Dwa tygodnie na spakowanie wszystkiego i znalezienie nowego kąta. Moje córki są obrażone.
Dziś, kiedy o tym myślę, serce mam ciężkie jak nigdy. Zostałam sama z dwoma córkami, kiedy mój mąż, Marek, zmarł nagle wiele lat temu. Nie miałam wtedy czasu na łzy ani na żal trzeba było żyć, pracować, wychowywać dzieci. Małgosia i Basia były moim całym światem. Chciałam, żeby porządnie się wykształciły, więc brałam nadgodziny w szkole i w bibliotece. Gdy brakowało do pierwszego, dorabiałam korepetycjami byle tylko dziewczynom niczego nie brakowało.
Minęły lata. Kiedy Małgosia przyprowadziła do domu swojego chłopaka, Krzyśka, powiedziała mi od razu: Mamo, chcemy się pobrać, ale on nie ma gdzie mieszkać. Czy może się do nas wprowadzić?. Westchnęłam tylko i zgodziłam się, bo przecież młodzi mieli ciężko, a ja wierzyłam, że to przejściowe. Potem, kiedy urodziła im się Zosia, oddałam im mój pokój, a sama zamieszkałam w jednym z Basią.
Sądziłam, że poczekam kilka miesięcy młodzi uzbierają na własne mieszkanie, zaczną życie na swoim. Nic z tego. Krzysiek niby coś pracował, ale nigdy nie było go stać, Małgosia narzekała, że nie nadąża przy dziecku. Ostatecznie cała odpowiedzialność za dom i wydatki spadła znowu na mnie. Gotowałam dla wszystkich, lodówka zawsze była pełna. W podzięce nie dostałam nawet prostego dziękuję.
Każdy dzień przynosił nowe spory. Basia nie chciała sprzątać po Krzyśku. Małgosia tłumaczyła, że nie ma na nic siły przez Zosię. Krzysiek całymi dniami klikał w komputer, twierdząc, że śmieci wynosić nie będzie, bo to nie jego rola. W naszym krakowskim mieszkaniu robiło się coraz duszniej, ciężko było oddychać. Coraz częściej po pracy szłam na długi spacer po Plantach, by nie musieć wracać do domu.
Gdy któregoś dnia zasugerowałam Małgosi, że może czas najwyższy, by z mężem i dzieckiem poszukała choćby wynajmowanego lokum, usłyszałam: Mamo, ledwo zbieramy na wkład własny do kredytu. Skąd mamy wziąć pieniądze na wynajem?. Westchnęłam. I tak zostali.
Odpowiedzialna Basia również postanowiła sobie ułatwić życie przyprowadziła Kacpra, chłopaka ze Szczecina. Mamo, on nie ma gdzie się zatrzymać, zamieszka z nami. Zapytałam bez przekonania: A gdzie będzie spał?. Basia z uśmiechem odpowiedziała, że kuchnia przecież nie jest zbyt wygodna może ja się tam przeniosę i będę miała więcej spokoju, a ona pokój większy dla siebie.
Tego już było za wiele. Poczułam się w swoim własnym mieszkaniu jak gość. Miałam wrażenie, że gdybym poprosiła o miejsce na stare lata, to szybciej znalazłabym się w domu opieki, niż doczekałabym się szacunku od córek.
Stanęłam więc pewnego wieczoru w kuchni, zebrałam się w sobie i powiedziałam jasno: Macie dwa tygodnie na spakowanie się i znalezienie innego miejsca do mieszkania. Dziewczyny się obraziły, płacz, szantaż, obietnice, że wnuków nie zobaczę. Basia rzuciła, że sama zostanę na starość. Od tamtej chwili w mieszkaniu zapanowała cisza, jakiej chyba nigdy tu nie było. Ale nie cofnęłam się.
Zbliża się moje pięćdziesiąte urodziny. Nie wiem, czy dziewczyny przyjdą, czy usłyszę jeszcze kiedyś mamo z ich ust. Czy dobrze zrobiłam? Czy matka powinna wymagać od dzieci samodzielności, nawet jeśli oznacza to samotność? Dziś tylko jedno wiem nadszedł czas, by one zaczęły dbać o siebie, tak jak ja dbałam kiedyś o nie.




