Dziennik
Każdy mój poranek zaczyna się podobnie. Czajnik na gazie, dwie łyżeczki herbaty do starego, pękatego imbryka, który pamięta jeszcze czasy, kiedy dzieci były małe, a wydawało się, że całe życie przed nami. Dopóki woda się nie zagotuje, włączam radio w kuchni i słucham wiadomości jednym uchem. Głosy spikerów są mi bliższe niż twarze większości ludzi.
Na ścianie wiszą zegar z żółtymi wskazówkami. Wskazówki chodzą równo, ale dzwonek telefonu stacjonarnego pod nimi odzywa się coraz rzadziej. Kiedyś rozbrzmiewał codziennie wieczorem, gdy koleżanki dzwoniły, by omówić serial lub ciśnienie. Teraz koleżanki chorują, wyjeżdżają do dzieci do innych miast albo odchodzą na zawsze. Telefon stoi w kącie, ciężki, z słuchawką wygodnie leżącą w dłoni. Czasem przechodząc, gładzę go delikatnie, jakbym sprawdzała, czy jeszcze żyje ten sposób kontaktu.
Dzieci dzwonią przez komórki. A raczej wiem, że dzwonią do siebie, bo gdy przyjeżdżają, nie wypuszczają telefonów z rąk. Syn potrafi w środku rozmowy nagle zamilknąć, wpatrywać się w ekran, mruknąć: Chwila, i stukać palcami po szybce. Wnuczka, drobna dziewczynka z długim warkoczem, prawie wcale nie odkłada telefonu. Tam ma znajomych, gry, lekcje, muzykę. Tam mają wszystko.
U mnie leży stary telefon na klawisze. Kupili mi go, kiedy po raz pierwszy trafiłam do szpitala z ciśnieniem.
Żebyśmy mogli się zawsze dodzwonić powiedział wtedy syn.
Telefon, w szarawym futerale, spoczywa na półce w przedpokoju. Czasem zapominam go naładować. Czasem leży na dnie torebki, pod chustkami i paragonami z Biedronki. Odzywa się rzadko, a kiedy już dzwoni, często nie zdążam wcisnąć odpowiedniego przycisku i potem zżymam się na swoją powolność.
Tego dnia skończyłam siedemdziesiąt pięć. Ta liczba wydała mi się obca. W środku czuję się młodsza jakieś dziesięć lat. Może piętnaście. Ale dowodu osobistego nie oszukasz. Dzień toczył się utartym szlakiem: herbata, radio, krótka gimnastyka do ćwiczeń zaleconych przez lekarkę z przychodni. Wyjęłam z lodówki sałatkę z wczoraj, na stole postawiłam placek. Dzieci obiecały, że będą na czternastą.
Nadal mnie dziwi, że urodziny omawia się teraz nie przez telefon, tylko w jakimś czacie. Syn kiedyś wspomniał:
My z Kasią wszystko w czacie rodzinnym ustalamy. Potem ci pokażę.
Ale nie pokazał. Słowo czat brzmi dla mnie jak z innego świata, w którym ludzie żyją w małych okienkach i rozmawiają literami.
O czternastej przyjechali. Najpierw do przedpokoju wpadł wnuk Michał z plecakiem i słuchawkami na uszach, za nim cichutko przemknęła wnuczka Basia, potem syn z Kasią, obładowani torbami. W mieszkaniu od razu zrobiło się tłoczno i gwarno. Pachniało ciastem z cukierni, perfumami synowej i jakimś świeżym, szybkim zapachem, którego nie umiałam nazwać.
Mamo, wszystkiego najlepszego syn uścisnął mnie mocno, szybko, jakby już śpieszył się dalej.
Prezenty poukładali na stole. Kwiaty do wazonu. Basia zaraz poprosiła o hasło do Wi-Fi. Syn skrzywił się, z kieszeni wyjął karteczkę z zapisanym ciągiem cyfr i liter, które w mojej głowie wywołały szum.
Babciu, a czemu ty nie siedzisz z nami na czacie? zapytał nagle Michał, ściągając buty i kierując się do kuchni. Przecież tam wszystko się dzieje.
