Zofia stoi przed otwartą lodówką, łapiąc się za głowę. Znów jedzenie zniknęło w mgnieniu oka. Ledwo wczoraj nawiozła świeżych zakupów i ugotowała gar bigosu, a dziś już po wszystkim. Myśli nieustannie krążą wokół tego, gdzie przepadają wszystkie produkty i kto to wszystko pochłania.
Rozmowy z mężem, Pawłem, nie mają sensu zawsze zamieniają się w festiwal wzajemnych pretensji. I to go irytuje najbardziej: Paweł siedzi od dwóch miesięcy w domu, bez pracy, przekonany, że zaraz coś się znajdzie. Jej pensja z lokalnej piekarni idzie na zakupy, które znikają w tempie natychmiastowym. Zofia przywykła już do śniadania z kromką chleba z margaryną i rozwodnioną kawą zbożową. Po pracy nie ma sił gotować. Paweł uważa chyba, że Zofia chodzi do pracy tylko po to, żeby sama wracała syta.
Jadę jutro do mamy do Ostródy! Trzeba pomóc Jankowi woła z pokoju Paweł.
Zofia wzrusza ramionami źle się czuje, boli ją głowa, temperatura rośnie. Postanawia zostać w domu, łapie jakieś tabletki przeciwgorączkowe i zalega pod kołdrą.
Z poobiedniej drzemki wyrywa ją hałas dobiegający z kuchni. Ktoś głośno trzaska szafkami, wali pokrywkami, lodówka otwiera się i zamyka bez wytchnienia. I jeszcze to głośne podśpiewywanie. Ziewając i zła, wstaje i idzie sprawdzić, co się dzieje. W kuchni zastaje Agnieszkę siostrę Pawła, z którą praktycznie nie utrzymuje kontaktów.
Agnieszka zawsze uważała, że jej brat powinien pomagać nie tylko swojej żonie, ale też rodzinie siostry. Rodzinny budżet nie raz ratował Agnieszce skórę niestety, zazwyczaj kosztem Zofii. Teraz bez skrupułów zagląda do wszystkich szafek, pakuje żywność do reklamówek.
O, cześć rzuca Zofia.
Co ty tu robisz? Nie w pracy? Agnieszka wygląda na zaskoczoną.
Jestem chora. Rozumiem, że Paweł wie, że do nas przyszłaś?
Sam dał mi klucze.
Czyli to nie mój mąż wszystko zjada, tylko ty masz lepkie ręce.
To mój brat mam prawo przyjść po coś dla moich dzieciaków!
Twój brat od dawna nie zarabia i nic nie przynosi do domu, a ja nie chcę karmić dwóch rodzin i jeszcze robić to nieświadomie.
No, sorry, nie mogę sobie sama poradzić. O co tyle krzyku o kilka plasterków kiełbasy mam przepraszać?
Oddaj mi klucze, bo zadzwonię na policję. Przypominam, że Paweł nie ma praw do tego mieszkania.
Chcesz policję wzywać przez parę plastrów serka? Rany boskie! Masz te swoje klucze, skąpo! Wszystko opowiem Pawłowi, ciekawe co powie na taką żonę.
Nic mnie to już nie obchodzi. Prędzej czy później znajdzie sobie inną ofiarę.
Zofia zalewa się łzami. Przez te wszystkie tygodnie pozwolono jej wierzyć, że jest winna domowych niedostatków. Zamieniono ją w naiwniaczkę. Nikt by nie pomyślał, że szwagierka systematycznie wynosi jedzenie, a Zofię zostawia z resztkami chleba. Najbardziej boli to, że Paweł o wszystkim wiedział, a zrzucał winę na swój nieposkromiony apetyt.
Ale to nie zaskoczenie matka Pawła i jej dzieci to jedno i to samo. W tej rodzinie zawsze ktoś przychodzi, bierze bez pytania to, na co ma ochotę. Zofia długo próbuje podjąć decyzję, aż w końcu sięga po telefon. Dzwoni do męża i mówi spokojnie, że występuje o rozwód.
Poczekaj, wrócę do domu. Pogadajmy spokojnie. Nie rób pochopnych kroków prosi Paweł.
Nie chcę już rozmawiać. Wszystko wiem, wystarczy.
Tacy ludzie się nie zmieniają. Żal tylko zmarnowanych lat. Paweł w tej chwili staje się dla niej zupełnie obcy. Dobrze wie, że powinna była zareagować dużo wcześniej.




