Masz już pięćdziesiątkę na karku, komu ty jesteś potrzebna śmiał się jej mąż. A Basia postanowiła to sprawdzić.
Mąż Basi, Henryk Stanisław Kaczmarek, był facetem od teorii. I to nie jednej, miał ich z dwadzieścia i każda była równie żelazna. Że dobry rosół to tylko na wołowinie. Że koty są mądrzejsze niż psy. Że telewizor powinno się oglądać na głośności czterdzieści dwa nie więcej, nie mniej. Ale najważniejsza z nich była taka: kobieta po pięćdziesiątce przestaje być atrakcyjna dla mężczyzny.
Formułował ją różnie, zależnie od nastroju.
Czasem naukowo: Basia, tak działa natura, nie bierz tego do siebie.
Czasem filozoficznie: Takie jest życie, nie ma się co spierać.
Ale najczęściej, gdy Basia zakładała nową sukienkę albo tuszowała rzęsy, mówił zwyczajnie, domowym tonem: Masz już pięćdziesiąt, komu ty jesteś potrzebna.
Bez znaku zapytania. Po prostu fakt.
Basia miała pięćdziesiąt dwa lata. Pracowała jako księgowa w firmie budowlanej, rano ćwiczyła, wieczorem czytała książki, a w weekendy piekła drożdżowe, które Henryk wsuwał z apetytem, ani trochę nie myśląc o tym, czy autorka tych wypieków jest komuś poza domem potrzebna.
Byli razem już dwadzieścia sześć lat. W tym czasie Henryk przybrał na wadze, wyłysiał i dopracował swoje teorie. Basia nie albo raczej też, ale trochę inaczej.
Pierwsza zauważyła to jej przyjaciółka Marysia.
Basia zagaiła pewnego razu przy kawie, patrząc na nią tym spojrzeniem, które zapowiadało coś ważnego, może lekko szalonego. Ty w ogóle wiesz, że jesteś ładna?
A weź przestań odburknęła Basia z przyzwyczajenia.
Naprawdę mówię. W stu procentach. I słuchaj, a może byśmy się założyły, że założysz konto na portalu randkowym? Tak po prostu, dla eksperymentu.
Basia odstawiła kubek.
Ty już zupełnie na głowę upadłaś?
Tylko ankietę zrobimy. Fajną fotę wybierzemy. Zobaczysz, co się stanie.
Nic się nie stanie odparła Basia. Mam pięćdziesiąt lat. Kto mnie potrzebuje.
I wtedy zorientowała się, że to ton i słowa Henryka.
Marysia była z tych, co nie proszą, tylko działają. Przekonywanie to nie jej bajka. Lepiej po prostu sprawić, że trudno odmówić nie fizycznie, tylko tak moralnie. Więc któregoś wieczoru przyszła do Basi z laptopem pod pachą, butelką wina i miną, jakby już wszystko zapadło.
No to tak, rzuciła od progu, stawiając wino na stole teraz robimy ci profil. Szybko i bez dyskusji.
Ale jaki profil? Basia nawet fartucha nie zdążyła zdjąć.
Na randkowym, przecież mówiłam.
A ja mówiłam nie.
Powiedziałaś komu ja potrzebna. To co innego.
Basia popatrzyła na nią bystro. Marysia patrzyła z pewnością siebie kogoś, kto już wie swoje i czeka, aż reszta się połapie.
Maryś, mam pięćdziesiąt dwa lata.
Wiem, przecież znam cię trzy dekady.
No i?
I nic. Siadaj.
Basia usiadła. Nie że się poddała, po prostu nogi jej odpadały po długim dniu raporty w pracy, korki w drodze, wszystko. To usiadła. Odpocząć.
Fotkę dawaj powiedziała Marysia, otwierając laptop.
Jaką fotkę?
Dobrą. Masz jakąś fajną?
Basia zamyśliła się. Najnowsze zdjęcia były z firmowej wigilii, gdzie stoi z boku sali, z kieliszkiem, bokiem do aparatu, bo wtedy to Henryk trzy razy wydzwaniał i pytał, kiedy w końcu wróci do domu.
Mam coś z Sylwestra mruknęła niepewnie.
Pokaż.
Pokazała. Marysia przyglądała się dłuższą chwilę.
Jest super stwierdziła. Naprawdę wyglądasz tu świetnie. Dlaczego na co dzień się garbisz, a tu nie?
