Słuchaj, muszę Ci coś opowiedzieć o moich znajomych, których zawsze nazywam oszczędnymi. To są tacy ludzie, którzy potrafią przyciąć wydatki dosłownie na wszystkim na jedzeniu, na ciuchach A przecież naprawdę nie klepią biedy! Dobrze zarabiają, mieszkają w niezłym mieszkaniu i w sumie pieniądze mają, tylko ciągle na czymś oszczędzają. I tak, stać ich na wiele, ale jak przychodzi co do czego, to liczą każdy grosz.
Ja z nimi spotykam się głównie przy okazji urodziny, imieniny, czasem święta, bo na co dzień to raczej dzwonimy do siebie. Miesiąc temu przyjaciółka, Agnieszka, zaprosiła mnie na swoje urodziny. Poszłam i wróciłam tak głodna, że głowa mała.
Rano, w wyznaczony dzień, wrzuciłam do torebki prezent, który wcześniej kupiłam świeżutki portfel w fajnym wzorze, trochę wydałam, ale w końcu to prezent. Potem praca, a na czternastą zostałam zaproszona do Agnieszki i jej męża Krzysztofa. Ponieważ impreza zaczynała się koło obiadu, to już w pracy na lunch zamiast zjeść normalny obiad, wypiłam tylko kawę i zjadłam dwa kruche ciasteczka, tak wiesz, żeby się nie przejadać. Liczyłam, że na imprezie coś zjem, więc nie chciałam się zapychać.
No i na miejsce dotarłam punktualnie. Wręczyłam prezent, złożyłam życzenia żeby zdrowie było, żeby szczęście dopisywało. W żartach rzuciłam: Powiem Wam, jestem głodna jak wilk, nawet celowo nie jadłam przed przyjściem!. Krzysiek na to: Nie martw się, wszystko gotowe!. Myślę sobie: super, zaraz będzie ucztowanie.
W mieszkaniu byli oprócz gospodarzy jeszcze cztery osoby, razem szóstka gości. Wchodzę do ich salonu, a tam żadnego dużego stołu, tylko mała sofa i kilka pufek. Widać, zrobili coś w stylu szwedzkiego stołu. No dobra, trochę szkoda, bo po pracy marzyłam o konkretnym posiłku przy stole, a nie ściskaniu się na kanapie, ale co mi tam, ważne żeby fajnie było.
Na małym okrągłym stoliczku Agnieszka przepięknie poukładała jedzenie i tu żałowałam, że zjadłam tylko dwa ciasteczka na obiad! Policz, bo ja z ciekawości policzyłam wszystko: były po osiem plasterków polskiej swojskiej kiełbasy (taka wiejska, pyszna!), osiem plasterków schabu, osiem serek wszystko cieniutko pokrojone, ułożone malowniczo na talerzykach. Do tego po osiem plasterków świeżych pomidorów i ogórka, też cieniutko. Dwie mikroskopijne sałatki w miseczkach, i owoce idealnie odmierzone, po jednej porcji na osobę. Całość bogactwa wieńczyła jedna butelka wina. Jak dla mnie skromniutko, ale na pokaz wyglądało super.
Siedzę więc, przeżuwam cieniutki plaster kiełbasy z serem, ale głód mi nie przechodzi. Nawet na wino nie miałam ochoty, bo bez przekąski zaraz zemdleję. Krzysiek mówi: Teraz coś na ciepło!. No to już myślałam, że będzie gorący bigos albo coś tradycyjnego, wiadomo Polacy lubią dobrze zjeść. I co? Agnieszka przynosi główne danie: na talerzu maleńkie pieczone ziemniaczki i jedno (!) udko z kurczaka dla każdego. No śmiech na sali. Przynajmniej tort był porządnych rozmiarów, nie żałowała.
Impreza przebiegła w fajnej atmosferze, pośmialiśmy się, pogadaliśmy. Ale powiem Ci szczerze, po półtorej godziny u nich byłam tak głodna, że po powrocie do domu wstąpiłam do Żabki po bułki, wędlinę, ogórki kiszone. W domu nareszcie mogłam się najeść porządnie zrobiłam sobie tradycyjną polską kolację.
No i tak to jest: moi oszczędni znajomi potrafią zorganizować imprezę tak, żeby każdy wyszedł lekko głodny, ale za to portfel im nie ucierpiał. Czasem się zastanawiam, po co zapraszać ludzi na urodziny, jak się nie chce im dogodzić po polsku czyli tak, żeby każdy miał pełen brzuch.




