PANNY MŁODEJ
Dawno temu, w jednym z zimowych wieczorów w Krakowie, wspominam, jak patrzyłam przez okno, pogrążona w myślach. Ulice pokrywał biały śnieg, z okien kamienic sączyło się ciepłe światło, a jednak było mi wszystko jedno, czy światło, czy ciemno na zewnątrz. Moją głowę zaprzątały rozmyślania o życiu, z którego, choć wydawało się pełne mieszkanie, pewna praca w pogotowiu ratunkowym to jednak brakowało tego, co dawałoby szczęście w sercu.
Wszystkie koleżanki już od dawna pozakładały rodziny, biegały za dziećmi, a ja wciąż sama. Zastanawiałam się nieraz: czy naprawdę los postanowił, żebym, choć wcale nie brzydka ani głupia, spędziła życie jako ta wieczna panna? Patrzyłam wtedy na moje futrzaste pociechy, tulące się ze współczuciem do moich kolan.
Z rodziców los wypróbował mnie wcześnie oboje zmarli, zostawiając mnie pod opieką babci. Wtedy postanowiłam, że będę ratowniczką, by pomagać innym. Po nieudanej rekrutacji na medycynę skończyłam szkołę medyczną i podjęłam pracę w pogotowiu. Babcia już dawno przeprowadziła się na przedmieścia Wieliczki, tłumacząc, że to, bym mogła łatwiej ułożyć sobie życie.
Koty marzyły mi się od dziecka, ale mama miała alergię. Kiedy przyniosłam do domu uratowaną burą kotkę Jaśkę mama natychmiast złapała atak astmy i trzeba było oddać zwierzaka do babci. Po śmierci rodziców znalazłam przy śmietniku malutkiego kota Filemona i przygarnęłam go. Bardzo wtedy tęskniłam też za psem, lecz babcia nie chciała zgodzić się na taką odpowiedzialność.
W końcu miałam nie jednego, a aż pięć wiernych towarzyszy, bez których trudno byłoby mi przetrwać samotność. Dorka suczka kundelka przemarzła na kość, wałęsając się pod sklepem. Gdy ją znalazłam, była zziębnięta i wygłodzona, więc schowałam ją pod kurtką i zaniosłam do domu. Energiczna, inteligentna, z miejsca zaprzyjaźniła się z kotem Filemonem stąd jej imię: Dorka, bo śmigała po domu jak błyskawica.
Długo to nie trwało, bo po pewnym czasie przygarnęłam również jamniczkę Jadzię. Jej poprzedni właściciele, przeprowadzając się do nowego mieszkania na osiedlu Kurdwanów, zostawili ją zimą na dworze, bo zniszczy nową podłogę. Kilka dni błąkała się, płacząc pod drzwiami. O całej sprawie dowiedziałam się od sąsiada i natychmiast przygarnęłam suczkę pod swój dach. Jadwiga, choć miała podrapane uszy i była nieco pokraczna, okazała się idealnym, spokojnym psem, którym opiekowałam się z oddaniem.
Czasem zapadały się jej uszy, więc na spacery w zimne dni wiązałam jej ciepłą chustę. Godziła się z tym statecznie, wyglądała przez to jak zabawna babcia krążąca po ścieżkach osiedla.
Kotka Aleksandra zwana przez wszystkich Aleksią pojawiła się niespodziewanie. Pewnego świtu spiesząc się na dyżur, potknęłam się u drzwi o zmizerowaną kulę śniegu, która okazała się wygłodzoną kotką. Zlitowałam się nad stworzeniem, zostawiłam przy kaloryferze i zostawiłam notatkę dla sąsiadów: „Proszę nie wyrzucać kotki, po dyżurze zabiorę ją do siebie. Zofia z mieszkania nr 7.” I tak Aleksandra, duża, dumna i prządna, przybrała moje imię z drugiego członu i od razu się do niego przyzwyczaiła.
Z czasem stała się szefową całego domu, dbając o porządek i spokój, a nocą robiła obchód po wszystkich pokojach. Potem jeszcze na krakowskich Plantach znalazłam malutką kotkę Zuzię, nad którą znęcały się wrony była cicha, spokojna i zawsze wszystkim ustępowała.
Pięć futrzaków dwa psy i trzy koty żyły ze mną w zgodzie i przyjaźni, nie sprawiając większych problemów. Miałam świadomość, że nie każdy potencjalny narzeczony będzie chciał zamieszkać w miniaturowym zoo. Babcia nieraz ostrzegała mnie z westchnieniem: Zośka, takie stado w jednym domu to nie każdemu się spodoba, nie wszyscy tak kochają zwierzęta.
To nie mój człowiek śmiałam się, bo dla mnie wybór był prosty.
Przez pół roku spotykałam się z Pawłem, poznanym w pracy. Szybko wyszło, że nie znosi zwierząt, więc po rozstaniu nie żałowałam. Prawdziwa zawierucha przyszła jednak z Krzysztofem uroczym, wysportowanym facetem, mistrzem Małopolski w pływaniu. Potrafił być ujmujący, a nawet zabierał czasem Dorkę i Jadzię na spacery. Plany były poważne zaręczyny, ślub Jedno jednak się zmieniło: moje zwierzaki zaczęły go unikać. Dorka warczała, Jadwiga chowała się w kąt i szczekała, koty uciekały Aleksa syczała z daleka.
Pewnego popołudnia, przygotowując obiad, wyszłam na balkon i zobaczyłam katastrofę. Krzysztof, z wściekłym wyrazem twarzy, kopnął Jadzię, która niechcący dotknęła jego białych butów brudną łapą. Dorka chciała ją bronić, ale dostała po pysku ciężką smyczą.
