Mąż twierdzi, że mam obsługiwać jego kumpli, więc wychodzę na spacer do parku.
Jad, co się wciągasz? Goście już za pół godziny, a my się nie ruszamy. Pośpiesz się. Zrób ziemniaki z cebulką, tak jak lubią, wyjmij kiszonki, te, co mama kiedyś przekazywała. Pokrój boczek w cienkie paseczki, ale ładnie, nie grubo jak ostatnio.
Piotr stoi w progu kuchni, już przebrany w dresowe spodnie i rozciąganą koszulkę, i niechętnie spogląda na zegarek. Jadwiga, właśnie wniosła dwie ciężkie torby z zakupami, powoli odkłada je na podłogę. Torby głośno stłukły się o płytki. Ramiona bolą, a zimowe kozaki kipią ogniem dzisiejsza zmiana w supermarkecie była koszmarem, przed świętami ludzie szaleją, zrzucając z półek wszystko, co się da.
Piotr, kim są ci kumple? pyta cicho, rozpinając suwak kurtki puchowej. Palce zamarzają w chłodzie, czekając na autobus. Piątek, wieczór. Ledwo żyję. Myślałam, że po prostu zjemy i obejrzymy film.
No i zaczyna się, wzrusza oczy i wzdycha. Ledwo żyję, zmęczona. Wszyscy pracują, Jad. Ja też nie leżę na kanapie. Sergiusz dzwonił, on, Tomek i Wiktor jechali obok, postanowili wpaść. Sto lat się nie widzieli. Co mam, nie wpuścić gości na próg? To w zasadzie brak szacunku.
A nie mogłaś mnie uprzedzić dziennie?
To było spontaniczne! Po co rozdmuchujesz problem na sucho? Tylko przekąski musimy ogarnąć. Oni nie przyjdą zjeść, tylko pogadać. Mamy butelkę w barze. Najważniejsze, żebyś szybko nakryła stół. Sałatka może klasyczna sałatka jarzynowa albo coś z krewetek, wiesz, jak zwykle. I ciepłe danie, bo goście przychodzą głodni z pracy.
Jadwiga patrzy na męża i czuje, jak w okolicy splotu słonecznego rośnie gorący balon gniewu. Jak zwykle. To oznacza, że nie może usiąść choćby na chwilę, musi od razu biec do kuchenki, skakać między zlewem a patelnią, siekać sałatki, nakrywać stół, a potem cały wieczór nosić brudne talerze, dbać o chleb dla kumpeli, słuchać ich żartów i hałaśliwego śmiechu. A kiedy w końcu odejdą po północy, zostanie góra brudnych naczyń, zadymiona kuchnia i lepiący się podłogowy brud.
Piotr, nie będę gotować, mówi stanowczo, patrząc mu w oczy. Jestem zmęczona. Chcę wziąć prysznic i położyć się spać. Jeśli twoi kumple są głodni, zamów pizzę albo ugotuj pierogi sam.
Piotr na chwilę się zawiesza. Brwi uniosły się.
Co ty, Jad? Jaka pizza? Kumple chcą domowego jedzenia. Już obiecałem, że moja gospodyni pokryje stolem. Sergiusz wciąż wspomina twoje pierogi. Nie zawstydzaj mnie przed ludźmi. Co pomyślą? Że nie potrafię z żoną wytrzymać?
Wytrzymać? powtarza Jadwiga, czując dreszcz zimna w plecach. Co mam, służąca w domu?
Nie przekręcaj! Piotr podnosi głos. Jesteś kobietą, gospodyną. To twoja obowiązkowa rola gości przyjmować. Ja zarabiam pieniądze, noszę wszystko do domu, mam prawo raz w miesiącu z kumplami usiąść normalnie? Żeby żona serwowała, przytulała, ciepło tworzyła? Czy nie proszę za dużo? Rozpakuj torby, wrzuć kurczaka do piekarnika, a ziemniaki mogą się same upiec. I wódkę w zamrażalnik wstaw, żeby się skroplała.
Odwraca się i idzie do salonu, rzucając po drodze:
I wyczesz się, bo wyglądasz jak strach na wsi. Witek z nową partnerką może przyjść, nie chcę, żebyś przy nim blakła.
Drzwi do pokoju nie zamykają się, a z wnętrza dochodzi szum telewizora. Piotr siada na kanapie, uznając rozmowę za zakończoną. Dla niego wszystko jest ustalone: żona dostała polecenia i teraz, jak wierna towarzyszka, ruszy na kulinarną poleg.
