Gdy zobaczyła, kogo tym razem przyniósł mąż, śmiała się tak głośno i dziwnie, że trzy kocięta, które przybiegły z ciemności na dźwięk jej śmiechu, schowały się za jej nogami jakby w strachu. Kotka-matka, widząc swoje dzieci, wyrwała się z ramion mężczyzny i zaczęła je lizać, wydając cichutkie pomruki.
Kierowca małego dostawczego żuka, który codziennie przewoził rozmaite drobne rzeczy po Warszawie i okolicach, dostał listę adresów na kolejny dzień. Pod miastem, przy szarym lasku, znajdowała się niewielka baza, gdzie stało dziesięć podobnych aut: miejsce do parkowania, stołówka z zapachem kawy i urządzenie rejestrujące wyjścia oraz wejścia pracowników wszystko jak we śnie.
Siedząc za kierownicą, uruchomił silnik. Starego żuka aż trzęsło, dźwięki wywołały w nim niepokój. W czasie lunchu zgasił motor, już miał ruszać do stołu, gdy nagle spod maski doleciał go dziwny, niemal nierealny dźwięk. Jakby pasek piszczał albo wiatrak trącił coś niewidzialnego choć samochód był wyłączony. Spojrzał na kolegów siedzących przy kawie, postanowił sprawdzić, jakby w transie. Podniósł maskę i ledwo nie padł z wrażenia. Na wentylatorze, tuż obok chłodnicy, siedział maleńki czarny kociątko, całe w smarze, miauczące żałośnie.
Ręce i nogi zrobiły mu się miękkie. Wysunął się lekko z rzeczywistości, wyobrażając sobie, co by było, gdyby maleństwo znalazło się w silniku podczas jazdy. Podniósł kociątko, zamknął maskę, i wrócił do kabiny.
W domu żona, Jadwiga, urządziła mu awanturę:
Ty bałaganie! Czy ty w ogóle zaglądasz pod maskę przed wyjazdem? A gdybyś go zmiażdżył? Jeśli znowu to się powtórzy, to możesz nie wracać do domu, rozumiesz?!
Mężczyzna rozkładał ręce, tłumacząc się, a kociątko zadowolone mruczało w objęciach Jadwigi, która zaniosła je natychmiast do łazienki. Stamtąd płynęły ciche słówka, urocze intonacje i odgłosy całowania, jakby wszystko działo się na dnie basenu.
Ciężko westchnął. Próbował sobie przypomnieć, kiedy słyszał takie czułości skierowane do siebie, ale pamięć uciekała mu gdzieś za horyzont. Wyszedł z domu i wrócił do pracy.
Następnego dnia, już ostrożniejszy, otworzył maskę czysto. Schylił się, by zajrzeć pod samochód i tam…
Było rudobiałe kociątko! Gdy tylko spojrzał, puchate maleństwo uśmiechnęło się kocim uśmiechem i podbiegło do niego. Podniósł je, nie wiedząc, skąd się wzięło i co właściwie zrobić. Przypomniawszy sobie pełne grozy słowa żony, ruszył do domu.
Tym razem żona nie krzyczała. Przeciwnie, spojrzała na niego z szacunkiem, mówiąc, że przez dwadzieścia lat małżeństwa to pierwszy naprawdę rozsądny ruch.
Brawo! pochwaliła go i zaniosła drugie kociątko do łazienki. Za nią pobiegł i wczorajszy kotek.
Dzień mężczyzny płynął gładko jak Wisła w marcu. Czuł przypływ zadowolenia i pewności siebie. Wieczorem dom pełen był śmiechu dwa kocięta wybrały Jadwigę i wspinały się po niej, drapiąc i turlając się, a ona śmiała się jak w młodości. Tego śmiechu pierwszego razu się zakochał.
Na trzeci dzień znów z obawą schylił się przy samochodzie.
O Jezu! wyszeptał.
Pod spodem siedział trzeci kociątko szare z białymi plamkami. Podniósł je i zabrał do domu.
Wieczorem żona zaprowadziła go do Zofii, lokalnej czarownicy i wróżbitki. Ta po krótkim badaniu, wydała wyrok: dwa uroki, trzy klątwy i zły wzrok. Miesiąc pracy i dwa tysiące złotych.
Nazajutrz bał się już podejść do samochodu. Palił nerwowo papierosa, zbierał się, zajrzał pod spód. Tym razem spojrzała na niego dorosła szara kotka z wyraźnie obwisłymi sutkami matka wszystkich kociąt.
Co znowu zrobiłem nie tak? westchnął.
Otworzył drzwi żuka, kotka wskoczyła sprawnie do środka.
Kiedy przyniósł dorosłą mamę-kotkę do domu, Jadwiga śmiała się tak długo i zaraźliwie, że kocięta, spłoszone jej śmiechem, schowały się głęboko za nogami. Kocica zobaczyła dzieci, wyzwoliła się z jego ramion i rzuciła się do lizania ich, jakby wszystko działo się w innym wymiarze.
Patrzył na tę scenę, szczerze zdziwiony, jakby nigdy czegoś podobnego nie widział.
Co ona robi? spytał żonę, niepewnie.
No weź! zaśmiała się Jadwiga. Nie rozumiesz? Po prostu znalazła miejsce dla dzieci i siebie też!
Jadwiga pogładziła kotkę po miękkim boku.
Przez całe życie nie widziałam takiego sprytu. Do tego trzeba mieć kocie myślenie powiedziała z czułością.
Pod koniec tygodnia żona oznajmiła, że mąż wyjeżdża na ryby. On aż osłupiał, oczy zrobiły mu się jak talerze z Bolesławca.
Jedź, jedź, powiedziała zdecydowanie. Zaproszę koleżanki, nie kręć się nam pod nogami. Zgoda?
No dobrze odpowiedział z wahaniem, zastanawiając się, czy cieszyć się, czy żałować. Ale nie miało to znaczenia jego zdanie przeszło tu jakby obok.
Przed wyjściem do siebie żona podeszła do niego i pocałowała go.
Wiedziałam od zawsze, powiedziała że jesteś wyjątkowy.
Wyszedł na ganek, rozglądając się po podwórku.
Boże, jak tu cudownie. szepnął. Dlaczego wcześniej tego nie widziałem?
Ptaki śpiewały. I nie tylko na gałęziach w nim też coś zalśniło i zatańczyło.
Tymczasem koleżanki zaczęły się schodzić, każda z butelką i przekąską. Gdy wszystkie usiadły, mama-kotka dumnie ulokowała się na środku stołu. Kobiety rozlały szampana, podniosły kieliszki:
Za mądrą gospodynię, która ułożyła dzieci i swój własny świat!
Później już nikt nie pamiętał, za co był kolejny toast. Kotka leżała na obrusie, mrużąc zadowolone oczy. Czuła, że tu jest kochana, tu jest jej dom.
Na kanapie spały trzy kociątka, wtulone jedno w drugie, mrucząc przez sen.
I oto sen się kończy, a toast prosty:
Zdrowia dla mądrych kobiet i ich mężów, którym szczęście pozwala mieszkać z nimi pod jednym dachem.
I tego życzę wam wszystkim.



