Andrzeju, skończył się nam olej i proszek do prania starczy może na jeszcze jedno pranie rzuciła Jadwiga, stojąc w drzwiach pokoju i wycierając mokre dłonie w fartuch. Do sklepu trzeba pójść, lista już cała się zebrała.
Andrzej nie oderwał wzroku od telewizora, na którym właśnie był ważny mecz ekstraklasy, tylko wzruszył ramionami z niechęcią.
Jadzia, przecież znasz sytuację wyciągnął bez przekonania, nawet nie patrząc na żonę. Znowu mamy opóźnienia w wypłacie u nas w fabryce. Kierownik powiedział, że żadnych premii w tym miesiącu nie będzie. Oddałem ci przedwczoraj ostatnie 150 złotych. Rozciągnij jakoś.
Jadwiga westchnęła ciężko. To rozciągnij słyszała ostatnio cały czas. Jakby domowy budżet był z gumy, który można bez końca wydłużać. Bez słowa wróciła do kuchni, otworzyła lodówkę i popatrzyła smutno na samotny słoik ogórków kiszonych i garnek z resztką wczorajszej zupy. Zupa była postna, na kurzych skrzydełkach, bo na prawdziwe mięso nie było ich stać już od trzech tygodni.
Jadwiga pracowała jako oddziałowa w miejskiej przychodni. Wynagrodzenie miała pewne, choć niewysokie. Kiedy Andrzej przynosił do domu dobre zarobki, żyli normalnie raz w roku pojechali nad Bałtyk, kupowali sobie nowe ubrania, a lodówka była zawsze pełna. Potem, z opowieści męża, kryzys uderzył w zakład pensja obcięta, premię zabrano, i z całej jego wypłaty zostawało ledwie do rachunków i na benzynę do jego auta.
Cały ciężar żywności i domowych potrzeb spadł na barki Jadwigi. Brała nadgodziny, dyżurowała w soboty i niedziele, żeby jakoś się utrzymać. Andrzej… Andrzej wracał z pracy zmęczony, kładł się na kanapie i narzekał na światową niesprawiedliwość, wymagając mimo to trzydaniowej kolacji.
Rozciągnij szepnęła do siebie Jadwiga, patrząc na pustą maselniczkę. Już naprawdę nie ma czego rozciągać. Wszystko się zaraz rozerwie.
Następnego dnia, wracając z pracy, jak zwykle weszła do Biedronki. Stała długo przy stoisku z mięsem, patrząc na apetyczne plastry karkówki, aż wzięła paczkę kurzych żołądków. Tanie i wystarczy na kilka dni po duszeniu w śmietanie. Przy kasie wyciągnęła z portmonetki całą resztę. Do zaliczki trzy dni, a portfel pusty.
Wieczorem, kiedy żołądki pyrkotały na kuchence, Jadwiga wycierała kurze w przedpokoju. Andrzej już spał, zmorzony pełną kolacją i paroma puszkami piwa, które zgodnie z jego słowami kupił za drobne z oszczędności.
Wzięła męża kurtkę, żeby odwiesić ją na miejsce, i poczuła, że coś w kieszeni jest. Wiedziała, że nie powinno się grzebać po cudzych kieszeniach, ale to stara nawyk zawsze sprawdzała ubrania przed praniem. Ręka natrafiła na złożony świstek.
To był paragon. Ale nie ze sklepu spożywczego. Wydruk z bankomatu, z tego samego wieczoru, godzina 18:45. Jadwiga rozwinęła papierek, i poczuła, jak nogi uginają się pod nią.
Stan rachunku: 15 300 zł
Mrugnęła, myśląc, że coś źle widzi. Może przecinek przeoczyła? Nie cyfry były wyraźne. Na dodatek wyżej widniał zapis ostatniej operacji: Wpływ wynagrodzenia: 3 700 zł.
Trzy tysiące siedemset. A do domu przyniósł sto pięćdziesiąt. I to miało być wszystko?
Jadwiga osunęła się na siedzisko w przedpokoju. W głowie szumiało. Przypomniała sobie, jak miesiąc temu chodziła w starych, przemakających butach, bo Andrzej powiedział: Jadźka, wytrzymaj jeszcze, nie ma pieniędzy. Przypomniała sobie, jak nie poszła do dentysty, łagodząc ból tabletkami. Kurze skrzydełka i żołądki raz jeszcze stanęły przed oczami.