Jadwiga stoi w korytarzu, słuchając szumu wiadomości. Powoli zdejmuje czapkę. Włosy, naprawdę rozczochrane i elektryzujące, spadają na twarz. Strach na wsi. Słowa męża brzęczą w uszach. Dwadzieścia lat małżeństwa. Dwadzieścia lat stara się być idealną dobrą gospodynią, troskliwą żoną, rozumiejącą przyjaciółką. Znosiła jego spotkania w garażu, jego mamę z niekończącymi się radami, jego porozrzucane skarpety i wieczne pretensje, że zupa jest za mało posolona. Myślała, że tak wygląda życie rodzinne kompromisy, cierpliwość, wygładzanie krawędzi.
Patrzy na torby z zakupami. W nich leży kurczak, który miał upiec jutro na obiad. Warzywa na sałatkę. Mleko, chleb. Wszystko ciężkie, obciąża ręce.
Jadwiga schyla się, ale nie po to, by rozpakować torby. Znowu zapina suwak kurtki puchowej. Nakłada czapkę, starannie włosy pod nią układa. Poprawia szalik.
Wchodzi na chwilę do pokoju.
Piotr.
Mąż, nie odrywając wzroku od ekranu, macha ręką:
Co jeszcze? Nie znalazłaś soli? W górnym szufladzie.
Idę.
Dokąd? pyta w końcu, z autentycznym zdumieniem. Do sklepu? Zapomniałaś czegoś? Masz chleb? Majonez?
Nie. Idę na spacer. Do parku.
Do którego parku? Piotr wstaje z kanapy. Zwariowałaś? Jest siedem wieczorem, ciemno, zimno. Goście przyjdą za dwadzieścia minut! Kto załatwi stół?
Ty, odpowiada spokojnie Jadwiga. Ty zaprosiłeś, więc nakryj. Ziemniaki w koszyku pod zlewem. Kurczak w torbie. Nóż w stojaku. Przepis znajdziesz w internecie.
Stój! krzyczy Piotr, wstając. Co robisz? Jaki park?! Wracaj! Rozbieraj się i idź do kuchni! Kazałem!
Jadwiga już nie słucha. Wychodzi z mieszkania, zamykając ciężkie metalowe drzwi. Dźwięk zamka przypomina strzał. Biegnie po schodach, nie czekając na windę, bo obawia się, że Piotr wyjdzie za nią i przygwoździ ją z powrotem. Na klatce schodowej cisza. Piotr najwyraźniej jest tak zdumiony jej wyjściem, że stoi, otwartymi ustami, w środku pokoju.
Na dworze sypie drobny, kolczasty śnieg. Wiatr wdziera się pod kołnierz, ale Jadwiga tego nie zauważa. Wewnątrz pulsuje adrenalina i dawno zapomniane poczucie buntowniczej wolności. Biegnie szybko, prawie w biegu, z dala od domu, od podświetlonych okien, za którymi mąż prawdopodobnie szuka wymówek dla kumpli.
Park jest dwa bloki dalej stary miejski park z szerokimi alejami i wysokimi lipami, które teraz stoją nagie i szeleszczą na wietrze. Ludzi mało. Przebiegłe przechodnie z psami, pośpieszni pracownicy, a przy jednej ławce para nastolatków wpatrzona w telefony.
Jadwiga skręca na boczną aleję, gdzie latarnie migoczą naprzemiennie, rzucając dziwne cienie na śnieg. Zatrzymuje się, oddech przyspiesza, serce bije w gardle.
Co ja zrobiłam? przelatuje myśl w panice.
Zawsze bała się konfliktów. Od dziecka uczono ją bycia cichą. Cierpliwość miłość, Milczenie złoto, Mąż głowa, żona szyja. Mama mawiała: Jadwinko, nie sprzeciwiaj się, bądź mądrzejsza. Mężczyznę trzeba karmić i chwalić, wtedy w domu będzie spokój. I ona karmiła. I chwaliła. Nawet gdy Piotr siedział jej na szyi.
Telefon w kieszeni wibruje. Jadwiga wyciąga go. Na ekranie zdjęcie męża i podpis Piotr. Odrzuca połączenie. Po chwili dzwoni ponownie, potem jeszcze raz.
Naciska przycisk wyłączenia i wkłada ciemny ekran do kieszeni. Cisza. Tylko wiatr i skrzypiący pod butami śnieg.
Podchodzi do stawu. Woda czarna, niezamarznięta w środku, z kaczkami pływającymi pod lodową krawędzią. Jadwiga oprzeć się rękami o zimne barierki i patrzy w dół.
