Zanim wyszłam za mąż za mojego męża, Pawła, miałam całkiem niezłe relacje z jego rodzicami. No dobra, nie były idealne to nie była sielanka z serialu TVP, ale było wystarczająco ciepło, jak na polską rodzinę. Ponieważ Paweł wtedy jeszcze mieszkał z rodzicami, często rozmawiałam z jego mamą i tatą podczas moich wizyt. Zdarzały się drobne spory, na przykład o to, czy oglądamy Trudne sprawy, czy jednak polski mecz, ale zawsze starałam się unikać ostrych konfliktów, trzymając stronę teściowej. I wszystko było, powiedzmy, w normie aż do dnia naszego ślubu.
Po weselu trafiliśmy do rodziców Pawła, a oni powitali mnie przy stole z taką ilością jedzenia, że rodowity Ślązak dostałby kompleksów. Mama Pawła z uporem godnym św. Kingi przekonywała mnie, żebym zjadła jeszcze chociaż kawałeczek i że tak będzie zdrowiej. Na początku śmiałam się z tego cicho w duchu, ale z czasem te komentarze zaczęły przybierać na sile i częstotliwości. Po miesiącu teściowa rzuciła uwagę, że jakoś się zaokrągliłam, choć nawet moja waga zapomniała, jak wygląda zmiana cyfry. Parę tygodni później odkryłam, że jestem w ciąży radość jak na wyprzedaży w Biedronce! Powiedziałam o tym Pawłowi, ale poprosiłam, żeby zachował to w tajemnicy przed rodzicami, bo chciałam im zrobić niespodziankę w swoim czasie. W tym samym okresie przeprowadziliśmy się na swoje, do świeżutkiego mieszkania.
Jak tylko brzuch zaczął troszkę wystawać, rodzina Pawła odwiedzała nas coraz częściej a troska o moje zdrowie osiągnęła rozmiary, o których Służba Zdrowia może tylko pomarzyć. Podejrzewałam, że Paweł sprzedał mój sekret, ale on twierdził, że jego rodzice po prostu dbają o synową i nie ma się czego doszukiwać. No jasne Ale gdy Paweł w końcu wyjawił wiadomość oficjalnie, moje życie stało się bardziej zwariowane niż polski sejmik.
Teść zaczął nalegać, żebym jadła jeszcze więcej pierogów i bigosu, i próbował przekonać mnie, żebym rzuciła pracę, bo co z tego stresu dobrego?. Teściowa z kolei wiecznie macała mój brzuch pod pretekstem, że patrzy, czy już rośnie. Odwiedzali nas po dwa, trzy razy dziennie, zasypując pytaniami o samopoczucie aż miałam ochotę zaszyć się na Mazurach. Zrozumiałam, że patrzą na mnie bardziej jak na inkubator, niż jak na człowieka z własnymi pomysłami i potrzebami własne ja gdzieś im umknęło w pogoni za wnuczkiem. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że te wysiłki, by mnie utuczyć, trwały od pierwszego spotkania.
Z żalem zwierzyłam się Pawłowi ze swoich bolączek, ale niestety, nie zrozumiał mnie za grosz zbył wszystko tradycyjnym daj spokój, przesadzasz. Gdy poczułam się otoczona brakiem zrozumienia jak farsz przez ciasto na pierogi, postanowiłam w końcu wziąć sprawy w swoje ręce. Tamtej nocy spakowałam nasze rzeczy, poprosiłam Pawła, żeby dla świętego spokoju zmienił zamki, i zarezerwowałam bilety na zasłużony urlop. Następnego dnia wyjechaliśmy z nadzieją, że na urlopie znajdę święty spokój i trochę jasności w tej całej rodzinnej zupie.




