Pamiętam, jakby to było wczoraj, choć minęło już tyle lat. Ja i mój mąż zawsze byliśmy zgodnym małżeństwem. To nasze pierwsze i jedyne małżeństwo, razem byliśmy przez dwadzieścia pięć lat. Nigdy nie sprzeczaliśmy się przy naszej córce, okazywaliśmy sobie nawzajem szacunek i troskę. Ludzie mówili, że jesteśmy szczęśliwą rodziną i rzeczywiście, byliśmy szczęśliwi. Wierzyłam, że skoro żyjemy w zgodzie i miłości, nasza córka Zuzanna zobaczy to i sama kiedyś stworzy podobną rodzinę. Mówią przecież, że dzieci podążają śladami swoich rodziców.
Jednak los potrafi zaskoczyć. Zuzanna nie wyszła jeszcze za mąż, ale od dłuższego czasu spotyka się z pewnym chłopakiem. Dwa lata temu, kiedy moja mama odeszła, została po niej kawalerka w Krakowie. Razem z mężem, Janem, postanowiliśmy przekazać te mieszkanie naszej córce, by mogła łatwiej wejść w dorosłe życie. Wkrótce potem powiedziała nam, że tam właśnie mieszka ale nie sama, lecz ze swoim narzeczonym.
Nie byłoby w tym nic złego każdemu potrzeba własnej prywatności. Lecz chłopak Zuzanny od początku wzbudzał nasz niepokój. Nie pomagał w domu ani w drobnych, ani nawet w męskich pracach. Jeśli popsuł się kran, jeśli należało wymienić żarówkę Zuzanna natychmiast dzwoniła do swojego ojca, nigdy do swojego wybranka. Pytaliśmy ją nieraz, czemu narzeczony nie chce jej pomagać nie odpowiadała nic, tylko powtarzała, że „wszystko się zmieni”.
Ostatnio wyszło na jaw, że narzeczony naszej córki nie ma pracy. Nie zarabia ani grosza. Cały dom utrzymuje Zuzanna, która pracuje na dwa etaty, tylko po to, by im wystarczyło na czynsz i jedzenie. Widząc to wszystko, nie wierzę, że on naprawdę ją kocha.
Powiedziałam córce, że to zły wybór. Ale ona mnie nie słucha. Jest święcie przekonana, że jej narzeczony się odmieni, że wszystko jeszcze ułoży się dobrze. Kocha go. A ja kocham moją córkę i od tego wszystkiego serce mi pęka…




