Zabawne historie rodzinne, które poprawią Ci humor

Silna i zgrana rodzina to taka, której członkowie razem przeżywają życiowe trudy, wzloty i upadki. Tu każdy może liczyć na wsparcie drugiej osoby. Wiadomo przecież, że jak się wali świat, to najpierw dzwonisz do rodziny.

Czasem naprawdę niewiele potrzeba, by w domu rozlała się fala szczęścia i miłości. Najlepszym dowodem na to są te oto rodzinne anegdotki.

Ja i mój mąż należymy raczej do tych niższych egzemplarzy człowieka, oboje mamy mniej niż 160 centymetrów wzrostu. Za to mój tata, pan Stanisław, mierzy piękne 170 cm i na twarzy dzierży dorodną brodę. Za każdym razem, gdy wpada do naszego mieszkania, woła z progu: Dzień dobry, hobbity!, a my chórem: Cześć, Gandalfie!.

Nasza rodzina to ja, żona i dwie córki. Pewnego dnia nie mogliśmy dojść do porozumienia, kto ma iść na spacer z psem naszą psią damą o imieniu Kropka. Żeby rozstrzygnąć sprawę sprawiedliwie, stoczyliśmy bitwę na milczenie. Przegrywa, kto pierwszy się odezwie. Gra się zaczęła, a tu nagle nasza Zuzia po cichutku zaczęła się ubierać, złapała smycz, wzięła Kropkę i już była gotowa do wyjścia. Patrzymy na nią wszyscy zdumieni, a potem prawie jednocześnie wołamy: Zuzia, ale Ty jesteś grzeczna dziewczynka!. Na co ona z uśmiechem: A mam was! To tylko żart. I już była w piżamie z powrotem.

A był jeszcze taki incydent z moim przyjacielem. Przychodzi on do taty oczywiście w garniturze, drżącymi rękami, żeby poprosić o moją rękę. Tata pada teatralnie na kolana i woła: No w końcu się doczekałem, Zbawicielu!. Okazało się, że kiedyś usłyszał taki dowcip na spotkaniu towarzyskim i całe życie marzył, by go wykorzystać.

Zawsze szykuję rano śniadanie mojej ośmioletniej siostrzenicy. Ale w weekendy pozwalam sobie pospać trochę dłużej. Pewnego leniwego poranka schodzę do kuchni, a tam na stole czeka już herbata, serek waniliowy i dwie kanapki, pięknie ułożone na talerzu. Mała Lena sama mi zrobiła śniadanie tak chciała mi umilić wolny dzień. Dzieci naprawdę potrafią docenić drobnostki.

Pewnego razu wybraliśmy się całą rodziną razem z moim bratem, jego żoną i ich córką do wsi, z której pochodzi nasza mama. W połowie drogi wpadliśmy na genialny pomysł, że dzieci Wojtek i Milenka będą mieć frajdę ze strzelania do siebie pistoletami na wodę. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, znaleźliśmy superpistolety No i zabawa była po kokardę, tylko dorośli zamiast kibicować dzieciom, sami rzucili się do bitwy, chlapiąc się jak dzieci.

Kiedy miałam sześć lat, rodzice zabierali mnie czasem na letnie wypady do babci na wieś pod Pułtuskiem. Tata brał ze sobą wędkę, do której przyczepiał kawałek drewienka, a pod pływakiem No wiadomo, magnes na wszystkie wiejskie sowy. Szedł, robił miny, skrzypiał i udawał myszy, aż wreszcie na drzewie siadła wielka sowa! Próbowała dziobem złapać poczciwą wędkę, a ja patrzyłam oczarowana. Tak zaczął się mój szacunek do przyrody tata zaszczepił mi go w sercu na całe życie.

Ostatnio zdałam sobie sprawę, że ja i mój mąż właściwie nigdy się nie kłócimy Znajomi opowiadają, że u nich wieczna wojna o sprzątanie, naczynia, pranie. Rozejrzałam się po mieszkaniu ciuchy walają się po fotelach, jakieś garnki na stole, sterta nieumytej porcelany. Ale my tylko patrzymy na siebie, siadajmy razem na kanapie i przytuleni oglądamy kolejny odcinek serialu. Ot, dwa szczęśliwe, polskie leniuszki.

Pewnego dnia stałam z córką w kolejce w kiosku. Przeglądała kolorowe magazyny i mówi: Tato, patrz, jest gazetka o wróżkach i Flora na okładce!. Odpowiadam spokojnie: Kochanie, to nie Flora, tylko Bloom. Na dźwięk tych słów dwie nastolatki stojące przed nami odwróciły się ze szczerym niedowierzaniem. Nie każdy tata zna przecież wszystkie postaci z Winx Club!

Mój mąż stracił mamę bardzo wcześnie, więc moja mama pani Halina stała się mu drugą matką. Siedzieliśmy kiedyś przy obiedzie w restauracji: ja, mąż, dwóch naszych synów i mama. Mąż wzruszony dziękował jej za wszystko, a ona śmiała się serdecznie i przyjmowała te podziękowania jak własny syn. Wzruszające, choć żurek się prawie rozlał!

Ośmioletnia córka wpadła kiedyś zziajana po powrocie z podwórka i woła: Tato, widziałam na dworze takiego mega-kolorowego motyla! Wielki jak pięść! Pokazuje dłonią wielkość co najmniej sokoła Wszyscy się bali podejść, tylko chłopaki próbowali go przepędzić kijkami, ale i tak się bali!

Córa opowiada dalej, z wypiekami na policzkach:

A ja się nie bałam! Sama! Już miałam was wszystkich zganić za zabijanie motyli, ale wygoniłam chłopaków i pozwoliłam mu odlecieć!

No, i jak tu nie kochać tej polskiej, cudownej codzienności?

Oceń artykuł
TwojaCena
Zabawne historie rodzinne, które poprawią Ci humor