Bez słowa odebrałam mu psy, a sama uderzyłam go smyczą po rękach.
Zosia, oszalałaś?! wrzasnął, trzymając się za rękę.
Im wolno bić, a mi nie? Jak możesz znęcać się nad moimi zwierzętami? Może mnie również zdołasz uderzyć?
Przesadzasz! Tylko lekko, żeby się nauczyły szacunku rzucił pogardliwie.
Wyjdź. I już nigdy nie wracaj.
Bardzo się cieszę! Nie będę żyć w takim zoo prychnął, trzaskając drzwiami.
Było mi ciężko, a jego złe słowa głęboko wgryzły się w pamięć. Niby spodziewałam się szczęścia, ale nie dojrzałam w nim tej zawiści, za którą kryła się brutalność.
Rok później sądziłam, że już pogodziłam się samotnością, aż zakochałam się z wzajemnością. Aleksander, lekarz ortopeda, spotkał mnie na dziewiątej zmianie w szpitalu. Kiedy spojrzał na mnie przez okulary, poczułam szarpnięcie serca, jakiego nigdy wcześniej nie znałam. Myślałam, że miłość od pierwszego wejrzenia to tylko bajka myliłam się.
Aleksander zdobył mój numer służbowy i już następnego wieczoru zaprosił mnie na spacer. Od pierwszego spotkania czułam, jak bardzo mu zależy opanowany, czuły, stanowczy w zamiarach, a zarazem ostrożny. Bałam się tylko, co się stanie, jeśli raz jeszcze zrani mnie przyszłość. Tym razem postanowiłam przez jakiś czas ukryć moje zwierzaki.
Sześć miesięcy minęło szybko. Aleksander poznał moją babcię, ja jego rodzinę w Tarnowie. Często bywałam u niego w kawalerce, ale jego do siebie nie zapraszałam. W końcu musiałam podjąć decyzję: albo ujawnię swoje stado, albo wciąż będę grać.
Zebrałam się na odwagę i na czas przeniosłam wszystkich pupili, razem z ich rzeczami, do babci na przedmieściach. Koty ją uwielbiały, psy do niej przywykły, więc martwiłam się tylko o siebie. To nieuczciwe wobec niego powtarzała babcia Prędzej czy później się wyda.
Każdego dnia biegałam więc do babci, by nakarmić i wyprzytulać futrzaków. Wreszcie mogłam oddychać spokojnie, a Aleksander jakby podejrzenia zniknęły w końcu mi się oświadczył. W prezencie dostałam pierścionek z ametystem w kształcie serca.
Tylko nie mam bogatego posagu! śmiałam się, szczęśliwa.
Termin ślubu kładł się cieniem na każdym dniu, a czasu było za mało na załatwienie wszystkiego. Musiałam jeszcze odebrać suknię, menu z restauracji, pierścionki Po południu, zmęczeni, wpadliśmy do mojego mieszkania. Aleksander wyrzucił śmieci z worka wypadły puste opakowania po kocim i psim jedzeniu.
Skąd to?
Ach, Saszku, później wytłumaczę wybąkałam, zmieniając temat.
Tymczasem babcia wypuściła Dorkę i Jadzię na spacer, sama też zeszła do ogrodu. Gdy listonoszka przyniosła emeryturę, zaprosiła ją na herbatę. Drzwi zostały niedomknięte i cały zwierzyniec wymknął się na zewnątrz Dorka prowadziła stado według pamięci, Aleksa pilnowała, żeby nikt się nie zgubił.
Ludzie na przystankach patrzyli zdumieni na tę procesję, zwłaszcza na Jadzię maszerującą w kolorowej chuście, śmieszącą wszystkich. Kiedy Aleksander usłyszał drapanie i popiskiwanie, otworzył drzwi i zaniemówił na progu stały dwa psy i koty, całe w śniegu i nad wyraz zadowolone.
Co to za cała ekipa? spytał z niedowierzaniem.
Zarumieniłam się i usiadłam ze wstydu na ławce, płacząc po cichu.
Zosiu, to twoje? Wszystkie?
Tak, były u babci.
Dorka i Jadwiga szczekały groźnie na Aleksandra, zaś Aleksa syczała wściekle. On tylko uśmiechnął się i rzucił: Mówiłaś, że posagu nie masz
Wyszedł, wsiadł do samochodu i odjechał. Było mi wtedy strasznie smutno; klęcząc przy swoich zwierzakach pomyślałam, że ślubu nie będzie i że to moja kara za kłamstwo. Nie zadzwoniłam już do niego nie miałam odwagi. W środku czułam pustkę i żal.
Minęło kilka godzin, zadzwonił dzwonek. W progu stanął Aleksander z torbami pełnymi najlepszej karmy dla kotów i psów. Uśmiechnął się i wyszedł na chwilę.
Nie zamykaj drzwi, zaraz wrócę.
Po chwili wrócił, prowadząc na smyczy rudą jamniczkę w czerwonym kombinezonie.
To moja Nika. A tu przyniosłem Marusię, moją kotkę wyjął ją spod kurtki. Przygarniecie do swojej ekipy?
Lata mijały, a ja Zofia i mój Aleksander nie raz śmialiśmy się z tej historii. Może gdyby nie to niezwykłe wiano w postaci ukochanych zwierząt, nasze losy potoczyłyby się zupełnie inaczej i nie bylibyśmy dziś razem po tylu latach.




