obraziła się i trzasnęła drzwiami. Ale szybko zmieniła zdanie. Wróciła i nagle zaczęła dzwonić do drzwi.
Otworzyłam z szerokim, radosnym uśmiechem i stanęłam jak wryta. Na klatce stał Barczak. Wściekły, z rozchyloną czarną kożuchem, bez czapki, cały w śniegu:
Co ty wyprawiasz, Sazon? Dyrektorka wie, środku roku się przenosić? Za pięć miesięcy egzamin, a ty uciekasz? Ja się pytam!
Nie słyszałam, co mówił. Nie słyszałam, tylko nic nie rozumiałam. Jedyne co wiedziałam, to że chcę zapamiętać tę magiczną chwilę sam Michał Barczak na naszym progu. Tak piękny, aż oczy boli! Policzki czerwone od zimna, oczy błyszczą. I od tej piękności nagle zebrałam się na odwagę, zaczęłam ironizować:
Co? Przestraszyłeś się, że nie znajdziesz innej miękkiej idiotki, żeby się wyżywać?
Co powiedziałaś? Gdzie ja ci znajdę drugą taką wariatkę, Sazon? Jesteś jedyna taka na całym świecie! syknął przez zęby Barczak, złapał mnie za rękę, wyciągnął na korytarz i przytulił.
Nie, nie przytulił to nie było czułe przytulenie. To był akt desperacji. Jakby mnie mu zabierali, a on nie chciał oddać. Potężną dłonią przycisnął moją głowę do swojej piersi w szorstkim wełnianym swetrze, nie pozwalając się ruszyć. Drugą dłonią trzymał mnie za plecy. Byłam w pułapce ale dziwnie dobrze się czułam. Jak w śnie. No albo w marzeniach. Skąd on wiedział o moich marzeniach? Może znowu chciał się pośmiać? Przecież nie mógł się domyślić I wtedy przerażenie mną wstrząsnęło zaczęłam płakać, szlochałam długo, długo Aż łzy się skończyły i zaczęłam się uspokajać. Jeszcze parę razy chlipnęłam, najpierw nie zdając sobie sprawy co się dzieje. Barczak nagle przytulał mnie delikatnie, kołysał jak dziecko:
Popłacz sobie, Lidka. Mówią, że czasem trzeba. Moja mama tak mówi. I mówi też, że jestem dureń. Że jak się ktoś podoba, to trzeba podejść i po ludzku powiedzieć. No więc, Lidka, ja przyszedłem ci dziś powiedzieć, że jestem głupi. Lidka, podobasz mi się, słyszysz?
I jeszcze się ciebie wstydzę Ty prymuska, na medycynę zdawać będziesz, a ja? Cały świat się cieszy, jak dostanę się do technikum drogowego. A jak twoi rodzice nie pozwolą ci się ze mną spotykać? Po co im taki gapa? Ale ja nie jestem głupi! Po prostu mnie te sinusy, cosinusy nie interesują Chcę być mechanikiem, kocham samochody i ciebie.
A co z Krutowską?
Krutowska? Za kilka lat będzie świadkową na naszym weselu! usłyszałam, podniosłam głowę, spojrzałam mu prosto w oczy i wyszeptałam:
Nienawidzę cię
I dobrze! Od miłości do nienawiści jeden krok! Jeszcze mnie pokochasz! odpowiedział mój przyszły mąż i uśmiechnął się.
Minęło trzydzieści lat.
Rocznicy ślubu zwykle nie świętujemy. Ale dzień, w którym zaczęła się nasza rodzina ten obchodzimy. Dzisiaj już po raz trzydziesty. Najpierw tylko we dwoje. Później we troje, z córką. Cztery lata później we czworo, z synem.
Wieczorem znowu zbierzemy się przy stole z najbliższymi. Syn z dziewczyną przyjdzie. Czekam na moją ukochaną przyjaciółkę Lidkę z mężem i synem. Tylko córki nie będzie przy stole. Bo córka zajęta najważniejszą sprawą od wczoraj przygotowywała prezent dla nas. Rano urodziła córkę, Lidzię Krutowską. Zrobiła z nas z Lidką babcie.




