Wygodne Babcie Elżbieta Iwanowna obudziła się od śmiechu. Nie od cichego chichotu, nie od powściągl…

Wygodne babcie

Jadwiga Kowalczyk budzi się nagle, rozbawiona śmiechem. Nie cichutkim chichotem czy tłumionym śmiechem, lecz głośnym, aż za bardzo jak na szpitalną salę, śmiechem, którego zawsze nie znosiła. To jej współlokatorka, przyciskając telefon do ucha i wymachując drugą ręką, jakby rozmówca mógł ją widzieć, śmieje się tak beztrosko.

Baśka, no coś ty! Ty żartujesz? Naprawdę przy wszystkich to powiedział?

Jadwiga zerka na zegarek. Za piętnaście siódma. Jeszcze kwadrans do pobudki. Piętnaście minut, które mogłaby spędzić w ciszy, zbierając myśli przed operacją.

Wczoraj wieczorem, kiedy ją przywieziono na salę, współlokatorka już leżała na łóżku, stukając szybko w telefonie. Przywitały się krótko: Dobry wieczór Dobry wieczór i tyle, każda skryła się w swoich myślach. Jadwiga była wdzięczna za to milczenie. A teraz cyrk na kółkach.

Przepraszam mówi cicho, ale wyraźnie. Czy mogłaby pani trochę ciszej rozmawiać?

Współlokatorka odwraca się. Okrągła twarz, krótkie siwe włosy, nawet niepróbujące udawać koloru, kolorowa piżama w czerwone grochy. I to w szpitalu!

Oj, Baśka, później zadzwonię! Chyba tu mnie będą teraz wychowywać śmieje się i składa telefon. Odwraca się z uśmiechem do Jadwigi. Przepraszam! Jestem Barbara Nowak. Jak się spało? Ja w ogóle nie śpię przed operacjami, więc dzwonię do każdego, kto się nawinie.

Jadwiga Kowalczyk. To, że pani nie śpi, nie znaczy, że inni nie chcą jeszcze odpocząć.

Ale już pani przecież nie śpi puszcza oczko Barbara. Dobra, będę szeptać, obiecuję.

Nie szeptała. Do śniadania zdążyła zadzwonić jeszcze dwa razy, za każdym razem coraz głośniej. Jadwiga demonstracyjnie odwróciła się do ściany i naciągnęła kołdrę na głowę, ale nic to nie dało.

Córka dzwoniła tłumaczy Barbara podczas śniadania, którego żadna nie tknęła. Operacja, wiadomo. Martwi się. Uspokajam ją, jak umiem.

Jadwiga nic nie mówi. Syn nie zadzwonił. Ale też nie czekała uprzedził, że od rana ma ważną naradę. Sama tak go wychowała: praca najważniejsza, obowiązek to obowiązek.

Po Barbarę przyszli pierwsi. Machając na pożegnanie ręką, jeszcze coś krzyczy do pielęgniarki, ta się śmieje. Jadwiga myśli tylko, że dobrze byłoby, gdyby po operacji przenieśli Barbarę na inną salę.

Po godzinie przychodzą po Jadwigę. Narkoza, jak zwykle, daje jej się we znaki. Budzi się z mdłościami i tępo bolącym prawym bokiem. Pielęgniarka tłumaczy, że wszystko poszło dobrze, że trzeba przetrwać. Jadwiga wie, jak wytrzymać. Całe życie była w tym dobra.

Wieczorem wraca na salę. Barbara leży cicho, z zamkniętymi oczami, kroplówka w ręce, twarz szara. Pierwszy raz taka cicha.

Jak się pani czuje? pyta Jadwiga, choć nie planowała zaczynać rozmowy.

Barbara otwiera oczy. Uśmiecha się słabo.

Jeszcze żyję. A pani?

Też.

Zapada cisza. Za oknem zmierzcha. Kroplówki dzwonią cicho.

Przepraszam za rano odzywa się nagle Barbara. Jak się denerwuję, zaczynam gadać bez opamiętania. Wiem, to wnerwiające, ale nie potrafię się powstrzymać.

Jadwiga chciała powiedzieć coś zgryźliwego, ale i ona jest zbyt zmęczona. Wyciąga z siebie tylko krótkie:

Nic nie szkodzi.