Jaki czat, machnęłam ręką, podsuwając placek. Mnie wystarczy mój telefon.
Mamo wtrąciła się synowa my właściwie z tej okazji… porozumiewawczo spojrzała na męża. Mamy dla ciebie prezent.
Syn wyciągnął z torby zgrabne pudełko. Białe, błyszczące, z ładnym rysunkiem. Poczułam niepokój. Już wiedziałam, co tam będzie.
Smartfon oznajmił syn takim głosem, jakby diagnozę stawiał. Porządny. Nie najdroższy, ale dobry. Ma aparat, internet, wszystko.
A po co mi to? zapytałam, starając się, by głos nie drżał.
Mamo, żebyśmy mogli rozmawiać przez wideorozmowy synowa szybko zaczęła tłumaczyć. Mamy czat rodzinny, wrzucamy tam zdjęcia, wiadomości. No i teraz wszystko przez internet. Zapis do lekarza, rachunki ze spółdzielni. Sama się skarżyłaś, że w przychodni kolejki.
Dam sobie radę… zaczęłam, ale widziałam, że syn cicho wzdycha.
Mamo, nam będzie spokojniej. Jak coś napiszesz. Albo my napiszemy. I nie musisz szukać klawisza z zieloną słuchawką na starym telefonie.
Uśmiechnął się łagodząco, ale poczułam ukłucie. Zielona słuchawka jakby mi chciał powiedzieć, że już do niczego się nie nadaję.
Dobrze powiedziałam, patrząc na pudełko. Skoro tak chcecie.
Otwieraliśmy je wszyscy razem, jak kiedyś prezenty na dziecięce urodziny. Tyle że dzieci były już dorosłe, a ja siedziałam pośrodku, czując się bardziej jak na egzaminie niż święcie. Ze środka wyjęli cienki, czarny prostokąt. Był zimny i śliski. Na ekranie nie było ani jednego przycisku.
Tutaj wszystko jest dotykowe wytłumaczył Michał. Wystarczy dotknąć, zobacz.
Przesunął palcem po szkle, ekran rozbłysł kolorowymi ikonami. Drgnęłam. Wydało mi się, że ten sprytny sprzęt zaraz zażąda hasła, loginu, jeszcze czegoś dla mnie kompletnie obcego.
Nie bój się powiedziała Basia niespodziewanie miękko. My wszystko ustawimy, tylko sama na razie nie klikaj, dobrze? Zanim nie wyjaśnimy.
Te słowa zabolały mnie najbardziej. Nie klikaj sama. Jakby mówić do dziecka, które zaraz rozbije coś drogiego.
Po obiedzie cała rodzina przeniosła się do pokoju. Syn usiadł blisko na kanapie, położył smartfon na kolanach.
Popatrz, zaczął. Tu włączasz, przyciskasz i trzymasz. Wyskakuje tapeta, potem blokada. Przesuwasz palcem, tak.
Wszystko tłumaczył szybko, jedno po drugim. W głowie miałam mętlik: przycisk, tapeta, blokada. Obce słowa.
Poczekaj poprosiłam. Po kolei, bo zapomnę.
Dasz radę, mamo, to proste, przywykniesz odparł z lekceważeniem.
Kiwnęłam, choć wiedziałam, że nie nauczę się tego od razu. Potrzebuję czasu. Muszę pogodzić się, że świat żyje teraz w tych prostokątach, a ja mam się tam przecisnąć.
Wieczorem w telefonie były już numery dzieci, wnuków, sąsiadki pani Walentyny i rodzinnej lekarki. Syn zainstalował komunikator, założył dla mnie konto, dodał do rodzinnego czatu. Ustawił większy font, żebym nie mrużyła oczu.
Patrz, pokazywał. To nasz czat. Tutaj piszemy. Wysyłam wiadomość.
Napisał coś, pojawiło się na ekranie. Zaraz przyszła odpowiedź od Kasi: Super, mama dołączyła! Potem Basia mnóstwo kolorowych buziek.
A ja jak? spytałam. Jak napisać?
