Minęły dwa tygodnie, odkąd ostatni raz odwiedziłam swoją działkę, a sąsiedzi zdążyli postawić na moim kawałku ziemi szklarnię i posadzić ogórki z pomidorami.
Mam taki mały kawałek ogródka poza Warszawą. Nie uprawiam tam żadnych marchewek, tylko sobie odpoczywam i zapominam o miejskim chaosie. Na grządki nie mam ochoty, lepiej spożytkować energię na grillowanie. Postawiłam tam porządny grill, altanę, żeby było gdzie posiedzieć i schronić się przed lipcową ulewą. W najbliższych planach był płot, no bo wiadomoprywatność przede wszystkim.
Przyjechałam więc, żeby usmażyć kiełbasę i na chwilę złapać dystans do blokowiska. Moi sąsiedzi byli raczej przeciętninie za głośni, nie za serdeczni. Poza sąsiadką, która czasami testowała moją cierpliwość. Zastanawiała się głośno, jak można mieć ogródek i go nie obsadzić. U niej na działce rosło wszystko, oprócz szlachetnych grzybów od róż po pietruszkę. Z roślinami gadała dłużej niż ze swoim mężem.
Ponieważ między naszymi działkami nie było jeszcze płotu, sąsiadka wpadała bez zbędnego ceregielu. Jeśli mam być szczeraocieranie się o jej entuzjazm wywoływało u mnie dreszcze. Parę razy przyjechałam, a ona jak gdyby nigdy nic kręciła się po moim terenie, oglądając, jakby coś zgubiła.
W końcu zapytałam:
Wszystko w porządku?
Tak, tylko sprawdzam, gdzie by tu posadzić cebulę. Tyle masz wolnego miejscaszkoda, żeby się marnowało. Pomyślałam, że mogę coś posadzić. Przeszkadza ci to?
Aż mi kiełbasa z grilla wystygła, tak się speszyłam. Nie chciałam być nieuprzejma, więc zebrałam myśli i mówię:
Jedną grządkę możesz obsadzić.
No i później plułam sobie w brodę, bo sąsiadka pół dnia tańczyła po moim ogródku i wszystko wydeptała swoimi klapkami. Jej swobodna obecność stresowała mnie bardziej niż zimowa sesja egzaminacyjna.
Wkrótce miałam urlop nad Bałtykiem. Po powrocie, w pierwszy wolny weekend, lecę na działkę. A tu na mojej ziemi stoi szklarnia i kilka świeżych grządek z ogórkami i pomidorami! Pomyślałam, że nie trzeba Sherlocka Holmesa, żeby zrozumieć sprawcę tego zamieszania.
Aż mi ciśnienie skoczyło, więc nie czekając na cud, zadzwoniłam po Marcina, kumpla od zadań specjalnych. Tego samego dnia polecieliśmy do Castoramy, kupiliśmy siatkę i zrobiliśmy porządny płot. Teraz sąsiadka już nie siądzie mi na karku i nie rozgości się jak u siebie.
W kolejny weekend przyszła ze skwaszoną miną i pyta:
I po co ten płot? Teraz nie mogę podlewać swoich sadzonek. Przecież nie będziesz ich pilnować?
To już była przesada. Wieczorem rozkręciłam szklarnię i grzecznie, całość podałam nad płotem na jej stronę. Od tamtej pory sąsiadka nawet dzień dobry nie mówi. Powiedzcie samiczy to nie typowe?