Żal, gorący i ostry jak szczawiowy kwas, rozlał się po sercu. To nawet nie był już żal, tylko zdrada. Ona sobie żałuje podpasek i herbaty, a on chomikuje tysiące. Po co? Na nowy samochód? Dla innej kobiety? Czy zwyczajnie z chciwości, licząc, że żona wyżywi ich sama?
Delikatnie wsunęła paragon z powrotem do kieszeni. Czuła, że powinna wejść do sypialni i rzucić Andrzejowi w twarz ten świstek; urządzić awanturę, porozbijać talerze, wyrzucić go z domu. Ale się powstrzymała. Kłótnia nic nie zmieni. Zacznie kłamać, tłumaczyć, że to niespodzianka, że pomyłka banku.
Nie, tu potrzeba innego działania.
Wróciła do kuchni i wyłączyła kuchenkę. Gotowe żołądki zapachniały w całym domu, ale zjadła je bez apetytu włożyła do pojemnika i zamiast do lodówki schowała w torbie, z którą chodziła do pracy.
Nie ma pieniędzy, to nie ma pomyślała z przekąsem.
Następnego ranka wyszła z domu wcześniej niż zwykle, nawet nie gotując mężowi śniadania. Na stole zostawiła tylko pusty talerz i kartkę: Przepraszam, skończyły się produkty, nie mam pieniędzy. Napij się wody.
Cały dzień w przychodni działała jak robot, myśląc o tym, co będzie wieczorem. W czasie przerwy na obiad pierwszy raz od miesięcy pozwoliła sobie na porządny obiad z gulaszem, ziemniakami i kompotem ze stołówki.
Wieczorem wróciła do domu bez żadnych siatek i reklamówek. Ręce wolne, plecy wyprostowane.
Andrzej wyszedł jej naprzeciw. Jego twarz była naburmuszona.
Jadzia, czemu tak późno? Głodny jestem jak wilk. W lodówce pustki, nawet jajek nie ma. Byłaś w sklepie?
Jadwiga zdjęła płaszcz, buty i poszła do pokoju.
Nie, Andrzeju, nie byłam.
Że jak? A na kolację co będzie?
Nie będzie nic usiadła na kanapie z książką w ręku. Mówiłam przedwczoraj, że nie mam pieniędzy. Zaliczka dopiero pojutrze. Dziś w pracy piłam tylko herbatę, więc wytrzymam bez jedzenia. Ty też wytrzymaj. Kryzys przecież.
Andrzej otwierał i zamykał usta, niczym złapana na wędkę ryba. Chyba myślał, że Jadwiga, jak zwykle, wyczaruje cud: pożyczy od koleżanki, znajdzie zaskórniak, wygrzebie coś z szafek.
Bez przesady… wydusił. To co ja mam zrobić?
Napij się wody. Albo idź spać, na głodno lepiej się śpi.
Trzasnął drzwiami, poszedł do kuchni i zaczął grzebać w szafkach. Sądząc po zapachu, ugotował resztki suchego makaronu. Jadwiga uśmiechnęła się gorzko. Gołe kluski bez masełka i kiełbasy danie w sam raz dla milionera z piętnastoma tysiącami na koncie.
Następnego dnia historia się powtórzyła. Jadwiga zjadła porządny obiad na stołówce, kupiła sobie w kawiarni kawę i drożdżówkę, zjadła ją w parku na ławce. Do domu wróciła syta, spokojna.
Andrzej był już bardziej agresywny.
To już przestaje być śmieszne, Jadwiga! Dwa dni jem same kluski! Z kogo ty sobie żarty robisz? Ty tu jesteś gospodynią, czy jaką?
Jestem żoną, Andrzej, nie czarodziejką odpowiedziała spokojnie. Bez pieniędzy nie zrobię zakupów. Daj mi pieniądze to ugotuję rosół, usmażę kotlety. W czym problem?
Przecież mówiłem, że nie mam! odburknął, mimowolnie uciekając wzrokiem. Opóźnienia!