Tutaj, pokazał pole. Masz klawiaturę. Wpisujesz. Albo nagrywasz głos. Wciśnij mikrofon, mów.
Spróbowałam. Palce mi się trzęsły. Zamiast dziękuję napisałam dzienkuje. Syn się zaśmiał, Kasia też, Basia przesłała kolejną porcję emotikonów.
Daj spokój syn dodał, widząc moją minę. Kto się nie myli na początku?
Kiwnęłam, ale czułam wstyd. Jakby nie zdała dziecinnego testu.
Gdy wyjechali, znowu zrobiło się cicho. Na stole leżał niedojedzony placek, kwiaty w wazonie i białe pudełko od smartfona. Sam aparat został obok ekranem do dołu. Ostrożnie go odwróciłam. Ekran ciemny. Wcisnęłam przycisk z boku, tak jak pokazywał syn. Rozświetliło się zdjęcie: wszyscy razem na zeszłorocznym Sylwestrze. Zobaczyłam siebie z profilu w niebieskiej sukience, z uniesioną brwią jakby już wtedy byłam niepewna, czy moje miejsce jest w tym szeregu.
Przesunęłam palcem, jak mnie nauczono. Wyświetliły się ikony. Telefon, wiadomości, aparat, coś jeszcze. Przypomniało mi się: Nie klikaj nic poza tym. Ale jak rozróżnić, co wolno?
Położyłam więc smartfon z powrotem na stole i poszłam umyć naczynia. Niech leży. Niech się przyzwyczai do mieszkania.
Następnego dnia obudziłam się wcześniej niż zwykle. Rzuciłam spojrzenie na nowy telefon. Leżał dokładnie tam, gdzie wczoraj, trochę obcy. Wczorajszy strach słabł. To tylko rzecz. Rzeczy można się nauczyć. Kiedyś opanowałam mikrofalówkę, choć też się jej bałam.
Zrobiłam herbatę, usiadłam i zbliżyłam do siebie telefon. Włączyłam. Dłoń mi się spociła. Na ekranie znów pojawiła się nasza sylwestrowa fotografia. Przesunęłam palcem. Ikony. Znalazłam zieloną słuchawkę choć to już znajome i wcisnęłam.
Wyświetliła się lista kontaktów: syn, synowa, Basia, Michał, pani Walentyna. Wybrałam syna. Zaczęło dzwonić, na ekranie pojawiły się paski. Przyłożyłam do ucha.
Halo? usłyszałam zaskoczony głos syna. Mamo? Wszystko w porządku?
Tak, chciałam sprawdzić, czy działa odparłam, czując radość.
A widzisz! Mówiłem. Brawo. Ale lepiej dzwoń przez messenger, taniej wyjdzie.
Ale jak? zaskoczyło mnie.
Potem pokażę, jestem w pracy.
Odłożyłam słuchawkę. Serce waliło jak po szybkim marszu. Ale było mi ciepło. Zadzwoniłam sama. Bez pytania kogokolwiek.
Parę godzin później przyszła pierwsza wiadomość na rodzinny czat. Telefon delikatnie zapiszczał, rozbłysnął ekran. Wzdrygnęłam się. Basia: Babciu, jak się masz? Pod spodem migało pole, gdzie można wpisać odpowiedź.
Siedziałam długo, patrząc na pole. W końcu wciskałam klawisze po jednej: W chybione, wyszło s. Skasowałam. Napisałam jeszcze raz. Palce jak z waty. Po dziesięciu minutach z trudem napisałam: Wszystko dobrze. Piję herbatę. Z literówką, ale zostawiłam. Wcisnęłam ikonę wysyłania.
Chwilę później Basia odpisała: Super! Sama to napisałaś? Jeszcze serduszko.
Uśmiechnęłam się. Sama. Moje słowa pojawiły się tam, gdzie zwykle widuję cudze.
Wieczorem wpadła pani Walentyna z dżemem.
Słyszałam, młodzi dali ci… no ten, jak mu tam… mądrą komórkę, śmiała się zdejmując buty.
Smartfon, poprawiłam. Chociaż słowo wydaje się zbyt nowoczesne, z przyjemnością je powiedziałam.
