Wiesz, Kamila i ja odkładaliśmy złotówka do złotówki przez kilka lat, żeby w końcu spełnić marzenie o własnej chatce na wsi. W zeszłym roku udało nam się kupić piękny domek w okolicach Kazimierza Dolnego. Od tamtej pory jeździmy tam praktycznie co weekend, a latem spędzamy tam całe miesiące.
Rodzice też dorzucili swoje trzy grosze, bo bardzo chcieli, żebyśmy jak najszybciej mieli własny kąt na zielonym. Radości nie było końca, więc od razu zabraliśmy się za remont i urządzanie domku z takim zapałem, jakbyśmy wygrali w totka! Zrobiliśmy szklarnię przy ogrodzie, żeby uprawiać warzywa nawet zimą. W ogrodzie pojawiła się piaskownica i huśtawki, żeby nasze dzieci miały gdzie się bawić do upadłego.
Od samego początku nasi znajomi zarówno moi, jak i Kamili bardzo chętnie nas odwiedzali. Często razem chodziliśmy nad Wisłę, bo to dosłownie kilka minut piechotą od domu. Wieczorami rozpalaliśmy grilla, piekliśmy kiełbaski, opowiadaliśmy śmieszne historie z dzieciństwa, a gdy robiło się późno, niektórzy zostawali na noc, bo wiadomo, nie każdy miał jak wrócić do domu tak późno. Wszyscy z naszej ekipy, ilekroć przyjeżdżali, gratulowali nam zakupu tego miejsca i powtarzali, że nam zazdroszczą.
Po roku to się trochę uspokoiło chyba każdy odkrył, że wpadanie co chwilę, bez zapowiedzi, to nie najlepszy pomysł. Teraz nasi goście wpadają głównie świątecznie, na większe okazje albo wtedy, gdy ich zaprosimy. Tylko jedna osoba zupełnie tego nie zrozumiała. Jeśli tylko usłyszy cokolwiek o naszym domu, momentalnie pakuje torbę i rusza do nas, nie przejmując się wcale czy pasuje nam jej wizyta.
Najgorzej, gdy jesteśmy z całą rodziną Kamila, dzieci, moi rodzice. Starałam się czasem nakłonić ją, żeby wróciła do siebie, ale to kompletnie nie przynosiło skutku. Potrafiła przesiedzieć z nami całe dwa miesiące!
W ogóle nie reaguje na delikatne wskazówki typu może już czas zacząć się zbierać. Próbowaliśmy nawet tłumaczyć, że wkrótce przyjadą rodzice Kamili, że będziemy mieli tłok, a ona na to: mogę spać nawet na zimnej podłodze, byleby dostać jakąś materac. Po prostu nie ma dla niej ograniczeń, a najważniejsze jest jej własne wygodne odwiedzanie.
Wyglądało to tak: wpadała w piątek wieczorem, a potem przez dwa dni leżała na kanapie i oglądała TV, podczas gdy my z Kamilą podlewaliśmy ogród, przesadzaliśmy pomidory i ogarnialiśmy dom. Na każdą prośbę o pomoc odpowiadała ja tu przyjechałam odpoczywać.
Nikt, ani Kamila, ani moi rodzice, nigdy nie mieli jej tego za złe tylko ja zaczynałam tracić cierpliwość. Aż wreszcie nastała zima, siedzimy sobie w domku, pijemy gorącą kawę, a ona rzuca: No szkoda, że teraz zimno, bo jakby była letnia pogoda, to już bym do was dawno przyjechała. Autentycznie aż zadrżałam, bo pomyślałam, że znów zacznie wpadać na każdy weekend. Ale nie mam odwagi, żeby jej powiedzieć prosto z mostu, że nie chcę jej widzieć co tydzień i że mnie to męczy. A co, jeśli się obrazi i zerwie znajomość?
W sumie, chciałabym, żeby trochę ograniczyła te odwiedziny. Masz pomysł, co mogę zrobić?




