Mieszkam na jednej z bocznych ulic Krakowa, tuż obok liceum, i właśnie teraz, gdy zaczyna się rok szkolny, znów słyszę gwar na chodnikach chłopcy w wielkich plecakach, rozpięte koszule, śmiech, zabiegane mamy, rowery z uczniami, którzy wysiadają na rogu. Dla wielu to codzienność. Dla mnie to cios prosto w serce. Trzy lata temu mój syn, wtedy w drugiej klasie liceum, zmarł od tego czasu wrzesień jest najtrudniejszym okresem w roku.
Mój syn miał 16 lat. Tamtego wieczoru poszedł na kolację ze znajomymi, potem jeszcze długo rozmawiali w parku. Była godzina 22, kiedy przechodził przez ulicę, wracając do domu. Czekałam na niego, jak zawsze nie mogłam zasnąć zanim usłyszę jego klucz w drzwiach. Kierowca, pijany i bezmyślny, przejechał na czerwonym świetle. Nie zwolnił, nawet nie zahamował. Syn nie miał żadnej szansy, by się uratować. Gdy zadzwonili ze Szpitala Uniwersyteckiego, poczułam, jak świat się przede mną zapada. Stałam jak sparaliżowana, nie rozumiejąc, jakie słowa docierają do moich uszu.
Straciłam już rodziców to był ból, smutek, żałoba. Ale nic nie równa się temu, co czuje się po śmierci własnego dziecka. To nie jest naturalny porządek rzeczy. Przeszłam przez gniew, bezsilność, poczucie winy wszystko naraz. Zastanawiałam się, dlaczego pozwoliłam mu wyjść, czemu nie napisałam, by wrócił wcześniej, dlaczego Bóg na to pozwolił. Przez wiele miesięcy toczyłam spory z Bogiem. Modliłam się, płakałam, skarżyłam się, mówiłam, że to nie fair, że zabrał mi syna bez ostrzeżenia.
Od wielu lat prowadzę własną księgarnię w Krakowie. To moje źródło utrzymania. Sprzedaję zeszyty, kredki, długopisy, wykonuję kserokopie, drukuję, zajmuję się też obsługą płatności, więc ludzie wchodzą i wychodzą przez cały dzień. Kiedyś z radością obsługiwałam licealistów. Teraz każda szkolna mundurka przypomina mi o synu. Każde dziecko kupujące zeszyty przypomina mi te, które kupowałam jemu. Czasem robię kserokopie i nagle łzy napływają mi do oczu.
Pierwszy rok po jego śmierci prawie zamknęłam księgarnię. Nie miałam siły podnosić żaluzji rano. Zmuszałam się, żeby wstać z łóżka, bo musiałam coś zjeść, mieć na czynsz i rachunki. Często obsługiwałam ludzi ze sztucznym uśmiechem i złamanym sercem. Gdy wchodzili śmiejący się chłopcy, ledwo powstrzymywałam łzy.
Z czasem przestałam obwiniać Boga. Nie dlatego, że ból zniknął, ale dlatego, że złość mnie wyniszcza. Modlitwy mam inne już nie narzekam, proszę o siłę, o spokój. Proszę o pomoc w życiu z pustką, której nic nie zapełni.
Teraz, gdy widzę początki roku szkolnego, czuję, jak moje serce kurczy się w bólu. Nie płaczę już tak jak kiedyś, ale smutek jest wciąż obecny cichy, uporczywy. Nauczyłam się z nim żyć, choć on nigdy nie odchodzi. Człowiek uczy się oddychać obok cierpienia, nie wymazywać go.
Każdego ranka otwieram moją księgarnię. Obsługuję uczniów. Patrzę na plecaki, które mijają moje drzwi. I choć na zewnątrz jestem silna, w środku wciąż jestem tamtą matką, która czeka na dźwięk klucza syna o dziesiątej wieczorem choć wiem, że już nigdy go nie usłyszę.