I jak? Nie gryzie cię? śmiała się.
Na razie tylko piszczy, westchnęłam. Wszystko tu inne. Żadnych przycisków.
Mnie też wnuk przekonuje. Powiada, teraz bez tego ani rusz. Ale ja już za stara. Niech oni żyją w swoim internecie.
Za stara ukłuło jak szpilka. Ja też tak myślałam. Ale teraz w moim pokoju leży coś, co szepcze: jeszcze nie za późno. Można spróbować.
Następnego dnia syn zadzwonił z informacją, że zapisał mnie do lekarza przez internet. Byłam zaskoczona.
Jak to przez internet? spytałam.
Przez Empatię, mamę, tam wszystko jest. Samodzielnie też możesz, zostawiłem ci login i hasło na kartce w szufladzie obok telefonu.
W szufladzie rzeczywiście znalazłam karteczkę z numerkiem i ciągiem liter. Wzięłam ją jak receptę. Wiadomo, o co chodzi, ale jak korzystać czarna magia.
Następnego dnia zebrałam się na odwagę. Włączyłam smartfona, znalazłam przeglądarkę, jak pokazywał syn. Wpisałam adres, literka po literce z karteczki. Dwa razy źle, kasowałam. W końcu strona się wczytała. Niebieskie i białe paski, jakieś przyciski.
Wprowadź login przeczytałam na głos. Hasło.
Login jakoś się udał. Hasło było gorzej. Litery z cyframi, klawiatura przeskakiwała, znikała. W końcu kliknęłam w złe miejsce i wszystko znikło. Zaklęłam pod nosem.
Zrezygnowana chwyciłam za telefon stacjonarny i zadzwoniłam do syna.
Nic mi nie wychodzi, te twoje hasła to tortura.
Mamo, nie denerwuj się. Wpadnę wieczorem, jeszcze raz pokażę.
Ciągle tylko pokazujesz, a jak wyjedziesz, to znów jestem sama…
Zapadła cisza po drugiej stronie.
Rozumiem powiedział w końcu. Może Michał przyjdzie i spokojnie ci wszystko wytłumaczy, on lepiej ode mnie umie.
Zgodziłam się, ale po odłożeniu słuchawki czułam ciężar na sercu. Wychodzi na to, że bez nich nic nie mogę. Że jestem ciężarem, któremu wciąż trzeba coś wyjaśniać.
Wieczorem przyszedł Michał. Zdjął adidasy, usiadł na kanapie.
Dawaj, babciu. Pokaż, co nie wychodzi.
Zaczęłam ostrożnie. Tu wszystko trudne przyznałam. Te napisy, przyciski. Boję się, że coś popsuję.
Tu się nie da nic popsuć, wzruszył ramionami. Najwyżej wylogujesz się, zalogujemy znowu.
Mówił szybko, ale bez zniecierpliwienia. Palce śmigały po ekranie pewnie, jak po znanym fortepianie. Pokazał, gdzie wejść, jak zapisać się do lekarza.
Tutaj twoja rejestracja. Jeśli się rozmyślisz, można anulować.
A jeśli przypadkiem anuluje? pytałam.
To się zapiszesz ponownie, już.
Kiwnęłam. Dla niego to już. Dla mnie cała epopeja.
Gdy wyszedł, długo trzymałam telefon w dłoniach. Wydaje się, że ten mały ekranik codziennie próbuje mnie przetestować: login, hasło, błąd połączenia. Kiedyś świat był prosty: zadzwoniłaś, załatwiłaś, poszłaś. Teraz trzeba jeszcze znać literki i przyciski.
Po tygodniu trafiła się przygoda z rejestracją do lekarza. Obudziłam się z ciężką głową i słabością. Ciśnienie wariowało. Przypomniałam sobie, że mam wizytę za dwa dni. Postanowiłam sprawdzić godzinę. Włączyłam smartfon, weszłam na stronę, jak uczył Michał. Przeglądam mojego nazwiska nie ma.