Bo na zdjęciu nikt mnie nie ogląda odparła Basia, sama się zdziwiła, co powiedziała.
Marysia spojrzała uważnie, zamyśliła się na sekundę i od razu otworzyła wino.
Profil zakładały długo. To znaczy: Marysia zakładała, Basia protestowała. O wszystko.
Cel znajomości? Basia, wpisuj rozmowa.
Nie chcę z nikim rozmawiać.
To nieważne. Wpisuj.
O sobie? Maryś, co mam napisać? Księgowa, gotuję rosół, żyję z mężem, który ma teorię o kobietach po pięćdziesiątce?
Napiszemy: Aktywna, ciekawa, kocha czytać i podróżować.
Ja nigdzie nie jeżdżę.
Ale chciałabyś?
Basia pomyślała chwilę.
Chciałabym.
No i nie skłamałyśmy.
Zdjęcie padło na to sylwestrowe. Basia w bordowej sukience, włosy upięte, a oczy jej się śmieją, coś w nich jest. Tego Henryk nie widział spał już, gdy wróciła tamtego wieczoru.
Gotowe zamknęła laptop Marysia. Profil jest.
I co teraz?
Teraz czekamy.
Na co niby?
Zobaczysz.
Basia nalała sobie wina. Spojrzała przez okno. Na dworze wieczór, latarnia, goły kasztanowiec i nic szczególnego. Zwyczajny wieczór. Henryk w drugim pokoju oglądał telewizor głośność równo 42. Szumiał ekran. Tak jak zawsze.
No dobra pomyślała Basia profil to profil. I tak nic z tego nie będzie.
Dopiła wino i poszła zmywać.
Kolejnego ranka Basia kompletnie zapomniała o profilu. Serio.
Pojechała do pracy, utknęła w raportach kwartalnych, na obiad zjadła niedobrą zupę na stołówce pod firmą, a o trzeciej złapała się na tym, że liczy gołębie na parapecie.
Telefon cały czas był w torebce.
Dopiero o piątej go wyjęła zobaczyć, czy Henryk nie dzwonił. Od Henryka ani słowa. Za to od portalu wyskoczyło powiadomienie czerwone kółko z cyfrą.
Cyfra: 11.
Jedenaście wiadomości. W jeden dzień.
Basia spojrzała na telefon. Telefon spojrzał na Basię. Włożyła go z powrotem, posiedziała trzy minuty i znów wyjęła.
Jedenaście.
Pewnie spam pomyślała.
Kliknęła. Zero spamu. Za to jedenastu facetów zdjęcia, imiona, konkretne wiadomości. Jedni pisali krótko: Cześć, ciekawy profil. Inni dłużej, uważniej. Jeden, Tomasz, lat pięćdziesiąt cztery, napisał aż trzy akapity o książkach, że dawno nie widział takiego spojrzenia na zdjęciu i że kocha podróżować.
Basia przeczytała to dwa razy.
O podróżach też napisałam przypomniała sobie. Trochę się zawstydziła. Ale tylko trochę.
Wieczorem zadzwoniła do Marysi.
Jest jedenaście! wypaliła na dzień dobry.
Już?! Marysia odpaliła się na maksa. A widzisz!
Jeden o książkach pisze.
Odpisuj.
Nie będę.
Basia.
Co Basia? Mam pięćdziesiąt dwa, jestem mężatką.
Odpisuj.
Nie odpisała. Cały wieczór myła naczynia i myślała o Tomaszu i jego trzech akapitach.
Wariuję powiedziała sobie.
Ale rano otworzyła aplikację jeszcze raz. Cyfra w czerwonym kółku to już nie było jedenaście.
Dwadzieścia osiem.
Basia usiadła na brzegu łóżka. Henryk jeszcze chrapał.
Dwadzieścia osiem osób napisało jej przez noc.
Przeglądała powoli, jakby bała się coś zepsuć. Tu Andrzej, czterdzieści osiem lat, inżynier, zabawne zdjęcie z kotem. Tu Michał, pięćdziesiąt sześć, poważny w krawacie, napisał: Jest Pani piękną kobietą. Tu Darek i tu Basia się zatrzymała czterdzieści jeden lat, zdjęcie z górami w tle, napisał krótko: Cześć, opowiedz coś o sobie.
Czterdzieści jeden. Młodszy od niej o jedenaście lat.
