Przyjaciele odwiedzili nas na wsi i poczuli się urażeni, że nie poczęstowaliśmy ich wołowiną

Po co miałabyś się przeprowadzać? Zwłaszcza na wieś. Każdy marzy żeby wyjechać do miasta, a Wy zupełnie odwrotnie. Co tam takiego fajnego niby jest? Ja tego nie pojmuję. Tam jest dobrze tylko latem, a zimą nie ma totalnie co robić.

Mam koleżankę, Marcelinę, która starała się ze wszystkich sił odwieść nas od przeprowadzki na wieś. Strasznie mnie to zirytowało zarówno mnie, jak i mojego męża Piotra. Jakbyśmy mieli żyć według jej scenariusza, a nie własnego.

Po chyba roku szukania, w końcu trafiliśmy na odpowiedni dom i się przenieśliśmy. Marcelina dzwoniła później niemal codziennie, śmiejąc się ironicznie, czy znalazłam już jakąś pracę. Dobrze wiedziała, że pracuję zdalnie i nie zamierzałam tego zmieniać. Do tego regularnie pytała: A internet wam działanie nie wariuje?

Odwiedziła nas dopiero na początku października. Minął już przeszło rok, odkąd mieszkaliśmy tu, między polami i brzozami. Chodziła niechętnie po naszym ogrodzie i w sumie dwa dni spędziła w domu, sącząc piwo Żywiec z mężem pod kocem.

Pomimo gości cały ten czas wciąż znosiliśmy do piwnicy worki warzyw i zamykaliśmy kompoty. Trzeciego dnia znajomi zaczęli się pakować planowali wracać wieczornym autobusem. Żadnych prezentów im nie daliśmy na odchodne. Ale wtedy sama Marcelina poprosiła, żebym spakowała im worek ziemniaków i jabłek.

Zaoferowałam się, że zejdę do piwnicy, ale na kaca raczej nie mieli na to ochoty. Pod jabłonią dałam im worek i kilka wiader. Kręcąc nosem na wygląd owoców, zdecydowali się sami je uzbierać. Zastanawiałam się, jak je wszystkie zabiorą do autobusu. Gdy wrócili, już wiedziałam poprosili Piotra, żeby zawiózł ich autem.

Trasa do Krakowa to raptem trzy godziny w obie strony. Piotr jednak szybko się połapał i oznajmił, że już wypił piwo i nie pojedzie. Ostatecznie znajomi zabrali tylko tyle, ile unieśli, i zniknęli z naszego życia na kilka lat. Czasem się zdzwoniliśmy, lecz nie odwiedzili nas już nigdy. Może jestem zgryźliwa, ale chyba im nie żal tej naszej wiejskiej rzeczywistości.

Aż tu nagle, pod koniec listopada budzę się jak ze snu, a tu Marcelina z mężem stukają do drzwi bez żadnej zapowiedzi. Podobno chcieli zrobić nam niespodziankę. Przyjechali na weekend, ale byłam jak w transie, wszystko wirowało i ptaki jakieś inaczej ćwierkały. Przez cały tydzień sprzątałam po ptakach, zamówienia na święta mnie goniły. Trzy byki jeszcze tego dnia trzaskały kopytami w oborze. Cóż, niespodzianka to niespodzianka.

Postawiłam szybko stół. Marcelina i jej mąż jedli i pili, a my krążyliśmy jak tresowane gęsi. Chcieli nawet pomóc, ale w zasadzie nie znali się na skubaniu drobiu, choć przecież też byli kiedyś ze wsi.

Moje ptactwo już było pozamawiane. Planowaliśmy ubić coś na święta dla siebie i rodziców. Czułam się jak duch w tym wszystkim, więc zaproponowałam im gęś, pod warunkiem że sami ją oskubią. Jasne, jutro się za to weźmiemy.

Następnego dnia w domu zapadła głucha cisza. Pomyślałam, że cisza to też odpowiedź. Tym razem mieli już własne auto, więc nie musieli liczyć na podróż z nami. Przed wyjazdem sama zaproponowałam im trochę warzyw i kiszonek, żeby sobie wybrali. Załadowali bagażnik po brzeg. I dobrze, niech jedzą, mamy zapasy na lata.

Ale następnym pytaniem Marceliny przebiła nawet swoje wcześniejsze teksty: Nie macie przypadkiem jeszcze trochę wołowiny?

Powiedziałam, że nie. Naprawdę nie mieliśmy dodatkowej wołowiny. Najpierw realizujemy zamówienia, potem bijemy byki. Pracy pewnie za wiele nie mamy, ale jakoś trzeba żyć. A jak już jest coś ekstra, to przecież mamy rodzinę: rodziców, siostry, braci.

Może się o to obrazili. Marcelina do dziś nie zadzwoniła, nie napisała ani słowa. A nasza wspólna znajoma rzuciła kiedyś na odczepnego, że jesteśmy zachłanni. Że przyszli na wieś, a wyjechali o suchym pysku do miasta bez mięsa. Tak opowiedziała świecie, chyba wcale nie śniąc o naszym polskim spokoju.

Oceń artykuł
TwojaCena
Przyjaciele odwiedzili nas na wsi i poczuli się urażeni, że nie poczęstowaliśmy ich wołowiną