Serca mi zamarło. Przewijam w górę, w dół pusto. Przecież nic nie klikałam wczoraj a może jednak? Wieczorem próbowałam z ciekawości zobaczyć, gdzie się anuluje. Może coś wcisnęłam przypadkiem.
Myśli biegały. Bez rejestracji musiałabym iść do przychodni i stać w kolejce. Tam duszno, ciasno, ludzie kaszlą. A ja ledwo się trzymam. Poczułam narastającą panikę.
Pierwszy odruch: zadzwonić do syna. Ale miał ciężki tydzień w pracy. Zobaczyłam go w wyobraźni, jak stuka w komputer i mówi kolegom: Sorry, mama znów nie ogarnia telefonu. Wstyd.
Posiedziałam, pooddychałam. Przypomniałam sobie o Michale ale on ma wykłady, nie chciałam prosić.
Spojrzałam na telefon. Mały, czarny prostokąt. Kłopot i szansa jednocześnie. Powoli otworzyłam stronę, weszłam na konto. Palce się trzęsły, ale starałam się klikać precyzyjnie.
W dziale rejestracji pusto. Znaczy, naprawdę się usunęło. Zamknęłam oczy, wzięłam głęboki wdech i kliknęłam: Zarejestruj się na wizytę. Wyświetliła się lista lekarzy. Znalazłam internistę. Termin za trzy dni. Trochę późno, ale zawsze. Godzina poranna. Wcisnęłam potwierdź i zamarłam.
Telefon przemielił i wyświetlił: Zostałaś zarejestrowana. Z nazwiskiem, datą, godziną. Czytałam i sprawdzałam kilka razy. Ulżyło mi. Sama to zrobiłam. Bez syna, bez wnuka.
Na dowód otworzyłam komunikator i znalazłam czat z lekarką, którego kiedyś syn dodał mi do kontaktów. Długo się zbierałam, w końcu wcisnęłam mikrofon.
Dzień dobry, tu Jadwiga Nowak powiedziałam wyraźnie. Mam podwyższone ciśnienie. Zarejestrowałam się na pojutrze. Jeśli byłaby możliwość, proszę zerknąć.
Wypuściłam przycisk. Wiadomość się wysłała, pojawił się haczyk obok. Siedziałam, słuchałam ciszy. Po dwóch minutach smartfon piknął lekarka odpisała wielkimi literami: DOBRZE, WIDZĘ PANIĄ W SYSTEMIE. JAKBY CO PROSZĘ DZWONIĆ.
Poczułam ulgę. Wizyta odnowiona, lekarz powiadomiony. I wszystko przez ten mały ekranik.
Wieczorem napisałam na czacie rodzinnym: Zapisałam się sama do lekarza przez internet. Z literówką, ale nieważne. Liczy się treść.
Najpierw odpisała Basia: Wow! Lepsza jesteś ode mnie. Potem synowa: Mamo, jestem dumna. I syn: Widzisz? Mówiłem, że się uda.
Czytałam te wiadomości i czułam, że w środku coś się rozprostowuje. Może nie jestem częścią ich żartów i memów, ale między nami jest już cieniutka nitka. Kiedy trzeba można pociągnąć, i ktoś odpowie.
Po wizycie lekarskiej, która minęła spokojnie, postanowiłam nauczyć się jeszcze czegoś. Basia opowiadała, że z koleżankami wymieniają się zdjęciami jedzenia, kotów i innych drobiazgów. Wydawało mi się to dziecinne, ale podskórnie zazdrościłam: mają wspólny obraz dnia, ja tylko radio i widok z okna.
Któregoś słonecznego dnia, gdy sadzonki na parapecie połyskiwały w szklanych słoiczkach, wzięłam telefon i otworzyłam aparat. Na ekranie pojawiła się kuchnia, zamknięta w ramce. Przysunęłam smartfon do sadzonek. Wcisnęłam białe kółko. Cichy trzask.
Zdjęcie trochę nieostre, ale wyszło. Zielone listki, światło na blacie. Patrzyłam długo. Pomyślałam, że te kiełki podobne są do mnie wyciągają się do światła, choć ziemia jeszcze twarda.
