Najbardziej w moim życiu czekałam na swoje 18. urodziny. Nie chodzi o to, żeby inspirowała mnie myśl o uroczystości czy dorosłości. Po prostu właśnie po osiemnastych urodzinach mogłam pójść do urzędu i zmienić moje znienawidzone imię. Matka swoją kreatywnością zatruła mi życie. Na początku, w czasie ciąży, myślała dla mnie o imieniu Izabella. Podoba mi się, z dumą nosiłabym takie imię, czemu nie…
Ale nie! Matka tuż przed porodem przeczytała jakąś zagraniczną powieść, w której główną bohaterkę nazywano „Stella”. Imię to zapadło jej w pamięć. I tak mnie nazwała w ostatniej chwili. Krewni z obu stron namawiali ją, aby zmienić imię, ale ona ich nie posłuchała. Pewnie powiecie, że imię nie jest takie złe, ale naprawdę sprawiało mi wiele bólu. Wszystko zaczęło się w przedszkolu. Małe dzieci i tak mają problem z wymawianiem dźwięków, a moje imię stało się dla wszystkich prawdziwym wyzwaniem. Nazywali mnie jakkolwiek, ale nie po imieniu.
Na rodzinnych spotkaniach każdy czuł potrzebę wygłoszenia jakiegoś dowcipnego komentarza na temat mojego imienia. W ten sposób moje imię zawsze kojarzyło mi się negatywnie. W szkole stało się tylko gorzej. Wiadomo, jak okrutne mogą być dzieci. W piątej klasie nadawali mi różne przydomki. Nawet moje przyjaciółki czasem żartowały, choć wiedziały ile bólu mi to sprawia.
Są takie piękne stare imiona – Weronika, Helena, Barbara. Ile oddałabym, aby od urodzenia takie nosić. Drodzy rodzice, zastanówcie się dwa razy, zanim wybierzecie dla swojego dziecka jakieś egzotyczne imię.