Przypomina sobie ostatnią wizytę kumpli. Tomek upił się i rozbił jej ukochaną wazę, prezent od siostry. Piotr wtedy tylko się uśmiechnął: Na szczęście! Kupię nową. Nowej nie kupili. A Sergiusz w wieczór, gdy sprzątała brudne talerze, położył jej rękę na udzie i podpalony mrugnął: Masz szczęście, Piotrek, taka żona gotowa, nakarmi i pogłaska. Piotr tego nie widział, może udawał, że nie widzi. Jadwiga wtedy chciała przeskoczyć ziemię ze wstrętu, ale milczała. Uśmiechnęła się wymuszonym uśmiechem i wróciła do zmywania. Nie zawstydzaj mnie przed ludźmi.
Nie będę, szepnęła w ciemności. Już nie będę.
Szła dalej aleją. Mróz szczypał policzki, ale to było przyjemne. Głowa się rozjaśniała. Zdała sobie sprawę, że nie jadła od rana. W żołądku burczało.
W centrum parku świecił żółtym światłem mały kiosk z kawą i wypiekami. Jadwiga podeszła do okienka.
Dobry wieczór, uśmiecha się dziewczyna w wełnianej czapce. Co podać? Coś rozgrzewającego?
Duży cappuccino, proszę. I patrzy na witrynę. I tę ślimaczkę z cynamonem. I kanapkę z kurczakiem.
Świetny wybór. Zaraz podgrzewamy.
Jadwiga chwyta gorący kubek, obejmując go zmarzniętymi dłońmi. Ciepło rozlewa się po palcach. Siada na ławce pod latarnią.
Kanapka gorąca, ser się rozciąga, kurczak soczysty. To najpyszniejszy posiłek od lat, nie dlatego że jest wykwintny, ale dlatego że je sama, w ciszy, nie służąc nikomu. Patrzy na spadający śnieg, pije kawę i czuje się dziwnie żywa.
Obok przechodzi starsza para. Mężczyzna mówi coś, kobieta śmieje się, przytulając go. Zatrzymują się, by poprawić szalik mężczyźnie.
Nie wyjdź tak na zewnątrz, Stasiu, przeziębisz się, łagodnie przymyka kobieta.
A ja mam ciepło przy tobie, Gabi, odpowiada starszy pan.
Jadwiga obserwuje ich i myśli: Czy my z Piotrem będziemy tak starzy? Czy będziemy razem spacerować? A może Piotr będzie ciągle przedni, marudząc, że idę za wolno, a ja będę dźwigać torby i myśleć, że ma ból w plecach i potrzebuje maści.
W kieszeni znów coś piszczy. Jadwiga drży, ale przypomina sobie, że telefon jest wyłączony. To nie telefon to zegarek, który pokazuje, że osiągnęła cel 10000 kroków. Ironia losu. Wyszła z domu, by spełnić normę aktywności.
Minęły dwie godziny. Jadwiga okrążyła park trzy razy. Nogi nie dręczyły zmęczenie, ale długą wędrówkę. Kawa wypita, bułka zjedzona. Zimno wdziera się pod kurtkę. Musi wracać, nie spać na ławce.
Powrót wydaje się przerażający. Co czeka? Kłótnia? Kłótnia? Może Piotr wyprosił gości i siedzi gniewny, przygotowując wymówki.
Jadwiga podnosi głowę i zdecydowanie kieruje się ku wyjściu z parku. Im bliżej domu, tym wolniej stawia kroki. Właśnie podchodzi do swojego bloku. Okna trzeciego piętra jej mieszkanie. Światło w kuchni, w salonie.
Wchodzi windą, wyciąga klucze. Ręce drżą. Głęboko wciąga powietrze, jak przed skokiem, i otwiera drzwi.
W nosie uderza intensywny zapach przypalonego oleju, dymu papierosowego (choć setki razy prosiła, by nie palił w mieszkaniu) i taniego wody kolońskiego.
W przedpokoju leżą obce buty. Muszą więc goście przyjść. Stos kurtek na wieszaku.
Z kuchni dochodzą głośne głosy i śmiech.
No mówię jej: nie myl miejsc! krzyczy Sergiusz. Kobieta ma znać swoją pozycję! A Piotrek ma to w sobie!
Jadwiga zdejmuje buty, wiesza kurtkę. Idzie do kuchni.
Scena przed jej oczami jest przygnębiająca i jednocześnie żałosna. Stół zasypany jest otwartymi puszkami szproty, śledzie. Kawałki kiełbW końcu Jadwiga podniosła głowę, wyciągnęła telefon i zadzwoniła po pomoc, wiedząc, że to jedyny sposób, by uwolnić się od tej toksycznej sytuacji.