Wysłałam zdjęcie na rodzinny czat. Zastanawiałam się, co napisać. W końcu: Moje pomidory rosną. Wysłałam.
Odpowiedzi posypały się natychmiast. Basia wysłała fotkę pokoju zalanego książkami. Synowa miska sałatki i podpis: Uczę się od Pani. Syn selfie z uśmiechem z biura: Mama ma pomidory, ja raporty. Kto ma lepiej?
Śmiałam się na głos, czytając. Kuchnia przestała być pusta. Jakby przy stole zebrało się kilka osób, każda w innym mieście, a jednak blisko.
Oczywiście, nadal bywało dziwnie. Raz przypadkowo wysłałam na czat rodzinny nagranie głosowe, kiedy chciałam tylko poćwiczyć. Słychać było, jak komentuję wiadomości z telewizora. Wnuki aż pękały ze śmiechu, syn napisał: Mamo, masz własny program. Wstydziłam się, ale potem zaczęłam się śmiać przynajmniej był to mój głos.
Czasem myliłam czaty i zamiast prywatnej wiadomości do Basi, pisałam do wszystkich. Raz zapytałam wszystkich naraz, jak skasować zdjęcie. Michał przesłał instrukcję, Basia proste nie wiem, synowa grafikę z napisem: Mama, progres pełną parą.
Wciąż gubię się w przyciskach. Boję się aktualizacji, które telefon czasem każe zainstalować. Zaktualizuj system brzmi podejrzanie jakby miało się zmienić coś, co ledwo rozumiem.
Ale z każdym dniem strach maleje. Umiałam już sama sprawdzić rozkład autobusów, pogodę, nawet znalazłam w sieci przepis na placek, podobny do tego, który piekła moja mama. Długo szukałam, ale gdy rozpoznałam składniki, zakręciło mi się w oczach.
Tego nikomu nie napisałam. Po prostu upiekłam, pstryknęłam zdjęcie i wysłałam: Przypomniałam sobie babciny przepis. Posypały się serduszka, wykrzykniki i prośby o receptę. Zrobiłam zdjęcie kartki z proporcjami i wysłałam.
Złapałam się na tym, że coraz rzadziej zerkam na telefon stacjonarny. Nadal tam wisi, ale nie jest już moją jedyną nicią ze światem. Mam jeszcze inną, niewidzialną, coraz mocniejszą.
Pewnego wieczoru, gdy za oknem powoli ciemniało, a w sąsiednim bloku rozbłysły światła, siedziałam z telefonem w ręku i przeglądałam rodzinny czat. Zdjęcia syna z pracy, selfie Basi z koleżankami, żarty Michała, wiadomości synowej o drobiazgach dnia. Wśród nich moje już mniej nieśmiałe zdjęcia pomidorów, głosówka z przepisem, pytanie o lekarstwa.
Nagle poczułam, że nie jestem już za szybą. Jasne, nie rozumiem połowy słów wnuków. Nie umiem wstawiać śmiesznych buziek jak oni. Ale moje wpisy czytają. Odpowiadają. Moje zdjęcia lajkują, jak mówi Basia.
Telefon cicho pisnął: nowe powiadomienie. Od Basi: Babciu, jutro mam sprawdzian z matmy. Mogę do ciebie zadzwonić potem, ponarzekać?
Uśmiechnęłam się i powoli, litera po literze, napisałam: Dzwoń. Ja zawsze wysłucham. Wysłałam.
Odłożyłam smartfona obok filiżanki herbaty. W mieszkaniu było cicho, ale ta cisza nie była już pusta. Gdzieś za ścianami i piętrami ktoś odezwie się, napisze. Nie zostałam uczestniczką młodzieżowych akcji, jak mówił Michał, ale znalazłam dla siebie miejsce w tym ekranowym świecie.
Dopiłam herbatę, zgasiłam światło w kuchni, idąc do pokoju odruchowo spojrzałam na telefon. Leżał spokojnie na stole. Wiedziałam, że jeśli zapragnę, mogę w każdej chwili dotknąć go i wyciągnąć rękę do swoich.
I to na dziś mi wystarcza.