No to ja też nie mam. Siedzimy na diecie. Dla zdrowia dobre.
Wieczorem Andrzej wyszedł z domu, przyszedł później, pachnąc kebabem. Jadwiga odnotowała, że na kebab pieniądze jednak znalazł. Niczego nie przyniósł do domu.
Minął tydzień. W domu zawisła lodowata atmosfera. Jadwiga przestała gotować, sprzątać po mężu, nie prała jego rzeczy.
Nie ma proszku odpowiadała na jego pretensje o brudne koszule. Nie ma pieniędzy na nowy.
Andrzej denerwował się, próbował ją przekonać, potem grał na litość, a w końcu krzyczał.
Zimna się stałaś! wrzasnął w piątek wieczorem. Pracuję, wracam do chlewu, w domu brud, nie ma co jeść! Po co mi taka żona?
A po co mi taki mąż? spytała chłodno Jadwiga, patrząc mu prosto w oczy. Który nie potrafi zapewnić rodzinie kromki chleba i proszku do prania? Ja też pracuję, Andrzej. I też się zmęczę. Tylko jakoś wszystko jest na mojej głowie.
Bo jesteś kobietą! To twoja powinność!
Moją powinnością jest kochać i troszczyć się, gdy we mnie się dba. A jednostronna gra się skończyła.
W sobotę rano Jadwiga obudziła się od zapachu kiełbasy i jaj na patelni. Wyszła do kuchni Andrzej siedział przy stole, pożerając jajecznicę z pomidorami, popijając kawą i podgryzając kanapki z serem.
Na widok żony zaciął się, ale szybko opanował.
O, już wstałaś. To siadaj, jak chcesz. Znalazłem trochę drobnych w zimowej kurtce, to poszedłem do sklepu.
Na stole leżały kiełbasa z wyższej półki, dobry ser, paczka jajek. Drobne z kurtki zaśmiała się w duchu Jadwiga.
Nie jestem głodna skłamała, chcąc zobaczyć, jak długo pociągnie tę grę. Jedz, jedz, siły ci się przydadzą.
Andrzej jadł, spuszczając wzrok. Było mu nieswojo pod jej spojrzeniem, ale głód był silniejszy.
Jadwiga, zaczął w końcu, kończąc kanapkę. Może już skończmy ten cyrk. Pożyczyłem od Sławka dwa tysiące. Weź, idź do sklepu, ugotuj normalnie. Tak żyć się nie da.
Położył na stole dwustuzłotowy banknot. Jadwiga spojrzała na pieniądze, potem na męża.
Pożyczyłeś od Sławka? zdziwiła się. Ciekawe z czego oddasz? Przecież nie masz wypłaty.
Oddam jakoś! fuknął. A tobie co z tego? Idź do sklepu.
Jadwiga wzięła pieniądz, obróciła w palcach.
Dobrze. Pójdę do sklepu. Kupię tylko to, co dla mnie potrzebne. Ty jedz u Sławka, skoro taki dobroduszny.
Zwariowałaś?! Andrzej zerwał się, przewracając krzesło. Dałem ci pieniądze! Wspólne! Na dom!
Wspólne? wstała Jadwiga, jej głos zabrzmiał jak napięta struna. A te trzy i pół tysiąca, co wpływają na twoje konto, to czyje? I te piętnaście tysięcy czyj to fundusz? Fundusz wsparcia głodowych mężów?
Andrzej zamarł. Twarz mu pobladła, potem pokryła się czerwonymi plamami. Otworzył usta, zamknął, otworzył znowu.
Grzebałaś mi w kieszeniach? Szpiegowałaś?!
Nie przerzucaj winy, Andrzej. Znalazłam przypadkiem paragon, sprzątając. I wiesz, co jest najgorsze? Nie to, że ukrywasz pieniądze. To, że patrzysz, jak ja liczę grosz do grosza, odmawiam sobie wszystkiego, chodzę w dziurawych butach a ty spokojnie jesz zupę kupioną za moje pieniądze! Nie wstyd ci?
Odkładałem! wrzasnął, uderzając pięścią w blat. Zbierałem na samochód! Moja stara bryka się sypie! Chciałem zrobić niespodziankę! Ty… materialistka… tylko ci o kasę chodzi!
