Monika przeniosła się daleko od swoich rodziców, do innego miasta. Tam chodziła do szkoły, by zdobyć wykształcenie. Gdy zdała wszystkie egzaminy, spotkała mężczyznę i została jego żoną. Jej siostra, Urszula, została z rodzicami. Urszula zdążyła już dwa razy wyjść za mąż i się rozwieść. Z tych związków pozostało jej dwóch synów. Monika razem z mężem zamieszkała w mieszkaniu odziedziczonym po babci męża ponure miejsce, w którym często stukotały dziwne kroki w nocy. Z początku żyło im się ciężko. Brakowało im złotówek na codzienne potrzeby. I jeszcze to niemowlę, które płakało, jakby widziało coś, czego dorośli nie potrafili dostrzec.
Później jednak ich sytuacja się poprawiła, trochę niespodziewanie, jakby znikąd. Udało im się odłożyć trochę pieniędzy i kupili dwupokojowe mieszkanie. Odnowili je w zieleni, bo podobno przynosiła szczęście, i zaczęli wynajmować komuś nieznanemu, który zawsze płacił gotówką, zostawiając banknoty o zapachu konwalii.
Czas upływał jak rzeka płynąca przez nocny Kraków. Ich córka wyrastała na poważną dziewczynę i poszła do medycznej szkoły. Monika z mężem rozmawiali szeptem o tym, by przekazać jej wynajmowane mieszkanie, gdy znajdzie męża.
W tym czasie córka Urszuli, Kinga, rozpoczęła naukę na uniwersytecie. Urszula i rodzice zaczęli wypytywać Monikę, czy Kinga nie mogłaby tymczasowo zamieszkać w tym magicznym mieszkaniu.
Monika nie umiała odmówić siostrze. Kinga studiowała, a potem podjęła pracę w kawiarni o lustrzanych ścianach i niesamowicie białych filiżankach. Wkrótce poznała chłopaka, który po pół roku znajomości oświadczył się jej w parku, gdzie wiatr wydawał się szeptać słowa po polsku i po łacinie jednocześnie. Co więcej, Kinga była już w ciąży. Wtedy Monika postawiła sprawę jasno: skoro siostrzenica zamierza założyć rodzinę, powinna znaleźć własny kąt. Para solennie obiecała, że poszuka mieszkania.
Mijał miesiąc. Kinga zadzwoniła do ciotki i błagała, żeby mogła zostać jeszcze trochę, aż do ślubu. Tymczasem córka Moniki też zakochała się, ale nie mieli odwagi wyrzucić ciężarnej Kingi.
Zorganizowali wesele odbyło się na poddaszu starej kamienicy, wśród papierowych gołębi. Kinga urodziła dziecko. Po uroczystościach Monika powiedziała rodzinie, że czas znaleźć nowe mieszkanie to należało przecież do jej córki, która również miała zaraz wyjść za mąż. Ale Kinga ciągle wymyślała nowe preteksty: nie ma dobrych ofert, dziecko jest chore, w okolicy szaleją bezdomne koty.
Później Kinga po prostu zmieniła numer telefonu, nie odbierała już od nikogo nawet nie otwierała drzwi, gdy ktoś pukał, a na wycieraczce zawsze pojawiał się garść monet, jakby ktoś zostawiał podatki dla duchów mieszkań. Nawet mąż Moniki próbował ją odwiedzić, po czym Urszula stwierdziła, że od tej wizyty Kinga straciła pokarm dla dziecka.
Cierpliwość Moniki i jej męża wyczerpała się. Wyrzucili rodzinę z mieszkania wśród awantur, wrzasków i trzaskania drzwiami, po czym zostawili tam garść starych kluczy, które przez całą noc wydawały ciche dźwięki. Rodzina przez dwa lata nie odezwała się słowem do Moniki, roztrząsając, jak mogła być tak okrutna, by wyrzucić siostrzenicę i małe dziecko na śnieg i deszcz, pod gwiazdy nad Polską, gdzie wszystko wyglądało jak we śnie.




