Mężczyzna znalazł na ławce porzucone niemowlę. Po 10 latach spotkało go coś niezwykłego

Wiele lat temu, w jednym z górniczych miasteczek na Śląsku, krążyła pewna historia, którą do dzisiaj wspomina się z niedowierzaniem. Życie jednak pisze takie scenariusze, że najbardziej uznani pisarze mogliby się od niego uczyć. Posłuchajcie tej opowieści do końca naprawdę warto.

Pewnej jesiennej nocy wracał z nocnej zmiany pan Andrzej. Był tak zmęczony, że jedynym jego marzeniem było rzucić się na łóżko i pogrążyć się w głębokim śnie. Praca w kopalni nie należała do łatwych, ale po wyjściu z więzienia nie miał wielkiego wyboru tylko tu znalazł zatrudnienie. I tak miał szczęście udało mu się wynająć pokój, choć musiał dzielić go z grupą innych górników. W jego sytuacji wielu mieszkało co najwyżej w baraku obok kopalni.

Tego wieczoru, by szybciej dotrzeć do domu, Andrzej skrócił sobie drogę przez park. Kiedy przeszedł koło jednej z ławek, zauważył na niej duży pakunek. Zaciekawiony podszedł bliżej to, co zobaczył, sprawiło, że nogi ugięły się pod nim z przerażenia. Owinięte w stary koc leżało tam niemowlę. Andrzej zamarł z rozpaczy. Organizm domagał się snu, dusza rwała się, by pomóc. W końcu zdobył się na decyzję. Wiedział, że nie może zabrać dziecka do mieszkania pełnego mężczyzn. Przytulił więc niemowlę i ruszył w kierunku pobliskiego, dobrze znanego mu, domu dziecka.

Na miejscu opowiedział wszystko wychowawczyni. Dziecko okazało się dziewczynką. Siostra powiedziała: Nie ma żadnej karteczki od matki. Może nazwiemy ją Wioletta Andrzejewicz?. Andrzej tylko się uśmiechnął: Niech tak będzie. Wydarzenie to sprawiło, że coraz częściej rozmyślał o swoim życiu. Nikogo bliskiego już nie miał, a pragnienie domowego ciepła nasilało się z każdym rokiem.

Mimo wszystko Andrzej nie zapomniał o Wioletcie. Często dzwonił do domu dziecka, później zaczął odwiedzać dziewczynkę, przynosił jej prezenty. Przy każdej wizycie mała podarowywała mu własne rysunki na wszystkich byli razem: ona, tato i… mama. W domu dziecka pracowała nowa opiekunka pani Zuzanna. Była mniej więcej w wieku Andrzeja i dobrze widziała, że odwiedziny mężczyzny mają dla dziecka ogromne znaczenie. Sama dorastała w tym miejscu i wiedziała, jak bardzo dziecku potrzeba rodziny.

Jednak Zuzanna rozumiała też, że samotnemu mężczyźnie nigdy nie przyznają prawa do opieki nad dziewczynką. Postanowiła pomóc polubiła Andrzeja, który przez dziesięć lat przychodził do Wioletty. Dziewczynka wyczekiwała każdego spotkania, marząc, by kiedyś tata zabrał ją do siebie. Andrzej już od kilku lat spłacał kredyt na małe mieszkanie w końcu majster w kopalni zarabiał nieco lepiej.

Jedno było pewne sam nie miał szans zabrać dziewczynki do domu! Zuzanna i Andrzej odbyli poważną rozmowę. Stwierdzili, że darzą się sympatią i mogą spróbować stworzyć rodzinę. Postanowili się pobrać, dopełnili wszystkie formalności i urządzili dla Wioletty jej własny kąt. Kiedy przyszli ją odebrać, dziewczynka rzuciła się Andrzejowi na szyję, potem mocno przytuliła Zuzannę. Zauważyła, jak bardzo tata cieszy się tego dnia.

Andrzej ukląkł przed nią i z czułością powiedział: Wioletko, zbieraj swoje rzeczy. Jedziesz do domu! My na ciebie czekamy. Tak oto spełniło się wielkie marzenie dziecka, które ktoś porzucił na ławce w parku po dziesięciu latach dziewczynka znalazła prawdziwy dom i rodzinę.

Czy Andrzej i Zuzanna zostali razem? Tego nikt nie wie na pewno ale ludzie mówią, że takie historie zwykle mają szczęśliwe zakończenie. Dobro, jakie dajemy innym, prędzej czy później wraca. Na polskiej ziemi wciąż nie brakuje ludzi o wielkich sercach i zdolnych do największych poświęceń. Koniec tej opowieści. Czy podobała Wam się ta historia?

Oceń artykuł
TwojaCena
Mężczyzna znalazł na ławce porzucone niemowlę. Po 10 latach spotkało go coś niezwykłego