Niespodzianka? Jadwiga zaśmiała się gorzko. To nie niespodzianka to podłość. Ty żyłeś na mój koszt, nie ruszając własnej pensji. Pasożytowałeś na mnie, Andrzej.
Nie przesadzaj! Jestem facetem, potrzebuję auta! Chcesz, żebym się przed kolegami wstydził? A ty z tymi swoimi podrobami… Miesiąc bez mięsa, świat się nie zawalił!
Nie zemdlałam, skinęła głową. Ale zaufanie do ciebie umarło. I szacunek.
Położyła banknot z powrotem.
Zabierz swoje pieniądze. Kup sobie za nie bilet.
Jaki bilet? zapytała Andrzej zdezorientowany.
Do lepszego świata. Albo do mamy. Albo na stancję. Wszystko mi jedno. Nie chcę już żyć z kimś, kto widzi we mnie tylko służącą i idiotkę.
Wywalasz mnie? Przez kasę? Andrzej patrzył z niedowierzaniem. Dla niego to było tylko sprytne oszczędzanie na wspólne cele.
Nie przez kasę. Przez twoje podejście. Pakuj się.
Andrzej nie wyprowadził się od razu. Była jeszcze długa, wyczerpująca kłótnia. Krzyczał, oskarżał, próbował przepraszać, obiecywał kupno futra (z tej swojej kasy), znowu krzyczał. Jadwiga była niewzruszona. Jakby dopiero teraz zobaczyła go naprawdę chciwy, małostkowy, obcy.
Wieczorem spakował torbę.
Jeszcze pożałujesz! rzucił w progu. Kto cię będzie chciał po czterdziestce? Zostaniesz sama z tymi swoimi kotami! A ja znajdę sobie lepszą, co będzie mnie doceniać!
Powodzenia odpowiedziała cicho i zamknęła drzwi.
Gdy zamek trzasnął, osunęła się po drzwiach na podłogę. Była pustka. Nawet łzy nie chciały polecieć.
Poszła do kuchni. Samotny pakunek kiełbasy, kupionej przez męża, powędrował do kosza. Zajrzała do lodówki: czysto, poza jej pojemnikiem z żołądkami.
Nic nie szkodzi powiedziała sama do siebie. Przynajmniej wiem, gdzie idą moje pieniądze.
Minął miesiąc.
Jadwiga szła do domu nieśpiesznie, pachniało wiosną, bzy już kwitły. Wstąpiła do swojego ulubionego sklepu. Powoli zbierała do koszyka: słoiczek czerwonego kawioru na promocji, kawałek francuskiego sera z niebieską pleśnią, butelka wytrawnego wina, świeże warzywa, filet z łososia.
Zapłaciła kartą, na której zawsze były teraz pieniądze. Jednej osobie żyje się taniej. Czynsz niższy (woda i prąd schodziły szybciej), jedzenia też potrzebowała mniej. Znikły wydatki na piwo, papierosy, daj na paliwo, daj na naprawę.
Wróciła do domu, włączyła ulubioną muzykę. Upiekła rybę, nalała sobie wina. Usiadła przy oknie, patrząc na zachód słońca.
Zadzwonił telefon. SMS od Andrzeja.
Jadzia, co u ciebie? Może pogadamy? Przemyślałem wszystko. Miałem rację. Samochodu nawet nie kupiłem. Pieniądze mam. Zacznijmy od nowa? Tęsknię.
Jadwiga popatrzyła na ekran, upiła łyk zimnego wina. Przypomniała sobie jego twarz, kiedy krzyczał o kurzych podrobach. Upokorzenie, kiedy żebrała o proszek do prania.
Skasowała wiadomość i zablokowała numer.
Ja też tęskniłam powiedziała do swego odbicia w szybie. Za sobą. Za normalnym życiem. I już go nikomu nie oddam.
Na drugi dzień kupiła sobie nowe botki. Dobre, skórzane, włoskie. I turnus do sanatorium na dwa tygodnie. Uzbierała pieniądze z własnej, uwolnionej części pensji.
I jak się okazało, po rozwodzie życie nie kończy się. Robi się smakowitsze. I uczciwsze.



