Moja senna opowieść zaczęła się w mglistym Krakowie, gdzie niebo było zawsze trochę za blisko ziemi, a rzeczywistość mieszała się z wyobraźnią. Marysia, ona choć sama wyglądała jak dym z komina, zaczęła zachowywać się dziwnie wobec swojej macochy dopiero po ślubie. To wszystko przez to, że teściowa nie dołożyła ani złotówki do wesela. Jedyne pocieszenie, jakie Marysia czuła, to obietnica, że nie będą mieszkać razem, bo rodzice Marysi Pani Zofia i Pan Eugeniusz szczodrze podarowali młodej parze trzypokojowe mieszkanie na osiedlu w Nowej Hucie. Matka Marka zaś dała im tylko zwyczajne, banalne naczynia, kupione chyba w sklepie z przecenami, i nawet nie przyszła na malowanie mieszkania, tłumacząc się tajemniczym katarem. Marysia, w ukryciu, poczuła ulgę z jej nieobecności.
Ich rodzinne życie płynęło powoli, jak Wisła zimą, aż do momentu, gdy Anna teściowa zachorowała i nie mogła już mieszkać sama w swoim wiejskim domku pod Tarnowem. Marysia nie chciała, by Anna zamieszkała z nimi, ale innego wyjścia zwyczajnie nie było. Anna próbowała pomóc w gospodarstwie domowym, lecz każda jej czynność jeszcze bardziej drażniła Marysię. Wszystko, co robiła teściowa, wydawało się niewłaściwe, nie na miejscu. Anna czuła się jak kot zagubiony w labiryncie luster. Kiedy tylko trochę wyzdrowiała, wróciła do swojego domu, a Marysia miała nadzieję, że wszystko znów będzie spokojne jak sen po burzy.
Jednak nagle przyszedł cień Marek zachorował poważnie i nie było już odwrotu, został tylko pusty kubek po jego herbacie i cicha cisza w mieszkaniu. Marysia pogrążona w żałobie, nagle dowiedziała się, że jest w ciąży. Wtedy, przez całe to mleczne, przesycone smutkiem powietrze, pojawiła się Anna. Chociaż ból po stracie jedynego syna był dla niej jak zimowy mróz, była przy Marysi, pomagała, przytulała, powtarzała cicho: Trzeba iść dalej, nie trać nadziei. Marysia czuła się bezradna jak liść na wietrze nie wiedziała, jak wychowa dziecko sama. Jednak dzięki wsparciu Anny, nawet szare niebo zaczęło nieśmiało błękitnieć. Z dnia na dzień wszystko powoli nabierało kolorów.
Rok później, wśród zapachu wiosennych bzów, narodziła się cudowna córka, która otrzymała imię Grażynka. Rok później Marysia spotkała niezwykłego mężczyznę o oczach odbijających światło jak Wisła o zmierzchu. Nawet wtedy nie zapomniała o Annie regularnie odwiedzała ją razem z małą Grażynką, przynosząc do jej domu barwy codzienności świeże pierogi, zapach jabłek i cichą rozmowę przy herbacie. Cały świat wirował senne, pełen niezwykłych obrotów, lecz rodzina Marysi, choć rozbita, powoli sklejała się w surrealistyczną, ale ciepłą całość.




