Byłam dzieckiem, a w moich marzeniach dorosłość była jak szeroko otwarte drzwi na świat bez granic mogłam jeść sernik z piekarni, chodzić spać o dowolnej porze, wychodzić z domu bez pytania mamy o pozwolenie. Teraz śmieję się z tej małej, naiwnej Barbary. Prawda uderzyła mnie jak zimna fala nad Wisłą w dniu, kiedy zamieszkałam sama w kawalerce na Mokotowie: sprzątanie, gotowanie, czynsz, rachunki, zakupy wszystko na jednej wypłacie, która nie starczała nawet na wędzoną kiełbasę i mydło.
Myślałam, że wolność to wybór kolacji schabowy czy pierogi. Nie wiedziałam, że to właściwie liczenie czy wystarczy mi złotych jednocześnie na ryż i proszek do prania.
Pewnego dnia zorientowałam się, że od tygodni nie zjadłam spokojnie śniadania. Wstawałam, brałam szybki prysznic, naprędce ścieliłam łóżko, potem pędziłam do autobusu 175 połykając kawę na chodniku. Po drodze przypominałam sobie, że nie odpisałam na służbowego maila, że muszę zapłacić za internet przed piątkiem i że karta zbliża się do limitu. Wolność dorosłych okazała się tablicą z zadaniami do odhaczenia, a nie spełnionym snem.
Gdy wracałam do domu, zmęczenie spadało na mnie jak cegła z Pałacu Kultury. Otwierałam lodówkę z nadzieją, że w środku znajdzie się coś magicznego, co samo się ugotuje. Niestety, znowu musiałam myć, kroić, smażyć, potem jeszcze raz myć. Niekiedy jadłam tylko chleb z żółtym serem, żeby nie dotykać patelni. Ale i wtedy nie odpoczywałam, bo w głowie szeptały mi myśli: rachunek za wodę będzie wysoki, muszę sprawdzić cieknący kran w łazience, ubrania z rana już pachną dziwnie, bo zapomniałam je wywiesić.
Znajomi powtarzali: Spotkajmy się! Ale za każdym razem, gdy próbowaliśmy ustalić termin, każdy miał inny problem Kamil został dłużej w pracy, Agnieszka opiekowała się chorym dziadkiem, Paweł nie miał pieniędzy, a Zuzanna była po prostu zmęczona. Jako nastolatkowie widywaliśmy się codziennie; jako dorośli miesiąc bez wspólnego spotkania. I gdy już się udało, rozmowa kręciła się wokół zmęczenia, rachunków, bolących pleców. Mimo młodego wieku, brzmieliśmy jak osiemdziesięciolatki na ławce pod blokiem.
Najtrudniejsze było zrozumieć, że nie istnieje prawdziwy odpoczynek. Nawet weekendy to lista zadań: pranie, sprzątanie, planowanie tygodnia, zakupy, naprawianie cieknącej rurki od zmywarki. W pewną sobotę złapałam się na tym, że płaczę, myjąc podłogę, mówiąc do siebie: Nawet kiedy odpoczywam, nie odpoczywam. Jako dziecko nazywałam to wolnością, a teraz robiłam wszystko, co dawniej robili za mnie dorośli tylko już nikt nie pomagał.
W pracy odkryłam, że to nie to, czego się spodziewałam. Myślałam, że wysiłek daje satysfakcję. Nie wiedziałam, że niewidoczne są dni, kiedy trzeba się uśmiechać na siłę, znosić głupie komentarze, gonić cele, które zmieniają się co tydzień, i widzieć jak większość wypłaty znika na rzeczy, których nawet nie zobaczę. Pewnego dnia siedziałam i kalkulowałam lepiej kupić zupę na lunch czy zostawić pieniądze na kartę miejską. Nikt nie mówi o tym dziecku nikt nie wyjaśnia, że dorosłość to nieustanny rachunek w głowie.
Wydawało mi się, że dorosłość to wolność. Ale to dziwny balet między zmęczeniem, obowiązkami i krótkimi momentami ciszy, kiedy można na chwilę odpocząć i poczuć ukojenie, zanim sen znów zamieni się w codzienne wyliczenia.