W nocy obie nie śpią. Boli je obie. Barbara już nie dzwoni, leży cicho, ale Jadwiga słyszy jej szuranie, westchnienia. Raz wydaje się nawet, że płacze, cichutko w poduszkę.

Rano przychodzi lekarka. Sprawdza szwy, mierzy temperaturę, mówi do obu: No, dziewczyny, bardzo dobrze!. Barbara od razu chwyta telefon.

Baśka, słuchaj! Już po operacji, żyję, wszystko w porządku. A jak u was? Kuba gorączkował? Ale już lepiej? No przecież mówiłam, że to nic, dzieciaki szybko się leczą.

Jadwiga przysłuchuje się odruchowo. U was to wnuki, więc córka dzwoni z wieściami.

Jej telefon milczy. Patrzy dwie esemesy od syna: Mamo, jak się czujesz? i Napisz, jak będziesz mogła. Wysłane wczoraj wieczorem, kiedy była jeszcze nieprzytomna po narkozie.

Odpisuje: Wszystko dobrze. Dodaje uśmiechniętą buźkę. Syn lubi emotikony, twierdzi, że bez nich wiadomości są zimne.

Odpowiedź przychodzi po trzech godzinach: Super! Uściski.

Twoi nie przyjadą? zagaduje Barbara koło południa.

Syn pracuje, mieszka daleko. Zresztą, poradzę sobie sama.

No tak przytakuje Barbara. Moja córka też powtarza: Mamo, jesteś dorosła, dasz radę sama. Po co przyjeżdżać, skoro wszystko gra, nie?

W jej głosie coś sprawia, że Jadwiga przygląda się jej uważniej. Barbara się uśmiecha, ale jej oczy są całkiem niemal smutne.

Ile masz wnuków?

Troje. Kuba najstarszy, osiem lat. Potem Maja i Leon rok po roku, odpowiednio trzy i cztery lata Barbara wyciąga telefon z szafki. Chcesz pooglądać zdjęcia?

Pokazuje zdjęcia przez dobre dwadzieścia minut. Dzieci na działce, dzieci nad morzem, dzieci z tortem. Na wszystkich zdjęciach ona. Obejmuje, całuje, wygłupia się. Córki ani śladu.

Córka robi zdjęcia tłumaczy Barbara. Nie lubi być na obrazkach.

Wnuki u ciebie często?

Ja z nimi właściwie mieszkam. Córka pracuje, zięć też, więc to ja odbieram z przedszkola, z lekcjami pomagam, obiad gotuję.

Jadwiga kiwa głową. U niej było podobnie. Pierwsze lata, gdy urodził się wnuk, codziennie była na posterunku. Potem wnuk podrósł, więc jeździła rzadziej. Teraz raz w miesiącu, w niedzielę, jeśli się uda.

A u pani?

Jeden wnuk. Dziewięć lat. Pilny, chodzi na dodatkowe zajęcia.

Często się widzicie?

Czasem w niedzielę. Są bardzo zajęci. Rozumiem to.

No właśnie Barbara odpływa wzrokiem za okno. Zajęci.

Milkną. Za oknem siąpi deszcz.

Wieczorem Barbara mówi:

Nie chcę do domu.

Jadwiga podnosi wzrok. Barbara siedzi na łóżku, obejmując kolana, patrzy w podłogę.

Naprawdę nie chcę. Myślałam, myślałam i nie chcę wracać.

Dlaczego?

Po co? Jade i tak Kuba sobie nie radzi z lekcjami, Maja znowu zasmarkana, Leon spodnie podarł. Córka w pracy do wieczora, zięć ciągle w delegacjach. A ja sprzątaj, gotuj, odbieraj, pomagaj. A oni nawet nie urywa się. Nawet dziękuję nie powiedzą. Bo przecież babcia to oczywiste.

Jadwiga milknie. W gardle czuje kamień.

Przepraszam ociera oczy Barbara. Rozkleiłam się.

Nie przepraszaj szepcze Jadwiga. Pięć lat temu przeszłam na emeryturę. Myślałam: nareszcie czas dla mnie, teatr, wystawy. Zapisałam się nawet na kurs francuskiego. Chodziłam dwa tygodnie.

I co potem?

