Moja matka zawsze stała po stronie mojego mężaojczyma. Pewnego nocy, kiedy sen mieszał się z jawą, nie mogłem już dłużej znieść tego układu i postanowiłem zakończyć całą tę sferę.
Przez długie lata zamieszkiwałem trzewiankę z matką i moją młodszą siostrą Jagodą. Babcia Zofia, mieszkająca nieopodal, wpadała do nas częściej niż pory porannego śpiewu kosiarzy. O ojcu nie mam już żadnej wspominki, lecz ojciec Jagody ojciec przybrany wciąż krąży w pamięci.
Na początku mążojczym Jan był wobec mnie łagodny, lecz gdy już się zagnieździł, obojętnie jakby zatarł moje istnienie. Często podnosił rękę w moją stronę. Płakałem w milczeniu, nie odmawiając matce słowa. Aż pewnego dnia ujrzała go własnymi oczami, kiedy on mnie biczował słowem.
Wybuchła sprzeczka, niczym grzmot wśród letnich burz, i Jan wyparował z naszego życia na zawsze. Od tej chwili znowu było nas troje i szczęście rozkwitło jak poranna rosą na łące. Babcia Zofia opiekowała się Jagodą, a ja po maturze wyruszyłem na studia w Warszawie, choć serce ciągnęło mnie ku obcym brzegom. Nie mogłem jednak opuścić rodziny.
Jednego dnia matka, Anna, zaproponowała, abyśmy sprzedali dwa mieszkania nasze i babci i kupili trzypokojowe lokum w jednej kamienicy przy Krakowskim Przedmieściu. Tak mielibyśmy wspólny dach i wystarczająco miejsca dla każdego. Zgodziłem się, wprowadziliśmy się do nowego lokum; ja miałem własny pokój, Jagoda zamieszkała przy babci, a Anna zajęła trzeci. Radość rozlała się po korytarzach jak mgła nad Wisłą.
Tam matka spotkała sąsiada, starego pana Mieczysława, rozwiedzionego, który miał podobny wiek co Anna. Od tej chwili poświęcał jej uwagę, a ona rozkwitała jak wiosenny krokus.
Później Anna przywiozła do domu mojego wuja Roberta. Ten postanowił wynająć swoje mieszkanie. Wszystko zdawało się być w porządku, przynajmniej w mojej percepcji. Z czasem jednak zaczynał nas obrażać, a zwłaszcza mnie, wyrażając wrogość. Kłótnie rosły, ale Anna zawsze stała po stronie wuja.
Czułem się coraz bardziej nieswojo. Postanowiłem więc wyjechać do innego miasta Gdańska by kontynuować naukę. Matce to nie sprawiło kłopotu; widziałem, jak odetchnęła z ulgą, nie musząc już wybierać między mną a wujem Robertem. Lecz w sercu pozostało pytanie, które wirowało jak wirujący wiatr w burzliwym śnie: jak można wymienić własne dziecko na innego mężczyznę?




