We własnym domu mam wydzielone szafki i na kartce spisane zasady – jak robić pranie, gdzie odkładać naczynia, czego dotykać, a czego nie… Własny mąż urządza mi piekło, a nie wspólny dom. A ja przecież niczym mu nie zawiniłam!
Mieszkam z mężem od dwóch lat w jego mieszkaniu, które jest jego własnością, otrzymał je od rodziców. Pobraliśmy się dokładnie dwa lata temu. On jest osobą bardzo dokładną i czystą, zawsze lubi mieć wszystko tak sterylne, jak w szpitalu. Ja z kolei jestem bardziej elastyczna i staram się nie robić problemów z drobnostkami, zawsze stawiam dobro innych przed swoim. Nie przeszkadzają mi nieumyte naczynia w zlewie czy kurz na szafkach.
Od samego początku zauważyłam, że mój partner ma silną potrzebę kontroli w domu. Na początku nie przejmowałam się tym za bardzo, bo przecież to jego mieszkanie i to on podejmuje decyzje dotyczące mojego miejsca w nim. To dotyczyło nawet takich drobiazgów jak wybór szafek czy podział przestrzeni. Mówił, że mieszkanie jest małe i powinniśmy dzielić miejsce w proporcjonalny sposób. Ja mam dosyć dużo ubrań i kosmetyków, mój mąż natomiast zajmuje tylko dwie szafki. Myślałam, że resztę wolnych półek mogę wziąć dla siebie, ale on mi nie pozwolił. Powiedział, że sprawiedliwie będzie, jeśli wezmę tyle, co on, czyli dwie. Od czasu ślubu połowę swoich rzeczy muszę trzymać w piwnicy w pudełkach, bo nie mam gdzie tego rozpakować.
Przeczytaj także: Syn wyrzucił mnie z samochodu w środku lasu. Wszystko przez to, że zadałam mu jedno uczciwe pytanie
Zresztą, po ślubie mam wrażenie, że ta kontrola się nasiliła. Mój mąż oprócz tego, że wciąż traktuje to mieszkanie jako całkowicie swoje, co sprawia, że ja czuję się niekomfortowo i niepotrzebnie ograniczona, to jeszcze często dochodzi między nami do kłótni, bo nie potrafię zrozumieć, dlaczego muszę się czuć jak gość we własnym domu.
Ostatnio zaprosiłam do nas moją siostrę. Nie wspominałam o tym mężowi, bo i tak miał być w pracy. Coś jednak mu się zmieniło i wrócił wcześniej do domu. Jak siostra wyszła, to urządził mi awanturę, że to jego mieszkanie i mam bez jego zezwolenia nie spraszać „obcych ludzi”. Siostra to obcy człowiek?!
Zresztą, czasem on sam zaprasza do siebie kolegów albo sam ogląda mecz i w parę godzin robi większy bałagan niż ja przez cały tydzień. Kto to musi później sprzątać? Oczywiście, że ja…
Czuję się bezsilna, zwłaszcza gdy padają słowa, że rozpanoszyłam się w jego domu. Próbowałam mu wyjaśnić, jak się czuję, ale to wydaje się być jak rozmowa ze ścianą.
Bardzo mi zależy na zrozumieniu, dlaczego mój mąż tak się zachowuje i jak mogę sobie z tym poradzić. Mam nadzieję, że z perspektywy kogoś z zewnątrz będę w stanie lepiej to zrozumieć, może Wy będziecie w stanie mi cokolwiek doradzić.