Synowa poszła na macierzyński. Poprosiła o pomoc. Przecież babcia, nie pracuje, nie odmówi. Ja też nie umiałam odmówić.

I jak było?

Trzy lata codziennie. Potem wnuk do przedszkola, to już co drugi dzień. Później do szkoły raz w tygodniu. Teraz milknie. Teraz już nie jestem potrzebna. Mają opiekunkę. Ja siedzę w domu i czekam, aż zadzwonią. Jeśli nie zapomną.

Barbara kiwa głową.

Moja córka miała przyjechać w listopadzie. Do mnie. Całe mieszkanie wysprzątałam, upiekłam drożdżówki. Dzień przed dzwoni: mamo, sorry, Kuba ma trening, nie damy rady.

I nie przyjechali?

Nie. Bułki dałam sąsiadce.

Siedzą w ciszy. Za oknem dzwoni deszcz o szybę.

Wiesz, co jest najgorsze? mówi cicho Barbara. Nie to, że nie przyjeżdżają. Tylko że ja i tak czekam. Ściskam ten telefon, myślę: może teraz zadzwonią, powiedzą, że tęsknili. Po prostu tak, bez powodu.

Jadwidze zaszkliły się oczy.

Ja też czekam. Każdy dzwonek telefonu i myśl: może syn po prostu chce pogadać. Ale nie. Zawsze jakaś sprawa.

A i tak pomagamy Barbara uśmiecha się smutno. Bo jesteśmy matkami.

Tak.

Następnego dnia zaczynają się zmiany opatrunków. Boli obie. Po zabiegach leżą w ciszy, aż Barbara mówi:

Zawsze myślałam, że mam szczęśliwą rodzinę. Kochaną córkę, porządnego zięcia, cudowne wnuki. Że jestem potrzebna. Że bez mnie ani rusz.

No i?

A tu dopiero teraz zrozumiałam, że świetnie sobie beze mnie radzą. Córka od czterech dni nie narzeka, że ciężko. Przeciwnie radosna jak nigdy. Czyli sobie poradzą. Babcia po prostu wygodna opiekunka.

Jadwiga podnosi się na łokciu.

Wiesz, co ja zrozumiałam? Że sama jestem sobie winna. Nauczyłam syna, że mama zawsze pomoże, zawsze poczeka, zawsze zrezygnuje z siebie. Że moje plany nie są ważne, a jego świętość.

I ja tak. Córka dzwoni, ja wszystko rzucam, lecę.

Przyzwyczaiłyśmy ich, że nie mamy własnego życia mówi powoli Jadwiga.

Barbara milknie. Potem:

I co teraz?

Nie wiem.

Piątego dnia Jadwiga wstaje sama z łóżka. Szóstego idzie do końca korytarza. Barbara dzień za nią, ale twardo i z uporem. Razem chodzą powoli, asekurując się ścianą.

Po śmierci męża byłam kompletnie zagubiona mówi Barbara. Myślałam, że życie się skończyło. Córka powiedziała: mamo, masz teraz sens wnuki. Żyj dla nich. No to żyłam. Tyle że ten sens jakiś jednostronny. Ja jestem dla nich, oni dla mnie tylko, gdy jest im wygodnie.

Jadwiga opowiada o swoim rozwodzie. Trzydzieści lat temu, syn miał pięć lat. Samotnie go wychowywała, uczyła się wieczorami, pracowała na dwóch etatach.

Wydawało mi się, że jeśli będę idealną matką, on będzie idealnym synem. Jeśli oddam wszystko, będzie wdzięczny.

A on dorósł i żyje swoim życiem kończy Barbara.

Tak. I chyba to normalne. Ale nie myślałam, że będzie mi aż tak samotnie.

Ja też nie.

Siódmego dnia pojawia się syn. Bez zapowiedzi. Jadwiga siedzi na łóżku z książką, kiedy staje w drzwiach. Wysoki, w drogim płaszczu, z siatką owoców.

Cześć, mamo! uśmiecha się, całuje ją w czoło. Jak się czujesz? Lepiej?

Lepiej.

Super. Lekarz mówi, za trzy dni cię wypiszą. Myślałem, może pojedziesz do nas? Gosia mówi, że pokój gościnny stoi pusty.

Dziękuję, wolę u siebie.

Jak wolisz. Ale pamiętaj, dzwoń, zawieziemy.