Basia zamknęła telefon. Potem znów otworzyła.
Pod wieczór drugiego dnia liczba przeskoczyła pięćdziesiąt.
Pięćdziesiąt trzy wiadomości. Właściwie nawet pięćdziesiąt cztery, bo jeszcze jedna doszła, jak liczyła.
Siedząc z herbatą w kuchni przeglądała je, jakby poszła po chleb, a znalazła skarb. O, Wojciech, pięćdziesiąt lat, biznesmen, przysłał wiersz choć nie swój, to miłe. A Krzysztof napisał: Spodobała mi się Pani, chciałbym bliżej poznać. Ten Darek z górami napisał znów bo nie odpisała, poczekał i napisał jeszcze raz, grzecznie: Może jest Pani zajęta? Nic nie szkodzi.
Basia długo patrzyła na ten tekst.
Henryk w pokoju coś mówił do telewizora. Telewizor odpowiadał. W zasadzie całkiem nieźle się dogadywali.
Komu ty jesteś potrzebna? przypomniała sobie.
Pięćdziesiąt cztery osoby w dwie doby. Część w jej wieku, część młodszych. Jeden pisał wiersze. Drugi czekał i grzecznie próbował drugi raz.
Teoria Henryka Stanisława Kaczmarka zaczęła pękać. Wolno, jak stare panele, ale wyraźnie.
Basia dopiła herbatę, postawiła kubek w zlewie. Po raz pierwszy od dawna spojrzała w swoje odbicie w ciemnym oknie kuchennym nie przelotnie, nie przypadkiem, tylko naprawdę.
W tafli stała kobieta, lat pięćdziesiąt dwa. Wyprostowana. Z ładnymi oczami. Do której przez dwa dni napisało pięćdziesiąt czterech nieznajomych mężczyzn.
Niesamowite powiedziała cicho do siebie.
Wydawało się, że odbicie się zgadza.
Telefon leżał na szafce przy łóżku.
Henryk sięgnął po okulary, które leżały obok i akurat wtedy ekran rozbłysnął: przyszło nowe powiadomienie. Henryk podniósł aparat z obojętnością kogoś, kto niczego się nie spodziewa. Spojrzał. Zmarszczył brwi.
Spojrzał jeszcze raz.
Na ekranie: Darek: Dzień dobry! Myślałem o Pani
Henryk Stanisław usiadł na łóżku. Powoli. Jakby właśnie usłyszał coś bardzo ważnego, ale jeszcze nie wiedział, czy to dobrze, czy źle.
Basia! zawołał.
Basia była w kuchni, parzyła kawę. Słyszała, ale się nie spieszyła.
Basia!
Już idę.
Weszła do pokoju z kubkiem, spokojnie. Henryk trzymał telefon jak coś żywego i nie wiedział, puścić czy nie.
Co to ma być? spytał.
Basia spojrzała na ekran, potem na męża. Upiła trochę kawy.
Powiadomienie powiedziała.
Widzę, że powiadomienie. Kim jest ten Darek?
Z portalu randkowego.
Cisza. Dobra taka, gęsta.
Z jakiego portalu randkowego?! Henryk wstał. Ty się tam zalogowałaś?
Tak.
Po co?!
Basia odstawiła kubek na stolik. Spojrzała na męża rzeczowo, spokojnie, może nawet z lekką ciekawością, jak na zagadkę, której już zna odpowiedź.
Chciałam sprawdzić twoją teorię powiedziała.
Jaką teorię?
O kobietach po pięćdziesiątce. Pamiętasz? Komu ty jesteś potrzebna.
Henryk otworzył usta, zamknął. Spojrzał znów na telefon kolejne trzy powiadomienia, przyszły jedno za drugim.
I ilu tych? nie dokończył.
Pięćdziesiąt cztery powiedziała Basia. W dwa dni.
Pięćdziesiąt cztery powtórzył cicho Henryk. Mierzył się z tą liczbą i nie pasowała mu.
Niektórzy młodsi ode mnie dodała Basia, zabrała kubek i wróciła do kuchni.
Henryk Stanisław Kaczmarek został sam, z telefonem w ręku, na środku pokoju. Za oknem zwykły poranek latarnia zgasła, kasztanowiec goły, wróble ćwierkają na parapecie. Niby wszystko po staremu. A teoria no właśnie, teoria już nie działała.
Wcale.




