Sąsiadka z dzielnicy PragaPołudnie w końcu uznała, że może mnie o wszystko poprosić! Teraz wystarczy, że wpadnie do mojego mieszkania i już jesteśmy współlokatorami.
Potrzebuję jednak spojrzenia kogoś z zewnątrz. Otóż mój synek, Łukasz, przyjaźni się z chłopcem z sąsiedztwa Kacprem, trochę starszym od niego. Spotykam się od czasu do czasu z mamą Kacpra, Magdą, ale nie nazywałabym jej przyjaciółką.
Zaczęłyśmy wchodzić w regularny kontakt, bo nasze dzieci często bawiły się razem podczas spacerów po Parku Skaryszewskim. Magda przynosiła mi rzeczy, które były za małe dla jej syna, a ja oddawałam je i zawsze przywoziłam soki i drobne smakołyki dla jej malucha, żeby się odwdzięczyć. Potem pomyślałam, że lepiej już nie przyjmować nic od niej, wolę kupić wszystko sama i nie czuć się zobowiązana.
Z czasem te spokojne przechadzki zamieniły się w coś dziwnego. Sąsiadka zaczęła regularnie przychodzić i prosić o różne drobiazgi. Z jednej codziennej prośby przeszło to na Daj mi kawę!. Jak kto lubi kawę, niech ją sam kupi, a nie codziennie przychodzi i błaga. Zjawia się u nas, choć nigdy nie zaprosiłam jej do domu. Gdy zobaczy nasze zabawki, od razu wpada w zachwyt i zabiera sobie coś do zabawy. Chce mieć wszystko. Już nas wiele rzeczy pożyczyła.
Nie zaprasza nas do siebie pod pretekstem, że jej mama jest chora, choć ta mieszka w oddzielnym pokoju. Nie waha się też pytać o leki, gdy jej syn zachoruje, i domaga się rzeczy, które każdy ma w domowej apteczce. Czasem nawet żąda czegoś dla siebie. Nie rozumiem, jak można tak żyć. Proste środki przeciwgorączkowe powinna mieć każda mama pod ręką. Rozdaje prawie puste opakowania i butelki, a to już kupiła dla mojego dziecka, którego teraz nie mogę leczyć.
I to nie koniec. Regularnie pyta, czy mamy coś do jedzenia dla jej syna. Ja nie pytam jej ani innych sąsiadów! Gotuję dla mojego dziecka i to wszystko. Korzysta z naszego wózka na zakupy, nie pytając, czy może go użyć. Zawsze chce mieć to, czego nie ma, i zawsze czegoś jej brakuje.
Pewnego dnia jej bezczelność mnie wstrząsnęła. Gdy cała rodzina była chora, zadzwoniła, mówi: przyjdę na kawę, ale będę przy synu. Kocham dzieci, ale mam już dosyć, że dzieci innych ludzi przychodzą do naszego domu jak do sklepu, przeszukują rzeczy mojego syna i wybierają, czym się bawić. Powiedziałam jej, że jesteśmy chorzy i możemy ją zarazić. Powinnam była powiedzieć, że nie zapraszamy.
Jej wizyty nigdy nie poprzedzone były pytaniem Czy mogę wejść?. Wchodzi po prostu i żąda: Daj mi to. Nieważne, czy jestem zajęta, czy nie mam ochoty coś dawać. To tak, jakby wdzierała się w mój prywatny przestrzeń.
Od jakiegoś czasu nie dzwonię do niej i nie zapraszam na spacery, ale ona sama dzwoni i pisze. Jeden z kumpli powiedział, że mam dwie opcje: dalej znosić jej bezczelność albo zerwać z nią kontakt. Nie chcę się z nią kłócić, bo nasze dzieci są przyjaciółmi i mieszkamy blisko. Niedługo będziemy razem dowozić je do szkoły. Nie wiem, jak radzić sobie z taką sytuacją.