Siedzi dwadzieścia minut. Opowiada o pracy, wnuku, nowym samochodzie. Pyta, czy nie potrzeba pieniędzy. Obiecuje wpaść za tydzień. Wychodzi szybko, z ulgą.

Barbara leży na swoim łóżku, udaje, że śpi. Kiedy drzwi się zamykają, patrzy pytająco:

Twój?

Mój.

Przystojniak.

Tak.

I lodowaty w środku.

Jadwiga nie odpowiada. Łapie ją duszność.

Wiesz szepcze Barbara myślę, że może trzeba przestać czekać na tę wielką miłość od nich. Po prostu puścić? Zrozumieć, że mają swoje życie, a my powinnyśmy znaleźć swoje.

Łatwo powiedzieć.

Trudno zrobić. Ale nie ma innego wyjścia, nie? Albo tak już zostaniemy, czekając wiecznie aż sobie o nas przypomną.

Co powiedziałaś córce? pyta Jadwiga, niemal z zaskoczeniem przechodząc na ty.

Że po wyjściu ze szpitala dwa tygodnie mam odpoczywać. Lekarz zabronił dźwigać i biegać za wnukami.

Obraziła się?

Bardzo. Barbara uśmiecha się. Ale wiesz poczułam ulgę. Jakby spadł mi z pleców cały ciężar.

Jadwiga zamyka oczy.

Boję się. Jeśli powiem nie, jeśli odmówię może już wcale nie zadzwonią.

A często teraz dzwonią?

Cisza.

No właśnie gorzej nie będzie, może być tylko lepiej.

Ósmego dnia wypisują je razem. Pakują rzeczy w milczeniu, jakby to było już ostateczne pożegnanie.

Wymieńmy się numerami proponuje Barbara.

Jadwiga kiwa głową. Wpisują telefony. Patrzą na siebie.

Dziękuję mówi Jadwiga. Że byłaś blisko.

Tobie też dziękuję. Wiesz, trzydzieści lat nie rozmawiałam tak naprawdę z nikim. Prosto z serca.

Ja też nie.

Przytulają się ostrożnie, by nie zerwać szwów. Pielęgniarka przynosi wypisy, zamawia taksówki. Jadwiga wyjeżdża pierwsza.

W domu cicho i pusto. Rozpakowuje torbę, bierze prysznic, kładzie się na kanapie. Bierze telefon. Trzy wiadomości od syna: Mamo, już w domu?, Daj znać, I nie zapomnij o lekach.

Odpisuje: Jestem, wszystko ok. Odkłada telefon.

Wstaje, podchodzi do szafy. Wyciąga teczkę, której nie otwierała pięć lat. W środku ulotka z kursu francuskiego i wydrukowany repertuar filharmonii. Patrzy i myśli.

Dzwoni telefon. Barbara.

Cześć. Przepraszam, że tak szybko, ale jakoś tak chciałam zadzwonić.

Dobrze, że zadzwoniłaś.

Wiesz co, a może się spotkamy? Jak odzyskamy siły za dwa tygodnie. Na kawę albo na spacer, jak będziesz chciała.

Jadwiga patrzy na ulotkę. Potem na telefon. Potem znowu na ulotkę.

Chcę. Bardzo chcę. A wiesz co? Może już w sobotę? Mam dosyć leżenia w domu.

W sobotę? Serio? Przecież lekarze

Mówili. Ale przez trzydzieści lat dbałam o wszystkich, teraz czas zadbać o siebie.

To jesteśmy umówione. W sobotę.

Kończą rozmowę. Jadwiga odkłada telefon i znów bierze do ręki ulotkę. Kurs francuskiego zaczyna się za miesiąc. Nabór jeszcze trwa.

Siada do laptopa i zaczyna wypełniać zgłoszenie. Ręce jej się trzęsą, ale wypełnia, do końca.

Za oknem pada deszcz. Ale przez chmury przebija się słońce. Słabe, jesienne, ale jednak.

A Jadwiga nagle czuje, że życie może właśnie się zaczyna. I wysyła zgłoszenie.

Oceń artykuł
TwojaCena
Wygodne Babcie Elżbieta Iwanowna obudziła się od śmiechu. Nie od cichego chichotu, nie od powściągl…